sobota, 11 grudnia 2010

Freedom. Jan 3,30

Właśnie skończyłem oglądać Bravehearta. Dziwnym trafem obejrzałem go dopiero po raz pierwszy. Takie coś pozostawia w sercu i umyśle ślad. I kolejna porcja nocnych pytań:

Dlaczego William pozostaje do końca wierny, twardy i heroiczny? Dlaczego zamiast "mercy" wykrzykuje "freedom"? Cóż. Po prostu jest wierny idei, wierzy w pełni w wolność, jest ona głęboko zakorzeniona w jego sercu oraz umyśle. Woli umrzeć, lecz pozostać w swojej świadomości wolnym, niż podporządkować się wrogowi, by w ten sposób ocalić życie. Naiwne, romantyczne i niedzisiejsze, prawda? A może jednak nie?

Filmy osadzone w nurcie historyczno-heroicznym (jednostka ratująca naród, państwo/ginąca w imię wyższych ideałów) należą do moich ulubionych. I za każdym razem dają mi do myślenia. Może jest to też ciche marzenie o bycie jednostką odmieniającą losy świata. Heh. Mały kaczorek studiujący w wielkim mieście na chwilę się rozmarzył.

A czy nie jest tak, że każdy z nas jest jednostką wpływającą na losy świata? Mnie wydaje się, że tak jest. Mamy wpływ na nie tylko nasze życie, ale i ludzi będących wokół nas. Mamy niesamowite pole do działania. Możemy stawać się takimi heroicznymi bohaterami codzienności, naszego otoczenia. W jaki sposób?

"On musi wzrastać, ja zaś stawać się mniejszym". 2000 lat temu na ziemi przebywał Ktoś, kto wiedział, w jaki sposób zmieniać świat i swoje otoczenie. Poprzez miłość. Wiem, że mnie, małemu kaczorkowi w wielkim mieście strasznie brakuje do postawy mojego Sotera. Wiem, że sam niewiele mogę. Że bardzo często zawodzę. Ale wiem też, że On potrafi w nas wlewać tę miłość, którą na każdym kroku okazywał, będąc tu na ziemi. Tylko (lub aż) musimy stawać się mniejszymi, a On musi wzrastać. A może poprzez to staniemy się cichymi bohaterami naszych społeczności ;)

Życzę tego wam i sobie. Jan 3,30. :)