środa, 28 grudnia 2011

BKMS cz.2

Wybaczcie, że tytułu nie chce mi się pisać w całości, ale po prostu jestem zmęczony. Ten stan utrzymuje się od wieczoru wigilijnego. I nic nie wskazuje na to, że miałby się zmienić. Na bloga wchodzę po to, żeby nie zapomnieć tego, co ostatnio usłyszałem i przeżyłem. A było tego trochę.

Po pierwsze - tak aktywnych świąt jeszcze nie miałem. Pomijając bycie opiekunem, w każdy dzień (24, 25 i 26 grudnia) gdzieś śpiewałem. Albo w kościele sam lub z mamą i bratem, albo w teatrze z zespołem CME. I chyba było tego za dużo, bo ciężko było mi o skupienie i jakąś refleksję. Przeżyłem dwie kolacje wigilijne (ale nadal nie lubię tej "tradycyjnej, niezwykłej, pełnej świątecznej atmosfery, wigilii"). Dobrze sobie jadłem (zresztą wciąż tak jest ;)), sporo rozmawiałem, sporo myślałem, wspominałem, martwiłem się. I zbierałem kolejne portrety, rozmawiając i obserwując ludzi.

Okazało się, że jedną z wczasowiczek jest babcia mojego kolegi z gimnazjalnej klasy. Bardzo lubię z nią rozmawiać. Sypie cytatami z Biblii jak z karabinu ;) jest to inspirujące. Zastanawiam się, czy na każdy argument w dyskusji ma przygotowany werset. Zawstydza mnie swoją bystrością i pamięcią.

Za to jeden z wczasowiczów z wyglądu strasznie przypomina mi mojego wujka. Ciekawe, czy za parenaście lat wujek będzie wyglądał jak ten szacowny pan z Górnego Śląska ;)

Przekonałem się również, że czasem pozory mylą. Myślimy jedno, a dzieje się drugie. I warto dać się zaskoczyć.

Usłyszałem również sporo na temat małżeństw mieszanych i kontaktach z księżmi katolickimi w paru parafiach.

I stwierdziłem, że w porównaniu z losami niektórych ludzi, którzy w swoim życiu naprawdę, naprawdę niejedno przeszli, to mój żywot i sytuacja rodzinna to póki co sielanka. I wypadałoby Bogu na kolanach za nią dziękować. (mogło to zabrzmieć mało pozytywnie. Ale staram sobie cenić to, co mam. Różnie to wychodzi, ale wiem, że nie mam na co narzekać.)

(kurczę, jest tego tak dużo, że nie umiem sobie przypomnieć...)

W wielu rozmowach seniorzy akcentowali, że ważne jest, by ksiądz miał pomysły, przejmował inicjatywę i był motorem do działania dla całej parafii. Inaczej łatwo pozbawić parafię ducha i w zasadzie ją "zabić".

Osobny akapit poświęcić trzeba jedzeniu. Nie jestem póki co jakoś strasznie zbulwersowany, bo miałem pojęcie, jak to czasem ze starszymi ludźmi jest, ale przyznam się, że czasem jest różnie. Rozumiem, że na wielu piętno odcisnęła wojna (wspominają, jak to kiedyś, już po wojnie, ludzie spotykali się i wciąż wspominali to, co działo się podczas wojny. Tak niesamowicie traumatyczne było to przeżycie - nie dziwi mnie to), że doświadczyli niewyobrażalnego już dla mojego pokolenia głodu, że wiele w swoim życiu przeszli, że mają już swoje natręctwa i schorzenia... ale momentami muszę zwracać uwagę na pewne nieprzyjemne zachowania. Wiem, że to normalne w tym wieku. Ale... czasem ignorowanie modlitwy, zaczynanie posiłku nie czekając na wszystkich (bo naszym zwyczajem jest rozpoczynanie od modlitwy, czasem też pieśni) jest już dla mnie przegięciem. Ale ok, staram się to przyjmować i rozumieć.

Zastanawiam się, jaki ja będę w ich wieku. I już się boję na samą myśl :P

Zobaczymy, jak potoczą się kolejne dni powoli kończącego się pobytu wczasowiczów w Jaworniku. Coś jeszcze napiszę na ten temat. A na deser (jako że szukam natchnienia do sylwestrowego rozważania i póki co nie mam pomysłu, więc muszę coś innego robić:P) parę cytatów, które zapamiętam na długo:

- "Słuszny Ursus" - wiślanin, mieszkaniec Ostoijceva o swoim traktorku
- "Myślisz, że temu Barabaszowi nic nie będzie? Ja, na pewno przeżyje i wszystko się dobrze skończy" - podczas projekcji filmu "Barabasz"
- "Ja, ja - a po czesku wajeczka" - komentarz na gwarowe potakiwanie
- "Wystarczy dotknąć, pogłaskać, szepnąć czułe słówko do uszka, pomasować i od razu człowiekowi robi się lepiej" - jeden z wczasowiczów opisujący swoje reakcje na kontakt z dziewczynami
- "Księże" - częsty zwrot wczasowiczów do ich opiekuna. ŻEBY BYŁO JASNE - NIE JESTEM KSIĘDZEM, POPRAWIAM ICH, KIEDY SIĘ TAK DO MNIE ZWRACAJĄ I ODCZUWAM LEKKI DYSKOMFORT, GDY TAK MÓWIĄ.
- "Sympatyczny, przemiły, z mnóstwem zalet, podobny do taty, z pięknym głosem, uprzejmy, nadający się na księdza, zbyt skromny" - pojawiające się w przeróżnych odmianach przymiotniki, którymi wczasowicze obdarzają swojego opiekuna (pochwalę się, a co! A tak poważnie mówiąc - zastanawia mnie, czy mówią tak bo tak wypada, czy dlatego, że rzeczywiście tak myślą. Dochodzi jeszcze opcja tego, że każdemu studentowi teologii opiekującemu się nimi tak powtarzali. Bardzo doceniam ich komplementy, ale zdaję sobie sprawę, że nie zawsze taki jestem. I że jest duża szansa, że ten obraz jest bardzo przerysowany, a będąc sami w pokojach krytykują moją postawę, to, że mówię za cicho, że uśmiecham się za mało, że jestem mało kreatywny...)

czwartek, 22 grudnia 2011

Błogosławiony kaczor między seniorami cz. 1

Te święta są wyjątkowe. Z paru powodów. Nie będę wymieniał wszystkich, podam jeden. W tym roku jestem opiekunem grupy ok. 60 osób starszych i samotnych podczas Wczasów Świąteczno-Noworocznych.

I postanowiłem z tej okazji coś tu od czasu do czasu, w miarę możliwości, napisać. Chciałbym stworzyć tu galerię paru postaci, z którymi będę rozmawiał w trakcie wczasów (dla niektórych jest to jedyna okazja w roku, by być wysłuchanym). Nie będę ich przedstawiał z imienia. Czasem będzie to jedno zdanie, czasem cały duży akapit. Opiszę to, co mnie poruszyło. Spróbuję ogarnąć to, co mnie zachęciło, co dało mi do myślenia, coś, co mnie zmieniło. Podzielę się tym, czym mogę się podzielić, resztę zachowam dla siebie. Wiem, że ten czas będzie mi potrzebny. Wiem, że Bóg posłuży się tymi drogimi seniorami, by niejedno mi uświadomić. Już zaczął to robić ;)

Większość dzisiejszego wieczoru spędziłem na rozmowie z panem z Górnego Śląska, który opowiadał o tym, jak często przyjeżdżał do Jawornika, jak to miejsce go urzekło. Nie tylko w zimie, również w lecie. Ceni sobie ciszę, spokój, takie odizolowanie od świata. Sporo podróżował po Polsce, po różnych parafiach naszego kościoła, sam był aktywnym członkiem swojej parafii, z bólem serca patrzył na wandali niszczących jego rodzimy kościół, w którym został ochrzczony, konfirmowany, w którym zawarł związek małżeński. To, co mnie poruszyło, to jego głębokie przeświadczenie o tym, że Biblia jest prawdziwym skarbem dla ludzi, ewangelików, dotknęło mnie to, że jako dziecko wędrował z babcią 18 kilometrów do kościoła. Piechotą. Znam ludzi, którzy nie chcą dziś takiej odległości pokonać samochodem i wolą zostać w domu. Tak, wiem, to były inne czasy, inne wychowanie, inna mentalność. Ale myślę, że moje pokolenie - pokolenie Facebooka, GG, YouTuba mogłoby się wiele od szacownego pana i jego pokolenia nauczyć. (Zresztą - moja rodzina też miała podobne przygody - mój tata chodził po pas w śniegu ze swoją mamą z Lesznej do Goleszowa na jutrznię. I nie było zmiłuj. Dziś nie dałby rady mnie zbudzić na jutrznię. A ja miałbym do pokonania tylko 10 metrów. I trochę mi wstyd.)

Jedna pani bardzo przypomina mi moją znajomą. I nic do rzeczy nie ma tu fakt, że są z jednej parafii. Po prostu tak mi się wydaje. I to jest miłe, bo to dobra znajoma :)

Jest też pan, który dużo żartuje, jest bardzo zabawny, ale jednocześnie dzieli się bolesnymi doświadczeniami. I zastanawiam się, czy te żarty nie są jakąś formą odreagowania tej niełatwej rzeczywistości.

To tyle na dzisiaj. Za niedługo pojawi się tu część druga. Tymczasem kładę się spać dziękując Bogu za dzisiejszy dzień. I proszę Go o kolejne. By je błogosławił.

wtorek, 20 grudnia 2011

poetycko

Ze wspomnieniami jest problem. Szczególnie tymi dobrymi.

Bo wracają.

I nie dają spać.

Wywołują ból brzucha.

W oku pojawia się łza.

Nie brakuje również gdybania.

Roztrząsa się swoje zachowanie.

I nie idzie się do przodu.

Tylko ciągle stoi w miejscu.

Wydeptane ślady zagłębiają się w ziemi coraz to bardziej.

Strach, przygnębienie i gorycz stają się siostrami i braćmi.

A dobre rady to śmiertelni wrogowie.

Optymizm, owszem, może zostać wskrzeszony.

Ale potrzebna będzie wszechmoc Boża i jego szersza perspektywa - jak w poranek wielkanocny.

Wyrzuty sumienia.

Pytania.

Wspomnienia.

Nostalgia.

Oby.

Było.

Lepiej.

Niż.

Było.

Z Bogiem.


P.S. Co autor miał na myśli? :P


niedziela, 11 grudnia 2011

Od przygnębienia do umiarkowanej radości

Zaczęło się okropnie. Valdes - czemu musisz to robić w meczach, które ogląda pół miliarda ludzi? Casillas, który w ciągu ostatnich 3 sezonów jest słabszy od ciebie, zawsze w meczach o wielką stawkę staje na wysokości zadania...
Pierwsza połowa daremna. Nie była tragiczna tylko i wyłącznie dzięki Messiemu i Alexisowi.
Druga bramka przyfarcona. Ale podobno szczęście sprzyja lepszym.
Trzecia - majstersztyk w stylu Realu. Tej kontry z pewnością by się nie powstydzili. Zarówno Alves jak i Cesc wykonali jedno dobre zagranie w meczu. Właśnie przy tej bramce.

Ogólnie - szału nie było. Ale być może dlatego, że przyzwyczaiłem się do znakomicie grającej Barcelony. Dzisiaj grała bardzo kiepsko. Ale jeżeli Real, ten najmocniejszy Real, ten wielki faworyt, ten, który łoi wszystkich na lewo i prawo, nie jest w stanie ograć tak grającej Barcy... to sorry, Mou, ale lepiej przenieś się do Anglii, może tam znowu ci się powiedzie.

Być może jestem nieco zawiedziony (o ile po takim meczu można być zawiedzionym ;)), bo przyzwyczaiłem się, że Barcelona w meczach o wielką stawkę po prostu gra wspaniale. Dziś grała średnio, momentami daremnie, ale na szczęście (i całkowicie zasłużenie) wygrała. I tego się trzymajmy.

Na dobranoc:




P.S. "Lukas" jest niesamowity. Strasznie lubię go słuchać :)

piątek, 2 grudnia 2011

Losowanie grup EURO 2012 + Polska - Brazylia u małego studenta NA ŻYWO

Ogólnonarodowe podniecenie, spowodowane dzisiejszym losowaniem grup do UEFA EURO 2012, całodzienna relacja na żywo na sport.pl skłoniła mnie do włączenia się w śledzenie losowania i komentowanie tego wszystkiego na bieżąco, szczególnie że akurat relacji na żywo jeszcze na blogu nie prowadziłem ;) POLSKA, GRECJA, ROSJA, CZECHY

A że w sobotę o 7.00 graliśmy z Brazylią (wygrywając 2 sety osiągnęliśmy kwalifikację olimpijską), to postanowiłem przedłużyć relację i objąć nią również mecz z Canarinhos.


POLSKA - BRAZYLIA 2:3 (25:18; 25:21; 18:25; 19:25; 12:15)



9:25: To by było na tyle jeżeli chodzi o relację live z losowania grup na Euro i meczu Polska - Brazylia. Losowanie było nienajgorsze, jest szansa na wyjście z grupy. Dziś rano przegraliśmy, ale odnieśliśmy sukces. Oby w przyszłości było lepiej. Zresztą, okazja do rehabilitacji jutro - ostatni mecz z Rosją o 3 w nocy. Dobrego dnia, dzięki za uwagę :)


9.20: Masakra jakaś z tymi Brazylijczykami. Graliśmy przez 2 i 1/3 seta jak oni. Potem zagraliśmy jak my. I Brazylijczycy pokazali nam miejsce w szeregu. Jeżeli takie cuda będziemy wyczyniać na igrzyskach, to ja dziękuję. Mam już dość tego, że wiecznie z nimi przegrywamy. Ale najbardziej będę wkurzony, jeżeli w komentarzach pomeczowych nasi siatkarze będą się przede wszystkim cieszyć z awansu na igrzyska. Wtedy już naprawdę całkowicie zwątpię. Bo to samo było w 2006 roku, kiedy po przegranym finale wszyscy skakali z radości, że wygraliśmy srebro. I tylko jeden Kadziewicz był wściekły, że przegrali złoto. Oby się to nie powtórzyło.

W studiu wszyscy się cieszą. Babka nawet śpiewa. O_o. Przede wszystkim przegraliśmy mecz, dopiero potem, w drugiej kolejności, wywalczyliśmy awans do Londynu. To mój punkt widzenia.


12:15: Jestem rozczarowany. Nawet bardzo. Mieliśmy wygrać 3:0, a znowu, który to już raz, dostaliśmy z Brazylią. Niesamowicie się cieszę, że wywalczyliśmy kwalifikację olimpijską, ale cały czas będzie kompleks Kanarkowych. Z drugiej strony - lepiej teraz przegrać w taki sposób, niż w ćwierćfinale/półfinale/finale IO. Bo wtedy byłoby już naprawdę bardzo, ale to bardzo przykro. Ale mając kompleks Brazylii - możemy nigdy z nimi nie wygrać. Po prostu jakaś jedna wielka masakra z tymi Canarinhos. Nie wiem, jak wy, ale ja nie mogę już na nich patrzeć (w sensie na Gibę, 
Visotto, Murilo i innych). Ech. Awans na igrzyska jest, ale porażka boli. Cóż.

12:14: Jakby to powiedział, a raczej wykrzyknął Szpaku: Ajjezusmaria!


12:13: Ech.


12:12: Tu już decyduje psychika.


TIE-BREAK


19:25: Jak się nie wygrywa 3:0, to się przegrywa 2:3. To stare siatkarskie porzekadło jest blisko realizacji po raz kolejny. Polacy są rozbici, Brazylijczycy nakręceni. Chyba przegramy. (Tak, odwołam te słowa i pokajam się, jak wygramy tie-breaka)


15:16: Do tej pory ten, kto wygrywał na drugiej przerwie technicznej, wygrywał seta. Czy i podobnie będzie teraz? Oby nie. Ograć Brazylijczyków 3:1... byłoby cudownie :)


8:7: Rezende wygląda momentami jak kieszonkowa Godzilla. Im dłużej tak będzie wyglądał, tym lepiej. Prowadzimy na pierwszej przerwie technicznej.


1:0: Ten mecz śmiało można wygrać. Panowie, bo będziecie mieli o czym wnukom opowiadać...


IV SET


18:25: No. Od 13:8 do 18:25. Dlatego to Brazylijczycy są mistrzami świata. Awans na Igrzyska bardzo cieszy, ale w tym momencie obie drużyny powinny już być w szatni. To było spokojnie do wygrania 3:0. A tak, to nawet możliwy jest scenariusz 2:3... No nic, walczymy dalej. 


17:24: Oj.


15:21: No. Żeby nie było tak różowo, żeby media nie wróżyły nam złotego medalu na IO, Brazylijczycy pokazują, gdzie jest nasze miejsce, kiedy trochę odpuszczamy. I Brazylia ponownie jest Brazylią, a Polacy Polakami.


15:19: Źle, źle, źle. Zagumny za Żygadłę.


14:16: No i mały klops. Brazylijczycy wykorzystują nasz słaby moment i zaczynają grać swoje. Ech.


13:13: No tak, wróciło stare. Seria błędów i mamy remis. A Brazylijczycy nie odpuszczą. Panowie, utrzymać poziom i będzie dobrze! 


13:8: Rezende chyba zaraz zejdzie na zawał. "Polacy zbiegają z radością do trenera" - jakby byli na łące i zbierali kwiatki :P


8:5: Co tu dużo mówić. Polacy pokazują wszystkim niedowiarkom (w tym i mnie), jak są niesamowici. NIESAMOWICI. 


3:1: W relacjach małego studenta nie może zabraknąć filozofii: mam wrażenie, że to nie są ci Brazylijczycy, którzy niemiłosiernie obijali Polaków od 9 lat. Oni już dawno byliby w szatni, rozmawiając sobie "znowu Polacy przegrali mecz z nami już w szatni". A może to Polacy zmienili mentalność, zimprówowali się (od czas. "to improve")? Kto wie. W każdym razie, czas oglądać i delektować się tak grającymi Polakami :)


1:1: A teraz już na spokojnie, panowie, dobijcie ich ;)


III SET


25:21: WYKORZYSTANA PIŁKA LONDYNOWA/LONDYŃSKA!!!!!!!!!!!!!!!!! COŚ NIE-BY-WA-ŁE-GO. AWESOME! IT IS LEGEN... WAIT FOR IT... DARY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


SZALEŃSTWO! TO SIĘ NIE DZIEJE! AMAZING, WONDERFUL, WUNDERSCHOEN, BELLISSIMO! 


24:21: Piłka londynowa (a może londyńska?).


23:21: Wciąż dwa.


23:20: Nadal dwa.


23:19: Jeszcze dwa.


22:18: Nie przypominam sobie, żebym kiedyś tak spokojnie i tak radośnie obserwował mecz naszych z Canarinhos...


20:16: Ależ bije dzisiaj Zbyszek Bartman...


18:15: Coraz lepiej to wygląda. Aut Bruno i przerwa na żądanie dla niezwykle ekspresyjnego (i pewnie teraz maksymalnie wkurzonego) trenera Rezende.


16:15: Kącik statystyczny: Michał Winiarski właśnie zanotował pierwszy przeserwowany serwis ;)


16:14: Jest naprawdę dobrze. To nie jest póki co dzień Canarinhos. Przyznaję, że już dawno nie oglądałem meczu z ich udziałem, ale w dniu dzisiejszym mylą się na potęgę. Dosłownie. Co pozwala nam ponownie prowadzić i 9 punktów dzieli nas od Londynu...


14:14: A Polacy postanowili ich naśladować.


14:13: Ależ Brazylijczycy dzisiaj psują na zagrywce...


12:11: Ładny blok Możdżonka na Gibie. Redaktor Swędrowski zauważa, że Brazylijczycy po każdym zdobytym punkcie cieszą się coraz mocniej. Czyżby mieli się zerwać do frontalnego ataku, który jak to zwykle bywało, zmiecie nas z powierzchni parkietu?


9:9: Czy Winiarski zepsuł jak na razie wszystkie zagrywki? Mam wrażenie, że tak.


8:7: No i znowu jest dobrze. Jedna obserwacja - Polacy grają dzisiaj rewelacyjnie w przyjęciu oraz mają bardzo pewny atak. Kiedy dokładają do tego świetną obronę i blok, wtedy odjeżdżają Brazylijczykom. Łoł. Jak to brzmi. Odjeżdżają Brazylijczykom. Prawie jak oksymoron... 


7:6: Żygadło wrzuca teraz ponownie Bartmana w siatkę. Ale na szczęście ten umie się zachować i szczęśliwie wybrnąć z kłopotliwej sytuacji ;)


5:5: Trochę szkoda tej akcji. Byłyby 4 punkty z rzędu. A tak Giba robi czapę Bartmanowi.


1:3: Póki co, zachowajmy spokój. Jest dobrze, ale Brazylia to Brazylia. Właśnie zaliczyli pierwszy porządny blok.


II SET


25:18: ALE TERAZ JUŻ TAK. CZY KTOŚ ZAKŁADAŁ, ŻE BĘDZIE TAK PIĘKNIE? PO PROSTU ROZBILIŚMY BRAZYLIJCZYKÓW W PIERWSZYM SECIE. JESZCZE JEDEN I MAMY AWANS NA IO! BUDŹCIE ZNAJOMYCH I ZACHĘCAJCIE DO OGLĄDANIA. JEST DOBRZE, NAPRAWDĘ DOBRZE!


24:18: Jeszcze nie...


24:17: CZY JUŻ?


22:16: Trzeci raz po przerwie Polacy wyrzucają piłkę w aut. No masakra jakaś...


22:15: COŚ NIE-BY-WA-ŁE-GO! ALEŻ ONI DZISIAJ GRAJĄ! CO ZA OBRONA! A TEN ATAK Z SIÓDMEGO METRA!


20:14: Przecieram oczy ze zdumienia. Brazylijski blok w ogóle nie funkcjonuje.


16:12: Kurek! No nie wolno!


16:11: Gramy na razie wspaniale. Ale potrzebujemy jeszcze 9 punktów. (ta obrona Żygadły i kontra Kurka... palce lizać!)


12:8: Mam wrażenie, że Brazylijczycy są trochę nierozgrzani... Pierwsza przerwa na żądanie. Canarinhos znani są z tego, że potrafią się spiąć i w jednym ustawieniu zdobyć np. 7 punktów pod rząd. Więc musimy uważać, ale jest nieźle.


8:7: A Bartman chyba nie wie, że po przerwie technicznej nie wolno zepsuć zagrywki...


8:6! Póki co, nie jest źle. Piękny as Bartmana, a potem Giba zablokowany po raz pierwszy. I oby nie ostatni :) 


7.08: Zaczynamy tak, jak wczoraj, z Kurkiem, Żygadłą i Bartmanem.


7.05: Po raz kolejny Mazurek Dąbrowskiego zagrany nieco za wolno. Ja w tym doszukiwałbym się tego, że Polacy tak długo wchodzą w mecz. W porównaniu do tego, hymn Brazylii jest bardzo pobudzający i zachęcający do aktywnej gry już od początku.


7.01: Polacy na niebiesko. A Canarinhos na kanarkowo, klasycznie. W takim razie dlaczego my nie możemy grać na biało czerwono?


6.58: Dzisiejsze wstawanie wymagało w moim przypadku wiele samozaparcia. Mam nadzieję, że będzie warto. Przypomnijmy, że Polacy potrzebują wygrać 2 sety, wtedy będą już pewni awansu na igrzyska. Ale biorąc pod uwagę, że z Brazylią ostatni raz wygraliśmy w 2002 roku... Choć z Włochami też nam nie szło, a udało nam się ich pokonać. Zobaczymy. Póki co, potrzebuję się trochę rozbudzić.




Grupa A: POLSKA,GRECJA,ROSJA,CZECHY
Grupa B: HOLANDIA,DANIA,NIEMCY,PORTUGALIA
Grupa C: HISZPANIA,WŁOCHY,CHORWACJA,IRLANDIA
Grupa D: UKRAINA,SZWECJA,FRANCJA,ANGLIA


22.30: Po tym, jak człowiek sam poszedł trochę się poruszać i pograć, patrzy na te wszystkie emocje związane z losowaniem z nieco większym dystansem, na spokojnie (i trochę już mimo wszystko zmęczony całym dzisiejszym dniem). Z tego, co czytam opinie, wywiaduję się wśród znajomych, to wychodzi na to, że mamy grupę marzenie - "najsłabszą z możliwych". I trudno się z tą opinią nie zgodzić. Na papierze z każdą z tych reprezentacji mamy mniejsze lub większe szanse. To oznacza, że wręcz MUSIMY wyjść z grupy. No po prostu musimy, bo inaczej będzie wstyd i hańba. Dodatkowo media zagraniczne raczej nie zwrócą na nas uwagi, tylko skupią się na pozostałych grupach, w szczególności na grupie śmierci - C. To sprawia, że w mediach możemy zaistnieć tylko pozytywnie, przechodząc do ćwierćfinału. Ale to naprawdę jest w naszym zasięgu. Więc byłbym dobrej myśli, z drugiej strony jednak trochę drżąc, co się będzie u nas działo, jak jednak polegniemy. Oj, wolę sobie tego nie wyobrażać... Tyle na dzisiaj. Jutro też jest dzień i być może będzie to dzień wielki. Przekonamy się od 7 rano. Wtedy relacja z meczu Polska - Brazylia w Pucharze Świata.




19.15: Ok, czas ochłonąć i przemyśleć losowanie. Wieczorem małe podsumowanie plus jutro, o 7 rano POLSKA - BRAZYLIA w Pucharze Świata. BĘDZIE SIĘ DZIAŁO!


19.05: Gmochuś przewidział Grecję, przybył, zobaczył, przewidział czyli veni vidi vici XXI wieku :P Dobrze, że mamy pana Jacka po swojej stronie ;)

Moje typy - czyli grupa marzeń prawie się sprawdziła. Naprawdę wolałbym Anglików. No ale co zrobić. Nie jest źle, mamy realne szanse na wyjście z grupy. I trochę czasu, żeby jeszcze poprawić swój poziom gry.


Mam mieszane uczucia. Niby losowanie dla nas dobre. Ale jak nam nie pójdzie, to będzie wielki, wielki wstyd. Z drugiej strony - grupa B to grupa śmierci, Ukraińcy chyba zagrają 3 mecze i na tym skończy się ich udział, a Hiszpanie będą się musieli mocno napocić, żeby wyjść z grupy. Jedno jest pewne - BĘDZIE TO BARDZO CIEKAWE EURO!




A Ukraina chyba raczej już na pewno z grupy nie wyjdzie - Anglia dopełnia tą wybuchową mieszankę. Czy Wyspiarze wezmą rewanż za 2004 rok i porażkę z Francuzami? 


WŁOCHY Z HISZPANIĄ. Naprawdę będzie ciekawie w tej grupie. Oj będzie.


O ŁAAAAAAAA... NIEMCY DO GRUPY ŚMIERCI. ALE BĘDZIE RZEŹNIA...


NO I ... ... RUSCY. CZY JA WIEM. SZLAG. Ja tam wolałem Anglików. Z drugiej strony - jak nie wyjdziemy z tej grupy, to będzie niezły bigos i niezły wstyd.

A Szwecja do ostatniej grupy. Ukraińcy chyba raczej z grupy nie wyjdą...

Chorwacja do Hiszpanii. Ciężkie, ciężkie mecze będą. Hiszpanie będą musieli sobie wyszarpać awans.


Portugalia z Holandią. Oj. Będzie gorąco.


CORAZ WIĘKSZE EMOCJE. KTO TERAZ? ... GRECJA!!!! JEST DOBRZE! MECZ OTWARCIA? EEEEEE... Ja bym tam wolał Angoli na otwarcie. No cóż. Bywa.

A Ukraina z Francją. Będą mieli ciężko współgospodarze. Ale to już ich problem.


Irlandia z Hiszpanią. Może być różnie. Irlandczycy to twardzi faceci, mogą zgnieść fizycznie mistrzów świata i Europy.

Dania z Holandią.


No to jedziemy. Z nami grają... CZECHY! Gramy z nimi we Wrocławiu. Knedliki, bójcie się! Krtek, zasuwaj pod ziemię! 


Będziemy mieli najazd Hiszpanów w Polsce ;)


No i w grupie B mamy Holandię. A w C Hiszpanię.


Zaczynamy od koszyka 1 - czyli dolosowanie do grup B i C Hiszpanii i Holandii. Potem koszyk 4, 3 i 2.


18.35: Ok, zaczynamy to, na co wszyscy czekamy. LOSOWANIE! I wyjątkowy Gianni Infantino ;)

sobota, 26 listopada 2011

szukając i starając się ufać

Kiedyś, kiedy Kaczorek był jeszcze beztroskim chłopcem (gimnazjum/liceum), lubił przesiadywać w dawnym pokoju siostry i słuchać jej kasetowej kolekcji. To miejsce było mu szczególnie bliskie, kiedy był zmuszony pisać wypracowania na polski lub kiedy chciał przyszykować jakąś pisemną niespodziankę dla drogich mu osób. W tych pracach często towarzyszył mu Varius Manx (jakiś czas temu wspomniany i zaprezentowany na blogu) lub również wspaniały zespół The Corrs ze swą wybitną płytą "In blue". Dzisiaj jakimś dziwnym trafem ją odkurzył. I momentalnie wróciły wspomnienia.

Kiedyś Kaczorek złożył pewną obietnicę na tym blogu i aż dotąd jej nie dotrzymał. Otóż kiedy Kaczorek wraz ze swoimi kolegami ze studiów był w Braunschweigu i na warsztatach z homiletyki dramaturgicznej tworzył opowiadania do tekstu z Ewangelii Marka 1,32-37, obiecał po powrocie, że zamieści na blogu swoje opowiadanie. Cóż, czas się z tej obietnicy wywiązać. Zapytacie - jaki związek mają ze sobą te 2 akapity? Otóż wbrew pozorom mają. Jaki? O tym później. Najpierw opowiadanie.

Niespełnione nadzieje


Tuż po zachodzie słońca matka, prowadząc za rękę swą niewidomą córkę do drzwi domu, w którym przebywał Jezus, odczuwała nadzieję.
- Córeczko, on uzdrowił teściową Szymona! On ma moc! Plotkują, że jest Mesjaszem! On cię uleczy! Ja to wiem!
- Mamo, będę mogła widzieć wszystko to, co ty? Słońce, gwiazdy, naturę?
- Tak, córeczko. Twoje cierpienie dobiegnie końca i od dzisiaj będziesz zdrową dziewczynką.

Matka i córka, pełne nadziei i z podekscytowaniem na twarzy dotarły do domu. Jezus krzątał się dokoła chorych, rzeczywiście uzdrawiał, miał moc. Matka mocniej ścisnęła rękę córki i ruszyła do przodu, w stronę Jezusa. Zauważył je. Ale na jego twarzy nie było uśmiechu. Spojrzał na córkę, jej matkę, westchnął, odwrócił się i gdzieś się oddalił. W oczach matki pojawiło się zdezorientowanie.

- Co się dzieje? Dlaczego on odchodzi? Szymonie, zatrzymaj go! Niech uzdrowi moją córkę! Proszę! Szymonie, zawołaj go z powrotem!
- Mamo, czemu ja ciągle nic nie widzę?
- Córeczko, poczekaj jeszcze. Szymonie, gdzie on jest?
- Nie wiem, Miriam. Po prostu gdzieś poszedł. Przepraszam, nie mogę ci pomóc. Przyjdź może później.
- Ale dlaczego? Czemu on nie mógł uzdrowić mojej córki? Innym przecież pomógł, co to dla niego za problem? To ma być niby ten Mesjasz?

Ze łzami w oczach matka, powoli prowadząc córkę za rękę, wracała do domu. Rozgoryczona, zawiedziona i zrozpaczona.  

Zastanawiałem się, czemu akurat z tej strony postanowiłem ugryźć ten tekst. Pamiętam, że bardzo uderzyło mnie to, iż w Ewangelii czytamy, że Jezus uzdrowił wielu. Nie wszystkich. Tak więc musieli prawdopodobnie być tacy, którzy nie zostali uzdrowieni, którzy rozczarowali się i odeszli z niczym. 

Mam poczucie, że w minionym roku (świadomość, że zbliża się koniec roku kalendarzowego zmusza mnie do różnego rodzaju podsumowań), ba, w minionym tygodniu przeżyłem sporo rozczarowań. Niektóre z nich były bardziej, niektóre mniej bolesne. Niektóre były powodowane przez moją głupotę, niektóre przez perfidię i wredotę innych ludzi. A niektóre po prostu się działy. Wiem jedno - ten rok dał i wciąż daje mi mocno w kość. Staram się widzieć w tym coś szerszego, coś co ma mnie czegoś nauczyć, przygotować do czegoś w przyszłości. Czasem jednak nie umiem i buntuję się przeciwko takiemu porządkowi. Czasem zwyczajnie puszczają mi nerwy, czasem jestem bezsilny, rozczarowany, rozgoryczony, mam poczucie, że odchodzę z niczym (jak bohaterki wcześniejszego opowiadania). 

Zawsze byłem przeciwnikiem mówienia o procesie "poszukiwania siebie", porad typu: "musisz zrobić coś dla siebie, musisz odnaleźć siebie". A dziś... czuję, że właśnie przez taki proces przechodzę. Szukam siebie. Tego, kim jestem. Jakkolwiek dziwnie to brzmi. Szukam swojego miejsca w świecie, próbuję jakoś to wszystko ogarnąć. I nie jest to jakaś próba zwrócenia na siebie uwagi, głośne wołanie o pomoc. Po prostu coś ostatnio we mnie zaczęło pękać. Pewne skorupy się rozpadły, skruszyły i w ich miejsce pewnie wyrosną nowe. Jakie? Nie wiem. Ale mam nadzieję, że Pan Bóg to wie. I że będą to dobre, wartościowe skorupy.

Wiecie, będąc tym beztroskim chłopcem, siedzącym przy biurku starszej siostry, pisząc sobie różne pierdoły i słuchając sobie "In blue", byłem szczęśliwy, myślałem, że znam siebie, znam to, na czym mi zależy, pewne rzeczy traktowałem jako pewnik. Ciekawe, że pamiętam moje skojarzenia i myśli z wieloma piosenkami "In blue" z tamtego czasu. Dziś wywołuje to już tylko sarkastyczny śmiech. Dziś również siedzę przy drewnianym biurku, również coś piszę, również słucham "In blue", również jest to nieco depresyjny, jesienny wieczór. Truizmem byłoby powiedzieć, że znajduję się w zupełnie innym punkcie mojego życia. Tyle, że wtedy czułem, że mam swoje życie pod kontrolą, że zmierza ono do określonego celu. Że wszystko jest na swoim miejscu, wszystko ma swój cel i wszystko pójdzie tak, jak sobie zamierzyłem. 

Dziś wiem, że zdecydowana większość tego wszystkiego poszła zupełnie odwrotnie. Nie wiem, dlaczego. Trochę czuję się rozczarowany. Ale nie odchodzę zrozpaczony, jak bohaterki mojego opowiadania. Wierzę (jeszcze :P), że Pan Bóg ma w tym jakiś cel. I że pomoże mi odnaleźć siebie, moje miejsce w tym świecie, żółtą parasolkę. Że pomoże mi dojrzeć i dorosnąć. 

Ojć, rozpisałem się. Więc żeby nie przedłużać... Piosenka, która wtedy działała na mnie najmocniej. I wciąż działa. :) (choć tamte 2 również są wyjątkowe)




sobota, 19 listopada 2011

PRowsko + drobne zmiany

W ramach Instytutu Pastoralnego mieliśmy zajęcia z Public Relations. Zainspirowany przykładami prowadzącego, dyrektora ds. komunikacji społecznej Warszawskiej Grupy Doradców PR, postanowiłem nieco pozmieniać na swoim blogu.

Jeżeli zmiany te się nie spodobają - wyraźcie swoją opinię w komentach. ;)

Co do samych zajęć - były naprawdę bardzo inspirujące. Na potwierdzenie wrzucam tu notkę prasową, jaką mieliśmy przygotować na temat minionych dwóch dni:


Studenci, PR i Kościół  

W dniach 18-19 listopada studenci teologii w ramach Instytutu Pastoralnego mieli okazję doskonalić swoje umiejętności w ramach bardzo modnego w ostatnim czasie tematu – Public Relations. Podczas kursu, prowadzonego przez Maurycego Seweryna, doświadczonego PR-owca, dyrektora ds. komunikacji społecznej Warszawskiej Grupy Doradców PR, uczestnicy mieli okazję poznać ogólną charakterystykę i zagadnienia Public Relations, dowiedzieć się, jak tę wiedzę przełożyć na realia kościelne.

Prowadzący zaznajomił zebranych z metodami i zasadami, w oparciu o które można zbudować dobrą, wartościową strukturę kontaktów z różnego rodzaju mediami, organizacjami samorządowymi, stowarzyszeniami, w jaki sposób zainteresować dziennikarzy, osoby publiczne działalnością parafii czy kościoła. W interesujący i ciekawy sposób zachęcał studentów do czynnego brania udziału w zajęciach, czego dowodem była praca w grupach (dotycząca m.in. próby określenia grupy docelowej, do której chcą dotrzeć jako ludzie pracujący w Kościele czy parafii), ćwiczenia z zakresu organizowania konferencji prasowej czy nagrywania wypowiedzi odnoszącej się do wybranego wydarzenia mającego miejsce w Kościele. Te praktyczne ćwiczenia z pewnością lepiej uzmysłowiły uczestnikom, na czym polega kształtowanie wizerunku nie tylko swojej osoby, ale również (a może przede wszystkim) Kościoła, jak wykorzystać środki przekazu – Facebook, blogi, jak stworzyć interesującą stronę internetową np. parafii. 

Pomimo intensywności zajęć, sporej dawki nowych informacji oraz ćwiczeń praktycznych, studenci mogli zaliczyć spędzony na Instytucie czas do udanych. - Wreszcie mogłem zobaczyć, jak wygląda ten, szeroko komentowany we współczesnych mediach, PR. Nie sądziłem, że często prostymi środkami, w nieskomplikowany sposób, przy niekoniecznie dużych kosztach można zbudować wartościową sieć kontaktów, zainteresować działalnością Kościoła i jego aktywnością dziennikarzy, różne grupy społeczne i przede wszystkim wiernych, parafian. Myślę, że ten kurs wiele mi dał i postaram się wykorzystać sporo cennych uwag, impulsów w przyszłości. PR staje się coraz istotniejszy w życiu publicznym. Dobrze jest znać jego tajniki. Bardzo wartościowo spędziłem czas – przyznał jeden z uczestników kursu.

Całość odbyła się dzięki zaangażowaniu ks. Adriana Korczago, dyrektora Instytutu Pastoralnego.

piątek, 18 listopada 2011

alternate reality

Dzisiejszy dzień to typowy przykład obcowania z alternatywną rzeczywistością - no ale czego się spodziewać po dniu spędzonym z dwoma komediami romantycznymi? (tak się składa, że te komedie należą do jedynych trzech komedii romantycznych, które naprawdę mi się podobają)

I po takiej porcji pięknej, acz nierealnej rzeczywistości człowiek ma jednocześnie niedosyt i dość tego, co zobaczył i co ewentualnie może przeżyć. Wszyscy doskonale wiemy, że to, co dzieje się w komedii romantycznej, nie ma praktycznie żadnego przełożenia na nasze życie. Więc może dlatego tak bardzo je lubimy? Tak lubimy uciekać w świat przedstawiony w nich?

Szczególnie, że akurat "Listy do M." kończą się we wszystkich wątkach happy endami. (pod tym względem "Love actually" nie jest już takie ckliwe i wspaniałomyślne) Wychodząc z kina człowiek nie wie, co ma myśleć. Naczy, inaczej. Wie. "Rany, rany, rany, też chcę się tak zakochać, też chcę od razu to poczuć i od razu wiedzieć że ona/on to ten".

A nie?

Ale czy tak naprawdę o to chodzi? Czy nie lepiej poznać osobę, pospędzać z nią trochę czasu, pogadać, poodkrywać jej wady, zalety i dopiero potem stwierdzić, czy pójść dalej czy jednak sobie odpuścić? Czemu trzymać się tylko i wyłącznie tego pierwszego wrażenia? Owszem, jest to wtedy cholernie romantyczne. Ale nie zawsze ten idealistyczny romantyzm wychodzi na zdrowie...

Komedie romantyczne mogą być fajne. "Listy do M." były wręcz zarąbiste. Ale pamiętajmy, że życie bywa inne. Bardziej zawiłe, wymagające więcej wysiłku, starań, zmagań. No i (to już moja typowo konserwatywna, prywatna opinia) nie trzeba na pierwszej randce koniecznie iść do łóżka (zdążyłem się już przyzwyczaić, że w kinie to norma. Ale pal licho), nie trzeba również iść na 10., ale można również czasem poczekać do ślubu...

Przykro mi było, że powód, dla którego świętujemy Boże Narodzenie został w "Listach do M." wymieniony tylko raz. Choć i tak rejczel nie powinienem narzekać, bo wymieniono go AŻ raz. Przyzwyczaiłem się, że popkultura woli Mikołajów, politycznie poprawne "Happy holidays", renifery, a centrum handlowe to kościoły XXI wieku. Pomijając już rytuał Wigilii, który dla Polaków jest chyba świętszy niż niepokalane poczęcie i polskość Maryi. Są święta i musi być inaczej, lepiej, musimy ze sobą rozmawiać, musimy być dla siebie uprzejmi, musimy mieć choinkę, musimy mieć prezenty, musi być fajnie.

Kurde, a przez resztę roku bądźmy znowu wrednymi, bezuczuciowymi ludźmi. Wybaczajmy sobie w Wigilię, ale przez resztę roku się nienawidźmy. Mam wrażenie, że w naszym kraju kult Wigilii rozrósł się do niewyobrażalnych rozmiarów. I boli mnie to. A jako że lubię robić często na przekór wszystkiemu - przyznam publicznie, że od lat po prostu Wigilii nie lubię. Ot co. To jest moja alternatywna rzeczywistość.

Wiem, odbiegłem od meritum i zacząłem narzekać. Poniosły mnie trochę emocje. Ale no ludzie! Pan Jezus został zesłany dla nas, żeby nas zbawić. To dzięki Niemu mamy w ogóle co świętować. To nie Mikołaj się urodził, nie girlandy ani choinki, nie prezenty... no ale co tam. Dzisiejszy świat już po prostu tego nie rozumie. Nie potrzebuje. Wszystko sprowadza się do seksu, konsumpcji i przyjemności, przerywanej zasuwaniem w korporacjach i zarabianiem kupy kasy.

Panie Jezu, nie da się inaczej? Naprawdę się nie da? Czemu Twoja wartość tak gwałtownie spada? Czemu konsumpcja usuwa Ciebie i Twoje przyjście w cień? Czemu czuję się tak bardzo zdominowany przez ten mainstreamowy potok tandety i taniego zadowolenia? Pomóż...


poniedziałek, 14 listopada 2011

powrót do początku (Projectu)

Ostatnio znowu zdarza mi się dużo myśleć. Biorąc pod uwagę, jak wiele rzeczy zmienia się w moim życiu, jak czasem wydarzenia nabierają niesamowitego tempa, jak sytuacje się komplikują, bywają nieprzewidywalne... już dawno moja perspektywa się nie zmieniała na tak wiele spraw. Czasem mam wrażenie, że to nawet niekorzystnie na mnie wpływa. Choć z drugiej strony...

Jesienna pogoda sprzyja nostalgii, rozważaniom. I dzisiaj w sumie przypadkowo wróciłem do początku. Jakiego początku? Do "Projectu" Michaela W. Smitha. Natrafiłem w necie na jedną piosenkę, która tak mną poruszyła, że aż musiałem sprawdzić, z jakiego okresu i z jakiej płyty MWS'a ona pochodzi. No i okazało się, że to ze starego, dobrego Projectu - czyli pierwszej jego płyty z roku Pańskiego 1983. Kiedy to było? ;) Moje rodzeństwo miało odpowiednio 5 i 3 lata. Czyli... (no jakiś czas temu :P)

Przypomniałem sobie pierwsze chwile fascynacji MWS'em (które w sumie zawdzięczam mojemu bratu, gorliwemu fanowi Michaela), słuchanie Projectu na starej wieży, skoczne kawałki pokroju "You need a Savior", "Be strong and courageous" no i oczywiście nieśmiertelne, legendarne wręcz "Friends" (jeszcze w zupełnie prymitywnej, prościutkiej wersji, która z upływem lat była upiększana, poszerzana...). Kurczę, to były czasy. Aż chciałoby się rzecz "kiejsi to było lepiej" :P Czy rzeczywiście?

Beztroska, dzieciństwo, zabawa, radość, więcej uśmiechu, mniej bycia niejadkiem. Podobno byłem bardzo uśmiechniętym dzieckiem, dużo jadłem (i nie wybrzydzałem), umiałem się bawić z innymi dziećmi, nie miałem oporów żeby wszystkim kolegom opowiadać o Panu Jezusie. A teraz? Mój wyraz twarzy (podobno) często wskazuje na to, że chciałbym kogoś zabić, więc uznaje się mnie ogólnie za odulonego, bardzo wybrzydzam, ciężko mi dogodzić pod względem kulinarnym (a w dodatku wg moich babci jestem strasznie chudy), mam problem, żeby bawić się z dziećmi (i za cholerę nie umiem dojść do tego, dlaczego), mam momenty, kiedy w moim życiu mam problem aby dostrzec powód do radości, bardzo dużo się stresuję i martwię. Nawet na zabawę nie mam już tak ochoty. A bezpośrednie mówienie o Bogu w niesprzyjającym środowisku mnie krępuje.

Co się stało z tym uroczym Piotrusiem? Uroczym, ślicznym, roześmianym dzieckiem, dumą rodziców i dziadków? Wydoroślał? (rejczel nie, wręcz usłyszałem ostatnio że przechodzę wciąż okres buntu) Spoważniał? (tu może prędzej, bo nie mam przekonania do robienia jakichkolwiek szalonych rzeczy, które teoretycznie pasują 20-latkowi) Zamknął się w sobie? (oj tak, to na pewno. Nawiązywanie znajomości przychodzi mi z trudem, kosztuje mnie dużo stresu. Moje grono dobrych znajomych czy przyjaciół również jest wąskie)

Tak naprawdę sam nie jestem w stanie stwierdzić, kim do końca jestem i w jaką stronę poszedłem. Wiem, że bardzo się zmieniłem. Albo to sytuacja i okoliczności, których doświadczyłem, bardzo na mnie wpłynęły. Ale wiem też, że gdzieś w głębi siebie mam tego uroczego, słodkiego Piotrusia, który czasem ma straszną ochotę, żeby się ujawnić. Pokazać jasną stronę oblicza tego starszego, niby dojrzalszego, ale niekoniecznie lepszego Piotra.

Podświadomie czuję, że czas trochę powrócić do przeszłości. Poszukać w sobie uśmiechu, radości, zabawy. To wszystko gdzieś tam jest. Kilka bodźców mnie do tego skłania. Są motywy, które niesamowicie inspirują do bycia innym, przyjemniejszym, bardziej otwartym i ujmującym. I czasem nie umiem się im oprzeć. I widzę, że warto. ;) Może jednak nie wszystko stracone? Może jednak jest jeszcze dla mnie szansa?


Elf skradł moje serce. A czy wasze? W roku 1995 (wtedy postała płyta "Elf") miałem 4 lata. I byłem uroczym chłopcem :P Piękny kawałek. Tak, jak piękne było wtedy moje życie.

A teraz? Jakie jest? A może trzeba zadać sobie ważniejsze pytanie - jakie ono będzie? Chciałbym, by było piękne i wspaniałe jak moje dzieciństwo, do którego wracam wspomnieniami z nieukrywanym wzruszeniem. Może będzie mi to dane.

A od tej piosenki się wszystko zaczęło. "Too many times". Ciary mnie przechodzą. Ale spokojnie, nie utożsamiam się w pełni ze słowami i nie chcę umierać. Zdecydowanie nie ;)

sobota, 5 listopada 2011

Kaczor na konferencji kobiet

Sobota. Godzina 10 rano (czyli pora, kiedy Kaczor zwykle śpi). Natężenie 8 kobiet na metr kwadratowy. Dookoła same kobiety (no ok, było jeszcze 5 innych facetów), ogólnie rzecz biorąc, stosunek 250:5 (o ile nie było ich więcej). Temat spotkania: Czy jestem piękna? No wszystko cudnie, wspaniale, w końcu to doroczna Ogólnopolska Konferencja Kobiet organizowana przez CME. Ale co tam robi Kaczor?

Wiecie, parę razy w trakcie konferencji zadawałem sobie to pytanie... :P Główny powód dla którego tam byłem - obsługiwałem projektor (inaczej mówiąc, puszczałem słowa piosenek, coby panie mogły sobie pośpiewać). Wiązało się to z tym, że byłem obecny na wszystkich punktach programu, bo kiedy akurat nie puszczałem słów, to trzeba było rzucić plakat spotkania na ekran albo obsłużyć główną mówczynię konferencji, dr Pracką (pal licho, że projektor, nawiasem mówiąc, mający już swoje lata, nie wytrzymywał tempa ani ilości zdjęć pojawiających się w prezentacji - co sprawiało, że panie musiały się pewnie zastanawiać, dlaczego na przemian ze slajdami wyskakuje kod kreskowy projektora i nazwa firmy, a w dolnym rogu pojawiał się komunikat, że nie ma imputu na RGB1...).

Ogólnie lajcik, puszczanie piosenek jest całkiem przyjemne ;) (choć chyba jednak wolę śpiewać) atmosfera imprezy również bardzo przyjazna, fajne piosenki, bardzo interesujące wykłady dr Prackiej, poruszająca opowieść fryzjerki Ani na temat pewnych przeżyć ze swojego życia, ciekawa dyskusja z pozostałymi facetami na temat naszych wrażeń dotyczących spotkania i wykładów.

Ale mimo wszystko, czułem się jakoś dziwnie :P

I na koniec dowcip (trochę seksistowski): Dlaczego Jezus po zmartwychwstaniu najpierw pokazał się kobietom? Bo chciał, żeby ta wieść szybko się rozniosła :P

wtorek, 25 października 2011

Mylo Xyloto (majlo zajloto)

Zgodnie z obietnicą, trza skrobnąć notkę o najnowszej płycie Coldplay, tak bardzo przeze mnie oczekiwanej, którą już przed premierą uznałem za prawdopodobnie kosmiczną. No cóż...

Po pierwszym przesłuchaniu byłem wręcz rozczarowany. Niemniej jednak dzisiaj, po którymś już razie, kiedy wszystkie kawałki przeleciały, zaczynam stwierdzać, że Mylo Xyloto staje się moją ulubioną jeżeli chodzi o całą piątkę płyt Coldplay. A przyznajcie, że ma jednak sporą konkurencję...

Miało być również coś o każdym kawałku. Tak więc:
1. Tytułowe "Mylo Xyloto" - bardzo ładne wprowadzenie do albumu. Harmonie co prawda się nie rozwijają, ale wnoszą fajny klimat (co ciekawe, praktycznie opiera się on na 2 akordach...). Chce się iść dalej.
2. Po dynamicznym przejściu przechodzimy do "Hurts like Heaven" - ten kawałek dobrze oddaje klimat całej płyty - muzyka elektroniczna połączona z akustycznym Coldplayem, który na refrenie przechodzi w odrobinę rockowe (choć czy to w ogóle można nazwać rockiem? Wszystko i tak zmierza w stronę brit-popu...) brzmienie. Niezły kawałek. Ale jednak chciałoby się czegoś więcej.
3. "Paradise" - drugi najbardziej wypromowany kawałek tej płyty, singiel wyszedł już 12 września, więc cały świat miał ponad miesiąc, żeby się z nim zapoznać (oraz zobaczyć beznadziejny teledysk.). Siedzi w głowie, nieustanne powtarzanie "Para, para, paradise" często towarzyszy podczas otwierania oczu, wstawania i porannego prysznica. Im dłużej go słucham, tym bardziej mi się podoba. Ale niedosyt mimo wszystko jakiś jest.
4. Pora na jeden z dwóch kawałków, który ma po prostu kapitalną solówkę wstępną - "Charlie Brown". Energetyczność intra porywa mnie i dodaje kopa na cały dzień (albo i całą noc). W moim małym rankingu jest to kawałek wybitny. Zwrotka akustyczna, natomiast przejście i refren cała kapela. Wcale nie przeszkadza mi bardzo często powtarzający się główny motyw - jest tak świetny, że mógłby być jeszcze częściej ;)
5. "Us against the world" - o ile poprzednie 4 kawałki znałem już wcześniej, o tyle tę piosenkę usłyszałem dopiero wczoraj. Rozkręca się powoli (choć intro gitarowe bardzo pozytywne), powiedziałbym, że jest utrzymana w starym, melancholijnym klimacie Coldplay, charakterystycznym dla "X&Y". Nieco smętna, monotonna... wszystko zmienia się po 3 minucie, kiedy do głosu wchodzi klawisz, który harmoniami w dole wprowadza wyjątkowy klimat. Mimo, że trwa to tylko 20 sekund, warto na chwilę zamknąć oczy i ...
6. "M.M.I.X." to nic innego jak tylko elektroniczne przejście do numeru 7...
7. ... czyli "Every teardrop is a waterfall" - był to pierwszy singiel, który pojawił się na świecie, promując nadchodzącą płytę. To kolejny kawałek wybitny. Bardzo elektroniczny kawałek (ale taka w sumie jest cała płyta), z niezwykle dynamicznym refrenem. No i w sumie same słowa, że każda łza to wodospad. Coś w tym chyba jest.
8. Na temat ósmego kawałka wypowiem się po angielsku: crap. To jedyna piosenka, którą pomijam, kiedy słucham Mylo Xyloto. Otóż, moi drodzy, "Major minus" to największy chłam na tej płycie. Ogólnie, jeden z większych chłamów w historii zespołu. Przynajmniej moim skromnym zdaniem.
9. "U.F.O" - przypomina gitarową strukturą "Parachutes" z pierwszej płyty grupy. Lekki, przyjemny, spokojny kawałek, podbudowany padami od połowy utworu. Niezły. Tylko niezły.
10. No i tu jest problem. Bo widząc i słysząc Rihannę w jednym utworze z Coldplayem chciałoby się ową panią i owy zespół skrytykować. Nie przepadam za "Umbrellą, Ellą, E E". Może i jestem kapkę uprzedzony. Ale sama "Princess of China" nie jest beznadziejna. Jest średnia. W każdym razie - to dowód na to, że Coldplay szuka różnych motywów, idzie w nowe rejony muzyki elektronicznej. Czy udanie - ciężko stwierdzić. Mnie to nie porywa. A Rihannie mimo wszystko dziękujemy.
NO I DOCHODZIMY DO...

UP IN FLAMES. Numer 11 jest po prostu miażdżącym, wywołującym ciary, przytłaczającym, rozbijającym, niszczącym wszystko, co stoi na swojej drodze. Wystarczy klawisz, Chris Martin, niesamowite harmonie (potem jeszcze kapitalnie elektryk na refrenie) żeby mnie uziemić, onieśmielić, zauroczyć i na chwilę przenieść do nieba. A kiedy dodam, że słowa dobrze wpisują się w mój stały od paru miesięcy ogólny nastrój... to mam czasem ochotę stanąć w płomieniach. Oczywiście, metaforycznie ;) Największa miazga tej płyty, wybitna wybitność. Może i prosta, nudna, nieskomplikowana (bo pewnie krytycy tego kawałka się znajdą i coś w tym stylu zarzucą). Ale dla mnie po prostu AWESOME.

Po wybitności jest wciąż fajnie.
12. "Hopeful Transmission" jest jakby repryzą "Mylo Xyloto", tylko utrzymaną w delikatniejszym, zwiewniejszym i subtelniejszym klimacie. Harmonie są moim zdaniem bardziej udane i chwytające za serce (te smyczki...). Więc lepszy motyw niż tytułowe "MX". No a przejście do numeru 13 - ajć. Aż się chce...
13. ... normalnie aż skakać, rzucać głową i włosami na lewo i prawo. To jest dopiero energia... "Don't let it break your heart" - nie pozwól, by to złamało twoje serce. A przesłanie, by pomimo bycia zmęczonym czekaniem nie dać się złamać - dziękuję, panowie Martin/Champion/Berryman/Buckland. To jest wybitny kawałek nr 4 na "Mylo Xyloto". Krzepiące.
14. Kończąca piosenka "Up with the birds" jest... no właśnie. Mam z nią problem i ciężko mi ją zdefiniować. Przypomina mi to trochę refleksyjne zakończenie również z "X&Y", choć tam akurat "Till kingdom come" było w swej akustyczności dosyć dynamiczne. A tu ostatni kawałek jest jakby wielkim malowidłem olejnym, w którym malarz spokojnie i powoli długimi pociągnięciami tworzy swój obraz. Zakończenie zawieszone jest w próżni (pomimo akustycznej, rozwijającej się końcówki).

I mam nadzieję, że nie sprawdzą się tragiczne prognozy, iż była to ostatnia płyta Coldplay.

Ogólnie rzecz ujmując, 4 wybitne kawałki, w tym jeden awesome. 1 kicha, 1 średni, 8 całkiem niezłych. Ale z końcową oceną się wstrzymam. W końcu niektóre motywy człowiek odkrywa dopiero po czasie...

Póki co, staję w płomieniach ;)

P.S. Ta pseudo-recenzja nie jest żadną obiektywną wypowiedzią, na którą mogliby się powołać specjaliści od muzyki. Zupełnie nie znam się na gatunkach współczesnej muzyki, więc zapewne jakiś znawca mógłby spokojnie mnie tu skrytykować. Nie dążę do tego, by wypowiadać się jak ekspert. Po prostu opisałem swoje subiektywne uczucia, które wywołała we mnie nowa płyta. Polemika mile widziana ;)

środa, 19 października 2011

can't wait

Byle do poniedziałku.
Byle do wtorku do 9.30.
Byle do czwartku do 10.15.
Byle do uwielbiającego.
Byle do tego jednego momentu (wielu, niekończących się chwil), za którym tak tęsknię i o którym mocno marzę...

Każdy z tych wyznaczników związany jest z moją niecierpliwością, oczekiwaniem, pragnieniami, nadziejami, marzeniami. Nie mogę się doczekać. No nie umiem zdzierżeć. Mówią, że warto jest być cierpliwym. Jak to mawiał mój obecny współlokator "Pan Bóg daje najlepsze tym, którzy umieją czekać".

Ale żeby to było takie proste... Czasem nie umiem odpuścić. A gdybym umiał, pewnie byłoby łatwiej.

No nic. W poniedziałek wychodzi "Mylo Xyloto". I nie omieszkam napisać tutaj o każdej piosence. Bo czuję, że będzie to kosmiczna płyta. Która przebije "Parachutes", "Rush of Blood to the Head", "X&Y" i "Viva la Vida". CAN'T WAIT FOR IT!

poniedziałek, 3 października 2011

powrót (rok akademicki 2011/2012)

Mały student wrócił do wielkiego miasta. Przy tej okazji trudno nie wspominać, jak to wyglądało rok temu...

Jechałem jako mały, bojaźliwy kaczorek do przeogromnego, przerastającego miasta. Dziś wracam jako, powiedzmy, kaczor (choć zapewne nieraz poczuję się jeszcze kaczorkiem) na znane już śmieci, do znanych już znajomych, do znanego i pokochanego miasta.
Jechałem będąc w związku. Wracam jako singiel.
Jechałem z krótkimi włosami. Wracam z długimi (zwykle o takim duperelu bym nie pisał, ale zaskakująco duża ilość osób to stwierdziła).
Jechałem jako student pierwszego roku. Wracam już jako drugoroczniak ;)
Jechałem prawie posikany ze strachu, niesamowicie smutny i czułem się homesick. Wracam po roku, bez większych obaw, raczej z podekscytowaniem, planami, kiełkującą chęcią rozwoju. Co nie zmienia faktu, że z bólem opuszczałem dom. W końcu w domu najlepiej.

Przechodząc dzisiaj po akademickim korytarzu, zauważyłem sporo nowych twarzy. I jakoś ciężko mi się na razie przyzwyczaić, że nie jestem już pierwszakiem i że wracam do swojego pokoju (co prawda z innym współlokatorem i współłazienkowiczem, ale nie sądzę, by była to zmiana na gorsze - i nie twierdzę, że poprzednicy byli beznadziejni! ;) thx Bartek i Karol za zeszły rok :)). Z żalem stwierdzam, że będzie mi brakowało Ostatniego Przybytku Po Lewej.

Jednak najważniejsze jest chyba to, że odczuwam pokój. I nadzieję. Subiektywnie powiem (tak to interpretuję), że Pan Bóg się odezwał. Zadziałał. Poruszył. Złamał. I mam nadzieję, że będzie konsekwentnie podnosił.

Zostałem dzisiaj zbombardowany wersetami, które tym razem (i liczę, że tak już pozostanie) podniosły mnie na duchu. Nie kwestionowałem ich prawdziwości, nie podważałem ich interpretacji. Bo poczułem, że są one dzisiaj właśnie dla mnie. A to, że piosenki, które w zasadzie przypadkiem puściłem sobie podczas rozpakowywania manatków, pasują jak ulał do mojej sytuacji i położenia - uznaję to za Jego działanie.

Przede mną jeszcze daleka droga. W wielu wymiarach i płaszczyznach. Ale przynajmniej wróciłem na ścieżkę, która jest mniej uczęszczana ;)

Tęsknię za wami, moi rodzice, babcie, braciszku i bratowo, siostro i szwagrze. Ale chyba wreszcie ruszyłem do przodu. Oby się to utrzymało.

P.S. On zna nasze imiona. Całe szczęście :)

sobota, 17 września 2011

wątpiące wołanie

Temat, który tu dzisiaj poruszę nie daje mi spokoju już od dłuższego czasu. Może i niepotrzebnie robię z tego publiczną sprawę, ale zaczyna mnie to męczyć i może spisanie tego tutaj przyniesie jakąś ulgę (jeżeli ktoś poczuje się zgorszony - paru moich znajomych miało lub ma podobne rozterki. Może to ich odrobinę wesprze).

Sporo osób pytało mnie ostatnio, co u mnie. Jak się czuję, jak leci i tego typu standardowe pytania mające rozpocząć konwersację. I za każdym razem miałem problem, co odpowiedzieć. Bo (zgodnie z naszą polską normą zachowań) odpowiadając "w porządku", byłem nieprzekonujący. No ale gdybym odpowiedział, że źle, to bym chyba naruszył jakiś konwenans. I od razu mojemu rozmówcy nasuwają się czarne myśli - choroba? śmierć kogoś w rodzinie? zawód miłosny? myśli samobójcze? i inne. A jak wytłumaczyć fakt, że życie czasem mnie przerasta? Że wiara mnie przerasta? Że czasem nie wiem, w co wierzyć?

Być może zastanawialiście się, czy student teologii, syn księdza, osoba świadomie wierząca może w ogóle mieć jakiekolwiek wątpliwości, gorsze duchowe momenty. Albo się nad tym nie zastanawialiście, bo odpowiedź jest przecież oczywista. NIE!

A tu niespodzianka.

Byłem dzisiaj na wieczorze chwały w Dzięgielowie. (swoją drogą całkiem udanym i pozytywnie spędzonym - szczególnie słowo ks. Wigłasza było inspirujące i interesujące) I jakoś tak miałem trochę czasu, żeby pomyśleć o moim zabagnionym duchowym wnętrzu. Macie momenty, kiedy śpiewając piosenki, zupełnie nie czujecie tego, o czym śpiewacie? Ja mam. Macie momenty, kiedy nie chcecie czytać Biblii, albo się modlić? Ja mam.

Zapewne jest to gorszące, zniechęcające i w ogóle jakaś porażka. Bo chyba mi nie wypada mieć kryzysu. Powinienem być silny. Znajdować pocieszenie w Bożym Słowie i iść z wiarą do przodu. Cóż. Chwilowo nie potrafię.

Zastanawiam się, czego to kwestia. Nie mam żadnych poważnych problemów, moje życie nie należy do skomplikowanych, trudnych. Wręcz ktoś mógłby mi zarzucić niewdzięczność, próżność, głupotę (lub zapędy do bycia pępkiem świata). A jednak coś jest nie tak. Coś nie funkcjonuje tak, jak należy. Brakuje mi motywacji/chęci/pomysłu/odwagi/pokory (nieodpowiednie skreślić) na to, żeby pójść do przodu a nie stać w miejscu i non stop rozczulać się nad sobą.

Zamiast tego, zadaję sobie pytania:
- Boże, istniejesz?
- Stworzyłeś świat czy to może jednak ewolucja?
- Jak mam podchodzić do Twojego Słowa? Literalnie czy tylko i wyłącznie metaforycznie, naginając je do potrzeb czasów współczesnych?
- Naprawdę Twoja wola jest najlepsza i zawsze dobra dla mnie? A jeżeli tak, to czemu tak wiele rzeczy boli i rani?
- Czy wiara jest darem? Czy mamy jakiś wpływ na nasze zbawienie, czy raczej jest to semi-pelagianizm i powinniśmy spłonąć na stosie?
- Czemu nie możesz mnie namacalnie dotknąć, sprawić, że cię poczuję?
- Czemu wątpię?
- O co tak naprawdę chodzi?

Wiecie, śpiewaliśmy dzisiaj taką pieśń, którą kojarzę jeszcze ze szkółek niedzielnych w Wiśle Centrum. "Wiem, że Jezus kocha mnie, słowom Biblii wierzyć chcę, mali ludzie Jego są, a w słabości silny On". Bardzo ją lubię, mam do niej wielki sentyment. I w trakcie jej śpiewania pomyślałem sobie - "Panie Boże, chciałbym wierzyć tak naiwnie, jak dziecko (no tak, ale czy właśnie to miałeś na myśli, mówiąc, że trzeba wierzyć jak dziecko? Może trzeba to jakoś inaczej zinterpretować, bo w greckim oryginale użyte jest jakieś inne słowo?). Brakuje mi takiej wiary. Przyjmowania wszystkiego bez wątpliwości, w całkowitej ufności. Nie bojąc się niczego, po prostu iść w Twoje otwarte ramiona". Jestem teraz właśnie takim małym człowieczkiem. Małym kaczorkiem, który za 2 tygodnie ruszy znowu do wielkiego miasta. I co wtedy?

Boję się. Bo przecież muszę być silny. Świadczyć innym o Bogu. Być wartościowym świadectwem. Dzielić się Ewangelią z innymi. A ja jestem mały i zagubiony. Szatan zamotał w moim życiu.

I dlatego, Panie Boże, zdając sobie sprawę, że jestem tylko prochem i cieniem, że wystarczy tylko podmuch i już mnie nie ma, starając się stać przed Tobą w pokorze, proszę Cię, abyś mi pomógł. Potrzebuję Twojego czegoś. Nie chcę, żeby brzmiało to jak jakieś wyzwanie - "skoro istniejesz, to to udowodnij i pokaż, że rzeczywiście szykujesz dla mnie coś wspaniałego!". Potrzebuję Cię. Nie chcę dłużej błądzić. Chcę być szczęśliwy. Nie chcę czuć się samotny. Przywróć mnie do normalności. No bo kto, jeżeli nie Ty?

Pomóż. I want to find that what I'm looking for. Help me.

piątek, 16 września 2011

Kołysanka - MLK

Sleep
Sleep tonight
And may your dreams
Be realized
If the thundercloud
Passes rain
So let it rain
Rain down on him

So let it be
So let it be

Sleep
Sleep tonight
And may your dreams
Be realized
If the thundercloud
Passes rain
So let it rain
Let it rain
Rain on him

czwartek, 8 września 2011

questions to God

"Who are You God
For You are turning out to be
So much different than I imagined"

"And where are you God
Cause I am finding life to be
So much harder than I had planned"

"You know that I’m confused
By all this mystery
You know I get afraid"

God is it true
That you’re thinking of me at this moment
God is it true
That you hear every prayer that I pray
God is it true
Every time my heart beats that you know it
Well if its all true
Then that must be you I hear saying trust me

God is it true
Out of all things you’re doing on this planet
Could it really be true
That you’ve counted the heads on my head
God is it true
Every day of my life you have planned it
Well if its all true
That must be you I hear saying trust me

God is it true
That your love for us is never ending
Could it really be true
That you died for letting us go
God is it true
That not even death can separate us
Well if its all true
Then what can I do
But put all my hope, and all my trust in You


Zadaję pytania. Chciałbym usłyszeć odpowiedź. Bo czasem czuję się małym, zagubionym, zbuntowanym i totalnie skołowanym chłopcem. Tak jak teraz.

wtorek, 30 sierpnia 2011

co by było gdyby...

można było wsiąść do samochodu i odjechać uliczką do dowolnej epoki w historii?

A co gdyby można było w niej zostać, z piękną kobietą u boku i realizować swoje romantyczne marzenia i pragnienia?

Rozmarzyłem się w trakcie "O północy w Paryżu". Podobnie jak główny bohater, szczególną uwagą obdarzam dwudziestolecie międzywojenne (choć mnie ciągnie do innej europejskiej stolicy). I wieczorny klimat wielkich miast. I czasem chciałbym się przenieść. I może... tam zostać? I w ogóle...

Zastanawiam się właśnie nad puentą tego filmu. Że zdarza nam się dążyć, tęsknić i obdarzać sentymentem przeszłość. Tak bardzo, że teraźniejszość przemyka nam pomiędzy palcami. M.in. dla tej refleksji chciałem nieco dłużej posiedzieć w kinowym fotelu. Nie było mi to dane, ale na pewno wrócę jeszcze do tego filmu i podumam jeszcze nad tym zagadnieniem.

Co z naszą teraźniejszością? Też przelatuje między naszymi palcami, też tęsknimy za tym, co było? (ostatnio często wracam do dzieciństwa, podstawówki. I towarzyszy mi myśl, że były to piękne czasy :P no ale czy teraz też nie jest pięknie? Czemu nie cenię tego, czego doświadczam teraz?)

P.S. No i co z Marion Cotillard, która postanowiła zostać w Belle Epoque? Była szczęśliwa, udało jej się zrealizować swój sen?

Woody Allen jest wybitny.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Postępujcie jako dzieci światłości...

a tu świeczki nie zapalone... :P

Dawno mnie tu nie było. Ale to z powodu ogromu zajęć. Kierownik obozu, półprzewodnik po Krakowie, student teologii odprawiający nabożeństwo w Tabicie, wreszcie kierowca pomagający przewieźć koło pań z Jawornika do Bielska ;)

Dużo by pisać. Więc w skrócie - obóz rewelacyjny. Niesamowicie busy time, spora odpowiedzialność na głowie, ale również świetna praktyka, która w przyszłości powinna mi się przydać. No i mam nadzieję, że jeszcze uda mi się kiedyś pokierować tym obozem... ;)

Kraków - cóż, Warszawy nie przebił, ale się z nim przeprosiłem i obiecałem, że nie będę już wygłaszał mocno szkalujących opinii na jego temat ;) starówka jak zwykle urocza.

Tabita - 15/70/2 - co łączy te liczby? Ktoś ma pomysł? ;) Niestety, obóz plus nabożeństwo pogorszyło stan mojego gardła. Tak, że mam problem z mówieniem. Aha, no i przypomniałem sobie, że trzeba zapalić świeczki na ołtarzu. (taki detal, taka oczywistość, a umyka człowiekowi...) Dobrze, że jedna pani miała zapałki, bo za Chiny nie umiałem odpalić zapalniczki (no cóż, nie mam żadnej praktyki w jej obsługiwaniu, a jednoczesne przytrzymanie kciukiem dwóch knefli bez odpowiedniego treningu to dla mnie kłoda nie do przeskoczenia :P).

Bielsko - było ciekawie. Pierwszy raz byłem na spotkaniu koła pań. (trzeba się przyzwyczajać - być może w przyszłości będę je prowadził) Z kwestii kulinarnych - kołocz z jabłkami i kiełbasa były wyśmienite ;)

Teraz wreszcie można trochę odsapnąć. I na spokojnie przetrawić wszystko, co stało się w trakcie tych dwóch tygodni...

czwartek, 28 lipca 2011

za ołtarzem i amboną...

... mój pierwszy raz  po raz pierwszy ;)

Gdy wybrzmiały ostatnie takty pieśni "Własnością Twą o Boże", mogłem wreszcie trochę się wyluzować. Bo wcześniej byłem bardzo spięty. No ale nie często zdarza się prowadzenie pierwszego nabożeństwa w życiu ;)

Doświadczenie bardzo wartościowe, zachęcające. Z którego wyciągnąłem kilka uwag na przyszłość:
- uwaga na togę - jeżeli jest za długa, może zabić. Lub narobić wstydu, kiedy za każdym razem przy wstawaniu sobie na nią stajesz...
- uwaga na śpiewnik, Biblię i pozostałe atrybuty - trzymając je w jednej ręce i skupiając się na ich utrzymaniu można zapomnieć o tym, że warto podciągnąć sobie togę, wtedy łatwiej się idzie...
- uwaga na mikrofony - źle ustawione utrudniają odbiór wiernych. Zbuntowane po kazaniu, odmawiające posłuszeństwa mogą nieco skołować...
- UWAGA NA STOPIEŃ PRZY AMBONIE - CHWILA NIEUWAGI MOŻE KOSZTOWAĆ ŻYCIE... (dla wyjaśnienia - o mało co się nie zabiłem schodząc po kazaniu - zapomniałem o podwyższeniu ambony)

Ciekawe jest to, że wymieniłem na razie wszystkie techniczne elementy nabożeństwa. I wydawać by się mogło, że w tym wszystkim zapomniałem o najważniejszym - o tym, że była to moja służba dla Boga.

Być może chwila większej refleksji przyjdzie przy kolejnym nabożeństwie. Tu wszystko działo się szybko, byłem trochę spanikowany. I nie pamiętam, co czułem w trakcie liturgii, czytania kazania... wiem tylko tyle, że modliłem się dosyć błagalnie - Panie, pomóż i pobłogosław. Modlitwa została wysłuchana ;)

I po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że to ma sens. Uśmiechy ludzi wychodzących z kościoła, żegnających się życzeniami Bożego prowadzenia były czymś naprawdę zachęcającym. Dodając fakt bardzo ciepłego i życzliwego przyjęcia przez rodzinę Undasów - cały wyjazd do Zgierza na pierwsze zastępstwo był olbrzymim Bożym błogosławieństwem.

Kiedy tak siedzę sobie w moim pokoju, obserwując ściany w kolorze "Pola słoneczników" (a jeszcze tydzień temu były niebieskie...), uświadamiam sobie, jak wiele się ostatnio zmieniło... i w sumie dobrze.

A pojutrze przyjadą Amerykanie... i się zacznie. Wreszcie! JEC 2011 is coming! :)

poniedziałek, 18 lipca 2011

Hosanna na niebiosach

Wczorajszy koncert w Śmiłowicach wywołał we mnie mieszane uczucia. I zmusił do refleksji nad słowem "uwielbienie". Wywołuje ono mnóstwo różnorodnych reakcji - niektórzy na samo brzmienie tego wyrazu dostają białej gorączki, dla innych jest to jedno z najbardziej ulubionych słów z obszaru słowotwórstwa religijnego. A dla mnie? No właśnie nie wiem. Mam z tym problem.

Są takie chwile, gdy mamy ochotę skakać na chwałę Pana, wznosić swoje ręce w "uwielbieniu". Nie potrafimy usiedzieć na miejscu, zachęcamy innych do wstawania. Innym razem mamy problem, żeby otworzyć usta i pogrążyć się w "uwielbieniu". Każda pieśń jest męcząca, problematyczna, nasze reakcje sztuczne, najchętniej siedzielibyśmy na swoim miejscu, pogrążeni w zadumie, nie reagując na entuzjazm innych. A bywają i takie momenty, gdy jest nam wszystko jedno. Możemy śpiewać, nie musimy, ganz egal.

Drażni mnie to, gdy ktoś próbuje na siłę udowodnić, że jedynie pełne energii "uwielbianie", połączone ze staniem, klaskaniem, uśmiechem, jest prawdziwym i właściwym. Często jest to wyznacznik naszego oceniania osób wokół nas ("on cały czas siedzi, z nim musi coś być nie tak"). Ja natomiast wiem po sobie, że lubię czasem usiąść, pogrążyć się w myślach, ale równie mocno i szczerze "uwielbiać". I nie wydaje mi się, żebym gorzej uwielbiał niż pozostali, którzy stoją ;)

Nie jest to przytyk w niczyją stronę. Wiadomo, że gdy zespół stoi na scenie, a ludzie wstają i głośno śpiewają, to "od razu jest inna jakość i inna atmosfera". Ale zgadzam się ze stwierdzeniem, że kwestia "uwielbienia" jest naszą indywidualną sprawą. Nikt nie zrobi tego za nas. Nikt nas nie zmusi do tego, by usiąść, by wstać. Nikt nie ma prawa osądzać postawy naszego serca, a w końcu to ona jest najważniejsza :)

Dlatego "uwielbiajmy" naszym sercem, stójmy, siedźmy, klaskajmy, albo i nawet czasem milczmy. Pan patrzy na serce.

I tak na zakończenie - zespole CME, dzięki za wczorajszy koncert. Myślę, że był on pod każdym względem wyjątkowy ;) Stać z wami na scenie to wielki przywilej. A już śpiewać z wami bridge "Hosanny na niebiosach" - ciężko mi opisać to uczucie. Oby te słowa były zawsze naszym pragnieniem. I moim zdaniem najpełniej oddają ideę tego całego "uwielbienia" :)

Oczyść, ulecz serce me
Daj zobaczyć co niewidzialne jest
Naucz kochać tak jak Ty kochałeś
Wolę Twoją poznać chcę
Dla królestwa żyć pragnę wiedząc że
Do wieczności zbliża mnie każdy dzień

piątek, 17 czerwca 2011

ostatni

Dobiega końca ostatni wieczór (a w zasadzie noc) na pierwszym roku w Warszawie. Gdybym chciał opisać tu wszystkie moje wrażenia, wspomnienia (które z moim jeszcze obecnym współlokatorem dzisiaj sobie przypominaliśmy), to mogłoby braknąć miejsca, a wy, czytelnicy, moglibyście zasnąć już po 1/3 tych wspomnień.

Dlatego ostatnia notka pisana z Warszawy poświęcona będzie wdzięczności Bogu. Za Jego niesamowite cuda w trakcie letniej sesji - to, że mój hiperoptymistyczny plan zdania wszystkiego w pierwszych terminach został zrealizowany, jest tylko i wyłącznie Jego zasługą. Moja prośba o Jego cud, którą powtarzałem przed każdym egzaminem/zaliczeniem nabrała niesamowitego znaczenia dzięki kolejnym sukcesom.

Te udane potyczki z przedmiotami uczelnianymi dedykuję Bogu, moim najbliższym, którzy pamiętali o mnie w modlitwach oraz moim kumplom z roku, o których będę pamiętał w modlitwach (oni jeszcze z sesją się zmagają) i trzymał za nich kciuki. Wierzę, że im również się powiedzie :)

W związku z zakończeniem sesji był Wedel, "Save me from myself" na cały regulator, ostatni wypad na miasto plus pakowanie - najwyższa pora opuścić stolicę, by wrócić na moment (bo coś czuję, że te 3 miesiące to będzie mgnienie oka...) do małej ojczyzny. A potem...

Znowu będzie mały student w wielkim mieście.

Dziękuję za wasze wszystkie odwiedziny (3449 odwiedzin traktuję jako coś niesamowitego), komentarze, chwile poświęcone na moje wypociny. Postaram się przez wakacje również coś poblogować, tym razem z małej doliny ;)

3majcie się z Panem Bogiem. Doświadczajcie Jego cudów. Przekonujcie się na własnej skórze, jak jest On niesamowity i wspaniały.

czwartek, 9 czerwca 2011

cud

Doświadczyłem dzisiaj jednego wielkiego cudu. Brakowało mi wiary, że zaliczę grecki w pierwszym terminie. Szedłem trochę jak na skazanie. Dlaczego? Związane było to z wielkim stresem, sporą ilością materiału i świadomością, że wielu rzeczy nie jestem pewien. Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać.

Przyznam, że w moich modlitwach błagalnie prosiłem o cud, gdyż w momentach zwątpienia tylko tego umiałem się uchwycić. I Pan Bóg po raz już n-ty w moim życiu zadziałał w niesamowity sposób. Bezpiecznie przeprowadził mnie przez to zaliczenie i chyba największy stres, Goliat (w moim odczuciu) sesji jest już za mną.

Dzisiejszy dzień był niesamowity, pełen Bożego błogosławieństwa i łaski. Przede mną jeszcze kilka poważnych wyzwań w tej sesji, ale po dzisiejszym motywie... głupio nie wierzyć, że Bóg po raz kolejny mnie wesprze ;) "On Bogiem cudów jest!"

Piosenka na dziś: http://www.youtube.com/watch?v=MZKu3v038lE

piątek, 3 czerwca 2011

nie wiem, jaki nadać tytuł

Po dłuższej przerwie postanowiłem coś tu naskrobać. Mam wrażenie, że ostatnie wydarzenia raczej odwodziły od tego, by pisać na blogu. Nie wiem zupełnie, dlaczego jest tak, jak jest. Dlaczego tak wiele szokujących wydarzeń dzieje się właśnie teraz? Całkowicie tego nie rozumiem.

W obliczu tego wszystkiego nawet bardzo radosne wydarzenia są jakby trochę przytłumione. Wielkie zwycięstwo Barcelony nad Manchesterem 3:1 po wspaniałym meczu "Dumy Katalonii" w finale Champions League bardzo mnie ucieszyło, ale poniedziałkowy pogrzeb w Nowej Rudzie skonfrontował mnie z wieloma pytaniami. Na które nie znam odpowiedzi i czuję się zagubiony.

Wczoraj udało mi się zaliczyć z bardzo dobrym wynikiem Wstęp do Starego Testamentu, z czego jestem naprawdę strasznie zadowolony. Jednak wobec pogorszenia się stanu zdrowia mojego kolegi nawet ten fakt się trochę rozmył.

A tu jeszcze największe kobyły tej sesji dopiero przede mną. Ech. Cóż. Musi być dobrze. Przynajmniej taką mam nadzieję i proszę o to Boga.

środa, 18 maja 2011

pierwsze dzieścia

Strasznych wywodów filozoficznych, niezwykle zawiłych, nie dla prostego ludu, pokręconych rozkmin nie będzie.

Posłużę się tylko słowami tego, który urodził się tego samego dnia, co ja i czerpał inspirację z Bożego Słowa.


Psalm IV

Kiedy wołam,
wysłuchaj mnie Boże prawości mojej
Ty z ucisku na przestwór mnie wywiodłeś
Zmiłuj się nade mną i usłysz modlitwę moją

Pan usłyszy, kiedy do niego wołać będę
Mojemu sercu dałeś radość
W spokoju układam się do snu
W spokoju zasypiam
Bo tylko ty o Panie
Pozwalasz mi spocząć bezpiecznie.


Niech będzie Imię Twe błogosławione

Niech będzie Imię Twe błogosławione.
Tyś dał, Tyś wziął,
Twoja jest Wola i Twoja jest Moc.

poniedziałek, 16 maja 2011

(niewłaściwy tryptyk) brunszwicki

Jako że byłem w Braunschweigu - czas na obiecane reminiscencje.

Pierwszy dzień był bardzo błogosławiony - zwiedzanie urokliwej starówki Braunschweigu, kościołów luterańskich, zapoznanie się z historią Bugenhagena było czymś bardzo wartościowym. Tenże ewangelizator Pomorza sam przetłumaczył Biblię na nieder deutsch (dialekt bardziej zrozumiały dla prostego ludu). Tak bardzo pragnął, by Biblia była czytana przez wszystkich. Pierwszy strasznie refleksyjny, dający ostro do myślenia impuls. Dodatkowo wartościowe wykłady dotyczące homiletyki dramaturgicznej. Dobry dzień.

Drugi dzień - długi dzień. Rano praca nad tekstem biblijnym (stworzyłem tekst, który się tu pojawi), po południu zwiedzanie. Biblioteka Augusta plus kościół Marii. No i wieczorna uroczysta kolacja z gospodarzami (pierwszy raz w życiu jadłem szparagi), w trakcie której czytałem swój tekst (ten, który się pojawi). Intensywnie, ale wartościowo.

Sobota - 3. dzień pobytu w Brunszwiku. Klasycznie już przedpołudnie spędzone z homiletyką dramaturgiczną i budowaniem struktury kazania. Potem katedra w Koenigslutter i klasztor w Helmstaedt. I pierwszy wolny wieczór od momentu przyjazdu, spędzony na bardzo wartościowych rozmowach na różne tematy.

Niedziela to dzień powrotu do domu. Moment, w którym mogłem rozprostować swoje kości w niewygodnym konsystorskim łóżku, był niesamowicie przyjemny. Mimo wszystko wolę nasze łóżka niż te brunszwickie ;)

Ogólnie - wyjazd był niesamowicie udany. Bardzo wartościowy. Wiele się dowiedziałem, coś fajnego stworzyłem, coś ładnego zobaczyłem. Aż szkoda było wyjeżdżać. Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Aby jeszcze na chwilę pobyć w brunszwickim nastroju, za niedługo zamieszczę tu tekst (a raczej move) związany z homiletyką dramaturgiczną i fragmentem z ew. Marka 1,32-37.

środa, 11 maja 2011

poniedziałek, 9 maja 2011

to już rok. Mglisto.

Aż trudno uwierzyć, że od mojej matury mija właśnie rok. Chyba się starzeję... (no tak, za ponad tydzień pierwsze -dzieścia) :P

Owszem, miało być o maturze, mojej licealnej klasie, ale zupełnie nie jestem w nastroju wspomnieniowym.

Chwilowo jest mglisto. Po przyjeździe do Wawy muszę złapać oddech, żeby przyzwyczaić się znowu do jakiejś roboty, innego życia. 3 tygodnie w domu zrobiły swoje - było chyba za dobrze. A teraz znowu mam wrażenie, że pewne rzeczy wymykają mi się spod kontroli.

No i ta niejasna przyszłość... No i jakieś takie poczucie niepewności, braku pewnego podłoża. Czy tak będzie w dalszym ciągu?

środa, 4 maja 2011

miałem już tego dość, dlatego...

postanowiłem wtrącić swoje trzy grosze.

Barcelona awansowała do finału, Real odpadł. Było mnóstwo kontrowersji, błędów sędziego, nacisków ze strony jednych i drugich. A teraz w mediach lub komentarzach na forach kwitnie nienawiść, frustracja.

Przykre to. Miały być piękne mecze, a wyszło pomieszanie błota z pomyjami. Mierne aktorzyny z Barcelony (Busquets, Pedro, Mascherano), Realu (Di Maria, Ronaldo), szaleńcze pomysły (Pepe i Pedro), niepotrzebne ustne kretyńskie komentarze (Mourinho), nieudolne, prymitywne riposty (Xavi, Guardiola), niepotrzebna czerwona kartka (Pepe), być może niesłusznie nieuznana bramka (Higuain), rzeźnickie "spacerowanie" po łydkach (Marcelo), wyzwiska na poziomie przedszkola (Busquets, Pedro), zamysł, by wciąż faulować rywala (Adebayor). O czymś zapomniałem? A tak. Dwie piękne akcje Messiego w pierwszym półfinale i przyjemne widowisko w rewanżu. Czyli jednak porażka futbolu.

Krystaliczny wizerunek Barcelony legł w gruzach. Mourinho swymi prowokacjami i haniebnymi oskarżeniami sięgnął dna. A teraz kibice obu klubów (plus pół świata "obiektywnych" kibiców) biją pianę na portalach internetowych, wyliczając, kto ile razy kogo sfaulował, ile decyzji sędziego było na korzyść Barcelony, który to już raz sędzia "wydrukował" wynik dla Barcelony, że znowu Real jest skrzywdzony, albo że gracze Realu powinni kończyć mecze w 8, tylko sędzia bał się ich wyrzucić z boiska, bo znowu byłaby afera na konferencji pomeczowej...

Prawdę mówiąc, jestem już tym wszystkim zmęczony. Nie umiem się nawet za bardzo cieszyć z awansu Barcy do finału LM. Bo jakim kosztem tam awansowali? Awantur, mów o spisku, przepychanek, ogólnej błazenady z obu stron. Kibice z Anglii gardzą Barceloną, życzą połamania nóg aktorzynom z Katalonii, pół świata ma dość sfrustrowanego Mourinho. No piękna reklama futbolu dwóch najlepszych drużyn na świecie. Porque?

Gdyby futbol nie był tak uzależniający, gdybym nie był tak bardzo przywiązany do barw blaugrana, po tych 4 meczach dałbym sobie z tym wszystkim spokój. Ale nie dam rady ;) 28 maja będę równie mocno dopingował Barcę w finale na Wembley. Ale obawiam się, że niesmak pozostanie na długi czas. Omal nie przestałem odczuwać dumy z tego, że jestem kibicem Barcelony. Te 18 dni chyba zmieniło postrzeganie mojego ulubionego klubu. Po prostu jest mi trochę wstyd.

Porque?

P.S. Następny wpis będzie związany z maturami i moją licealną klasą.

piątek, 29 kwietnia 2011

wyjątkowo

Jest wyjątkowo. Już dawno nie miałem tak dobrego humoru. Złożyło się na to sporo zdarzeń, choć oczywiście, do kogoś musiało należeć ostatnie słowo ;)

Chwytam więc tą chwilę i się nią podelektuję. Bo warto :)

Na dobranoc "Come what may" :)

niedziela, 24 kwietnia 2011

wdzięczność

Była taka piosenka SCC "Moment made for worshipping". Dzisiaj trochę ją przerobię - moment made for us to be grateful for (akurat pal licho poprawność gramatyczną ;)).

Jestem wdzięczny. Za kupę rzeczy. Ale przede wszystkim za to, że wrócił spokój. I optymizm.

Dodatkowo - takich świąt jeszcze nie przeżyłem (bądź przeżywam - w końcu jeszcze przed nami Poniedziałek Wielkanocny). Były niepowtarzalne, oryginalne, pewne sytuacje były zupełnie niespodziewane. Ale traktuję to jako coś in plus. Na pewno zapamiętam je na długo.

Dziękuję, Ojcze. Za wszystko i wszystkich.

czwartek, 21 kwietnia 2011

myśli zebrane z ostatnich dni

Józek i jego maciory.
Powtarzanie tego samego 3 lub 2 razy dziennie.
Zimno, a potem ciepło.
Zmęczenie po przyjeździe do domu.
Głupawka przy okazji powrotu z Białej (thx Zielu, Dorota&Dorota).
Przeświadczenie o tym, że Kain i Abel byli bliźniakami.
Dziury na drodze do Czarnego (masakra jakaś...).
Prince Polo, ciasta, Horalky.
Konspekty i obawy, że programu jest mniej niż na 1,5h.
Bezproblemowa współpraca z Tymczanem (wielkie dzięki! :))
Nadzieja, że dzieciaki (tfu, przepraszam!), MŁODZIEŻ wartościowo spędziły czas i coś zapamiętały.
Wiara, że Bóg poruszał ich serca.

Ciepło.
A nawet gorąco.
Dominacja taktyczna Realu nad Barcą.
Automatyczna skrzynia biegów nowego, świetnego auta mojej siostrzyczki.
Poczucie braku, jakiejś pustki i braku jasności (a może nawet kłamstwa?).
Potrzeba bliskości.
Perspektywa dwóch dni spędzonych w Bielsku, pełnych śpiewu.

I w tym wszystkim życzenia znajomych, żeby prawdziwie przeżyć święta, zatrzymać się choć na chwilę. Ale jak? Nie za dużo tego wszystkiego?

Jutro Wielki Piątek. Największe święto ewangelików. Znowu będziemy czytać o tym, jak Jezus umarł. Że go zdradzono, fałszywie oskarżono, biczowano, wyśmiewano. Że zawisł na krzyżu. Za mnie. Za ciebie. Za wszystkich.

A potem przyjdzie Wielka Sobota, Wielkanoc, Poniedziałek Wielkanocny, a od wtorku wszystko wróci do rutynowego porządku. Chwilowa zaduma w dzień Piątku Wielkiego ustąpi pędowi tego świata, troskom, problemom, zabieganiu. I za sukces uznamy to, że "no przecież zatrzymaliśmy się na chwilę, skupiliśmy się na cierpieniu Chrystusa, Jego miłości".

Boję się, że po raz kolejny tak będzie. Przynajmniej w moim przypadku. I czasem zadaję sobie obrazoburcze pytanie - jaki jest w ogóle sens obchodzenia świąt, Wielkiego Piątku, skoro i tak cała ta otoczka, zaduma, po kilku dniach zwyczajnie wyparuje bądź zostanie wyparta przez naszą codzienność? Przez jeden dzień (lub 4 - jeżeli potrwa to od Wielkiego Czwartku do Poniedziałku Wielkanocnego) podumamy tyle, ile przez resztę roku. Przez jeden dzień będziemy blisko Boga, by potem znowu móc się od niego oddalać.

Może to i generalizacja. Może i głupie gadanie, zupełnie niezgodne z prawdą. Ale co ten Wielki Piątek zmienia w naszym życiu? Co zmienia czarna barwa liturgiczna, improperia, brak bijących dzwonów (a w niektórych kościołach brak grających organ), nasz odświętny, czarny ubiór, długo trwająca komunia (no bo przecież to Wielki Piątek i trzeba przystąpić)?

Bardzo chciałbym przeżyć jutro coś mistycznego. Być może ze względu na moją emocjonalność i naiwność. Ale jeżeli potem przez cały rok znowu miałbym rutynowo podchodzić do mojej relacji z Bogiem - to chyba już wolałbym nic szczególnego jutro nie poczuć ani przeżyć.

Pomyślę jutro o moim stosunku do Jezusa. Bo wiem, co dla mnie zrobił, znam ewangeliczne przekazy. Pomyślę o mojej odpowiedzi na Jego krew, wyciągnięte ramiona. Bo (banalnie to brzmi, wiem) umarł w końcu za mnie. Za moje błędy - to takie oczywiste. Czy aby na pewno?



I'll never know how much it cost
To see my sin upon that cross

sobota, 16 kwietnia 2011

Cienka linia

Dziś po raz kolejny przekonałem się, że między szczęściem a rozpaczą jest bardzo cienka granica. Chwała Bogu, jest dobrze. Ale...

Emocji co niemiara. A tu jeszcze druga połowa GD.

P.S. Ceńmy sobie bliskość z najbliższymi.

niedziela, 10 kwietnia 2011

to spojrzenie

Wpis będzie zawierał trochę polityki.

Boję się tego, co zobaczyłem. Nie wiem, ile tysięcy, ale kilkanaście na pewno. W życiu na własne oczy nie widziałem tylu flag, tylu haseł, napisów, naklejek. No i zniczy + kwiatów. Boję się treści na tych plakatach. Boję się tej niemal fanatycznej wiary, że to wszystko jest prawdą. Boję się tego cynizmu, tego braku szacunku dla władz naszego państwa.

I boję się tego spojrzenia. Spojrzenia człowieka, po którym nie widać smutku, żałoby, refleksji, bólu. Za to jest duma, zadowolenie, pewność, odwaga, wiara w zwycięstwo (poparta znakiem V). Biła z tego spojrzenia siła. Do walki, dalszego dzielenia Polaków, ostrej, bezpardonowej polityki wrogości i nienawiści. A w tle "Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami". Boję się zestawienia tak skrajnych motywów.

Boję się, że za zbyt głośne wyrażanie opinii nie zgadzających się z ową większością można było mieć kłopoty. Boję się, że do tego wszystkiego, do tej wrogości wobec innych, do tych jakże mocnych haseł dopina się Pana Boga. Zamiast pojednania - wrogość, zamiast zgody - nienawiść i głębszy podział. I w tym wszystkim modlitwa "Ojcze nasz" z frazą "i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom" plus "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie". Boję się.

Jego spojrzenia przez długi czas nie zapomnę.

piątek, 8 kwietnia 2011

squash

Kwadrat, pomalowane ściany, jedna piłka, dwie rakiety. Godzina czasu, kupa zabawy i zmęczenie. A na koniec sauna. Warto, oj warto ;)

Będzie okazja, to znowu się przejdę. Proste odbijanie piłki o ścianę daje sporo frajdy i satysfakcji. Lubię takie proste rzeczy.

I szkoda, że nie wszystko jest takie proste. Czasem żałuję, że nie wszędzie pojawia się wykrzyknik, a znaki zapytania wzbudzają wewnętrzne wątpliwości...

niedziela, 3 kwietnia 2011

pewność?

W ostatnim czasie brak mi jakiejkolwiek pewności. W wielu poczynaniach. Trudno mi podejmować decyzje, dokonywać słusznych wyborów, jakoś zaznaczyć swoją obecność.

Nie wiem, co za tym stoi. Bywały momenty, kiedy nie umiałem przejąć inicjatywy, ale zazwyczaj było to krótkotrwałe. Tym razem jest inaczej. Jakoś tak trudniej.

Przydałaby się jakaś Jego interwencja.

niedziela, 27 marca 2011

te chwile

Znowu będzie refleksyjnie. Ale cóż, taka ostatnio pora ;) Wpis dedykowany mieszkańcom Świerkowej 1 i Stromej 4 ;)

Nie doceniam chyba tych wszystkich wspaniałych chwil, jakie mogę przeżywać w swoim życiu, szczególnie tych spędzonych na południu, przez weekend. Przyjmuję je jako coś oczywistego, naturalnego, takiego zwykłego. A zapominam, że są to magiczne chwile, takie perełki w tej naszej codzienności. Cały czas chciałbym czegoś więcej, co chwilę coś mi nie pasuje. A tak naprawdę jest wspaniale, ciężko oczekiwać czegoś lepszego.

Bo gdy oglądam te czarno-białe zdjęcia, słucham historii rodzinnych, obserwuję jej rodzinę, coraz lepiej ich poznaję i spędzam z nimi więcej czasu - chciałbym, by moi najbliżsi byli takim samym zachęceniem dla niej, jakim jej rodzina jest dla mnie. (nie ukrywam z radością, że to zachęcenie w mojej rodzinie jest obecne ;))

Wydaje się to naturalne. Być może oczywiste. Ale jednak nie jest. Nie chcę, by te magiczne chwile umykały mi między palcami. Pragnę je docenić. Bo są wyjątkowe, piękne i niepowtarzalne.

środa, 23 marca 2011

Closer

I see you walking every day
with a smile beneath frown, but I won't look away,
Yeah, what does it mean? What's there to see?
If I look closer, closer,
Closer, closer,
Closer, closer,
Closer, closer.

Where are you going? And what are you thinking at all?
Your eyes show nothing more than a dazed oblivion,
What does it mean? What will I see?
When I look closer, closer,
Closer, closer,
Closer, closer,
Closer, closer, ah, yeah.

You don't see me, watching every day;
My smile could warm your frown, and I'd never look away.
There's more to me,
Than what you see.
When you look closer, closer,
Closer, closer,
Closer, closer,
Closer, closer,
Closer, closer,
Closer, Closer,
Ah, yeah, yeah, yeah
Closer, closer,
Closer, no, no, no...
Fade Out

Po prostu bądźmy bliżej. Dla tego drugiego człowieka.

poniedziałek, 21 marca 2011

spring

Pierwszy dzień wiosny postanowiłem spędzić (a raczej zostałem zmuszony - ok, Karo, wiem, robiłem to dobrowolnie) stojąc w kolejce do ambasady chińskiej. I uwierzcie mi, można się wielu ciekawych rzeczy o Chińczykach i o Państwie Środka dowiedzieć... W każdym razie, całe szczęście, że załatwiłem. Ale niewiele brakowało, bym musiał obejść się smakiem - ambasadę zamykają o 15.30. Ja do okienka podszedłem o 15.26. Stojąc wcześniej 2 godziny w kolejce ;)

Wczoraj byłem na spacerze w Łazienkach. W sumie, by przywitać wiosnę. Wraz ze sporą grupą warszawiaków miałem okazję skorzystać z niezłej pogody i powędrować po zacisznych i ślicznych zakamarkach Łazienek Królewskich. A to spojrzenie wiewiórki, gdy chciałem obok niej przejść - bezcenne ;)

Siedząc na ławeczce przed monumentem Chopina do pełni szczęścia brakowało mi tylko jednego. Spacery po Warszawie są piękne, szczególnie w niedzielne popołudnia, ale mimo wszystko niedosyt związany z brakiem tej drugiej osoby pozostaje. I żadne zdjęcia, wiewiórki, Pałace na Wodzie, alejki, ciepło słońca nie pomoże. Kompletnie będzie tylko z nią.

Kiedyś do tego dojdzie. Wiem to. Oby szybciej niż później.

P.S. Babcia klozetowa w Łazienkach lubi U2 ;)

P.S. Zmieniam wizualną stronę bloga. W końcu mamy wiosnę! :)

wtorek, 15 marca 2011

"Codziennie wieczorem modlimy się o was"

To zdanie jako pierwsze przychodzi mi na myśl, kiedy pomyślę o cioci Hani Wiejowej. I nadal jestem w szoku, że nie ma już jej między nami.

Większość moich wspomnień, kontaktów z ciocią to przede wszystkim okres mojego dzieciństwa, bycia nastolatkiem. Zapamiętam ją jako bohaterkę wiary, pełną energii kobietę, która swoim życiem wskazywała na Boga. Gdy opisywały ją jej wnuki (szczególnie na zjazdach rodzinnych), miałem przed oczami kochającą, ciepłą, acz konsekwentną (gdy ochrzaniała Pawła za to, że zwrot "Panie Boże, dziękujemy za śniadanie. Amen" to nie jest modlitwa stołowa ;)) babcię. Pomimo zaawansowanego wieku, różnych dolegliwości wciąż była aktywna, uczestniczyła w konferencjach dla kobiet, starała się być na bieżąco, jeżeli chodzi o rodzinne sprawy. Również jej śpiew, który przez całe życie był dla niej ważny, zapadł mi w pamięć. A szczególnie pieśń "Błogo mi, w Panu mam wieczny dział". Dziś te słowa wypełniły się w całości.
Anegdoty rodzinne - związane z moim dziadkiem, babcią, opowiadane przez ciocię wywoływały śmiech całej rodziny. Jej świadectwo wiary było często motywacją dla nas, dzieci z rodu Sztwiertniów.

Szczególnie mocno utkwiła mi w pamięci sytuacja, gdy widziałem się z ciocią po raz ostatni. Nie pamiętam, w jakim miesiącu to było, w sumie to mało istotne. Przyjechała razem z wujkiem do Jawornika na jakieś spotkanie i wstąpiła do nas. Gdy kończyliśmy rozmowę, ciocia (jak zwykle na koniec spotkania, wizyty) zaproponowała modlitwę. Pamiętam wdzięczność, jaką poczułem, gdy przyniosła w modlitwie moje studia, moją służbę i powołanie, które czuję. Mój wybór życiowy był dla niej ważny, czuła, że potrzebuję modlitw i załączyła mnie tamtego dnia do naszej wspólnej, kończącej ich wizytę, modlitwy. Wtedy widziałem ją po raz ostatni.

Zapamiętam ją jako bohaterkę wiary. Osobę, dla której modlitwa była czymś ważnym, a nawet najważniejszym. I coraz bardziej uświadamiam sobie, jak daleko nam, młodym ludziom, wnukom, do naszych dziadków, cioć, wujków - modlicieli, bohaterów wiary oraz świadectwa, wzorów dla swoich pociech. Chciałbym choć w małym stopniu przykładać taką wagę do modlitwy, być tak wytrwałym jak mój zmarły dziadek, babcie, i również zmarła wczoraj ciocia Hania.

1.Gdy pokój niebieski Bóg w duszę mi tchnie,
Choć burzy zagraża mi mi szał,
To jednak we wierze pieśń chwały Mu ślę:
„Błogo mi, w Panu mam wieczny dział!”
  Błogo mi, W Panu mam wieczny dział!

2. Gdy trwogą śmiertelną przejmuje mię wróg
I grozi mi wciąż jego strzał,
To wiem, że złośnika Zbawiciel już zmógł,
Że zupełne zwycięstwo mi dał.
Błogo mi, W Panu mam wieczny dział!

3. Ciężary mych grzechów Pan rzucił już w dal,
Gdy za mnie przekleństwem się stał, O, chwal
Go, ma duszo, na wieki Go chwal,
Bo w żywocie zgotował ci dział.
Błogo mi, W Panu mam wieczny dział!

4. Już żyję w Chrystusie, On gwiazdą jest mą,
W ciemności nie będę się bał;
Ni męki, ni burze zaszkodzić mi śmią,
W Nim pokoju wiecznego mam dział.
Błogo mi, W Panu mam wieczny dział!

poniedziałek, 14 marca 2011

cios za ciosem

Gdy człowiek traci grunt pod nogami, to najczęściej dodatkowo coś wielkiego spada mu na głowę.

To, że winna po części jest moja głupota, jestem jeszcze w stanie zrozumieć. Ale efektu domina dziejącego się zarówno przed, jak i po moim błędzie nie umiem ogarnąć. Tak ciężko tu chyba jeszcze nie było.

Co dalej? Nie wiem. Czuję się paskudnie. Sam, w ślepym zaułku.

wtorek, 8 marca 2011

pożegnanie

Dziś oficjalnie żegnam się z chipsami, fastfoodami i napojami gazowanymi. Jest to pożegnanie bolesne, ale w imię wyższych celów. (inaczej mówiąc - gdybym tego nie odstawił, mój żołądek, a przy okazji cały układ pokarmowy, mógłby wypowiedzieć mi wojnę) Oby było warto, bo Chakalaka, Pepsi i inne mają swój niepowtarzalny smak.

Czy kiedyś będzie mi dane do tego wrócić? Nie wiem. Po cichu liczę, że kiedyś tak ;)

Czasem pożegnaniom towarzyszy również jakiś początek. Niejako z konieczności przerzucam się w głównej mierze na niegazowaną wodę mineralną i odrobinę mniej tłuste potrawy. Czy polubimy się z "gołą" wodą? (bo nawet smakowych mam unikać...) I dla wody i dla mnie byłoby lepiej, gdybyśmy stali się sobie bliscy. Choć czuję, że początki będą ciężkie.

Ale damy radę ;)

środa, 2 marca 2011

cyrk na kółkach

Uwaga. Ten wpis zawiera elementy nihilizmu, bezsensu i irracjonalnego myślenia.

Jutro kolos. Coś umiem. Czegoś nie umiem. Jak będzie? Nie wiem.

Wyjścia są dwa - zaliczę lub nie zaliczę. Żeby zaliczyć, musiałbym jeszcze trochę nad tym materiałem przysiąść. Ale tak potwornie mi się nie chce, ogarnia mnie tak głęboka frustracja, że najchętniej podręcznik do greckiego wylądowałby na ulicy, a przez mój pokój przetoczyłby się huragan. Nie umiem pewnych rzeczy zrozumieć. Greckiego też. A szczególnie słówek znajdujących się w lekcji IX, X i XI.

Chyba tym wszystkim rzucę. (greckim, znaczy się)

Słowo na środę: cyrk na kółkach. Szczególnie jeżeli chodzi o relacje międzyludzkie i komunikację.

wtorek, 1 marca 2011

przybytku po lewej ostatniego naprzeciwko

Z nieukrywaną radością odkryłem, iż do grona bloggerów dołączył przybytek naprzeciwko mojego pokoju. Dlatego też, tenże wpis jest im dedykowany ;)

Z Robinem i Hódem Lasku Kabackiego jest tak, że umieją rozśmieszyć najmniejszym nawet duperelem. I dobrze, że postanowili blogować, bo będzie to wartościowa, żartobliwa odskocznia od egzystencjonalno-filozoficzno-teologicznych rozważań małego kaczora-studenta w wielkim mieście, najczęściej osadzonych w przygnębiająco-melancholijnych barwach.

Jeżeli chodzi o przybytek Robina i Hóda - nie jest ani po lewej, ani ostatni. Niemniej jednak przybytek ten jest utrzymany w wielkiej czystości, ładnym zapachu i ascetycznym wręcz wystroju. Może warto nazwać go "Pachnący przybytek"?  (Btw. pokój naprzeciwko Ostatniego Przybytku Po Lewej również bywa pachnący. Choć chyba tenże przymiotnik trzeba ubrać w cudzysłów...)

Nie ukrywam, że z dużym zainteresowaniem będę śledził wpisy Bolka i Lolka polskiej teologii ;)

Jeżeli chodzi o rzeczywistość kaczora - wczorajszy wieczór spędzony w międzynarodowym towarzystwie okazał się bardzo udany. Rozmowy na temat funkcjonowaniu w akademiku, sytuacji Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego przed wojną, podziałach polsko-niemieckich, niemieckim systemie studiów teologicznych w połączeniu z bardzo miłym towarzystwem zaowocowały wyjątkowym czasem. (to, że kelner 3 razy rąbnął się w naszych zamówieniach, nabił 2 pozycje za dużo na rachunku i nazywał się Kamil, a na tabliczce miał Michał, jest mało istotne...)

Gdyby nie czwartkowy kolos z greckiego, mógłbym nadal rozkoszować się tym, że cały pokój plus łazienkę mam w najbliższej przyszłości tylko dla siebie. Niby nic takiego, ale po 5 miesiącach docenia się chwilową swobodę i prywatność ;)

P.S. "Da się oddychać!". Adam, ty wredoto... :P

PS2. Specjalnie dla Flipa i Flapa akademika - http://www.mp3zwrzuta.pl/mp3,,138329,,08-andrzej-piaseczny-wolna-twoja-wola.html ;)

środa, 23 lutego 2011

Ozeasz 2,22; 11,8

Kilka reminiscencji z dzisiejszego dnia.

Miałem straszne problemy, żeby zabrać się za referat ze ST (konkretnie - księgi Amosa i Ozeasza). Długo walczyłem ze sobą. Nie było łatwo, ale z Bożą pomocą dałem radę. I przyznam, że to, co odkryłem w trakcie pisania, przeglądania różnych materiałów, opinii na temat tychże dwu proroków, niesamowicie mnie dotknęło. Szczególnie to, co dotyczy Ozeasza.

W sumie nie tyle nawet Ozeasza, co Boga. Studiując "Teologię Starego Testamentu" G. von Rada doszedłem do prostego, wydawałoby się oczywistego, wniosku (o którym jednak chyba czasem zapominamy) - Jahwe bardziej nas kocha niż się na nas gniewa. Stąd też wzięło się dane w Jezusie zbawienie. On wie, jakie popełniamy błędy, zna nasze najbardziej wstydliwe grzechy. Ale też niesamowicie nas kocha. Polecam wam księgę Ozeasza. W szczególności odnośniki, które są w tytule.
Podczas społeczności, kiedy modliliśmy się z chłopakami, poczułem Jego dotyk. Mówcie, co chcecie, ja w to wierzę. Poczułem dotyk Jego miłości. Która przewyższa wszelki Jego gniew. Wszelką naszą beznadziejność.

"Jestem pośrodku ciebie" - tego wam życzę. Na każdy dzień. Każdą chwilę.

Jeszcze jedna myśl - oglądałem dzisiaj Shreka 4. Tak często nie doceniamy tego, co dla nas ważne. Nie doceniamy tych, których kochamy. Którzy są dla nas najważniejsi.
I tak czuję, że słowa ks. Twardowskiego "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą" właśnie dzisiaj mają podwójną rację bytu. Piszę to również myśląc o sobie.

P.S. Bóg nie jest w stanie przestać nas kochać. Czasem mam wrażenie, że Go trochę nie rozumiem i rozumiem zarazem. Bo wiem, jak często jestem niesamowicie beznadziejny i zupełnie nie zasługuję na Jego miłość. Ale rozumiem, bo też kocham.

"I zaręczę cię z sobą na zasadzie wierności, i poznasz Pana. (...)
i powiem do Nie-ludu: Ty jesteś moim ludem, a on powie: Boże mój". :)

PS2. Niemożliwe stało się możliwe. Z dzisiejszego hebrajskiego wyszedłem nawet trochę zachęcony! ;)