Choć z pewnością można by go określić jeszcze wieloma tytułami. Ekumenista. Prezes. Radca. Proboszcz. Aktywista. Sługa Słowa Bożego. Ale może przede wszystkim - prawdziwy chrześcijanin.
Dziś, w dniu jego pogrzebu, padło już tyle słów, tyle literackich pomników (o które on by nie zabiegał), wspaniałych podsumowań zostało wypowiedzianych - że nie chcę ich powielać. Nie oznacza to, że je umniejszam - były cenne, wartościowe, szczere i wywoływały na mojej twarzy uśmiech, w uszach znowu brzmiał jego głos.
Chcę podzielić się własnymi refleksjami, tym, co we mnie pozostanie po tym zacnym człowieku.
Ks. Gross zawsze będzie kojarzył się ze śpiewnikiem, rekolekcjami liturgicznymi, wielkim przywiązaniem do poprawnej barwy liturgicznej, ciągłym przypominaniem, że tej niedzieli akurat śpiewa się (lub nie) Gloria Patri czy Alleluja. Dodatkowo wspomnieć należy albę ze stułą, agendę, choralnik. To tak jeżeli chodzi o pewne ramy, w których często go umieszczano.
Bo taka chyba jest nasza ludzka natura - wtłaczamy innych w pewne ramy. Ten to ortodoks, ten zawsze modli się własnymi słowami, ten w każdym kazaniu cytuje Lutra, ten nie umie śpiewać, ten preferuje melodie gregoriańskie, etc. I gdzieś, w moim odczuciu, zatraca się to, na co przede wszystkim powinniśmy zwracać uwagę - na fakt, że ten ktoś służy Bogu, jest sługą Słowa Bożego, potrafi patrzeć szerzej niż tylko w ramy, w jakie wtłaczany jest przychodzący do niego człowiek.
Bo taki obraz jest mi chyba najbliższy. Takiego obrazu doświadczyła moja rodzina. I pomimo, że sam niejako wtłaczam ks. Jana w ramy, to chcę teraz tę ramę rozwalić. I pokazać, że on się w tych ramach (i chwała Bogu za to!) nie mieścił, gdy...
Przywiózł moją mamę i mojego malutkiego brata ze szpitala do domu (jako jeden z nielicznych w sierpniu 1978 roku miał samochód). Nie wahał się pomóc ani chwili. Notabene - Ładą ;)
Obserwował, jak w Mikołowie dreptam w dziecięcym chodziku po salonie jego mieszkania.
W ten sam ujmujący sposób dogadywał się zarówno z moją babcią (której jajecznicę nawiasem mówiąc uwielbiał - ale trudno się dziwić ;)), jak i ze mną - najpierw małym szkrabem, potem licealistą, wreszcie studentem teologii.
Stwierdzał, że perkusja w kościele wcale nie musi być dziełem szatana, że dobrze, iż młodzież w ten sposób oddaje chwałę Panu Bogu.
Potrafił odstawić świeżo zaparzoną kawę i podskoczyć autem na skrzyżowanie Wisły i Jawornika, żebym nie musiał piechotą iść pół godziny do domu (śpieszę donieść, że o to nie prosiłem - bo wyjdzie że jakiś wygodnicki jestem i szacownego duchownego fatyguję...). Jego propozycja była spontaniczna. Po prostu chciał pomóc, żebym zdążył na spotkanie młodzieżowe.
Proponował mojemu tacie przejście na ty (mimo różnicy wieku, mimo tego, że był jego nauczycielem), nie budował dystansu i sztucznych konwenansów.
Mimo swych charakterystycznych, nieco być może nie do końca rozumianych przez innych pomysłów, mimo swego uporu i wierności swym zapatrywaniom potrafił uszanować odmienne poglądy rozmówcy.
Lecz przede wszystkim był człowiekiem, który nie przestawał inspirować. Widziałem to po swoich kolegach ze studiów. Był człowiekiem, który żyjąc tym, w kogo i co wierzył, potrafił tak to przekazywać, że inni szli w jego ślady. By szli i wraz z nim naśladowali Pana Jezusa Chrystusa w taki sposób, jaki wydawał im się najbliższy i najodpowiedniejszy.
Żałuję jednej rzeczy. Nie zdążyłem mu powiedzieć, że zachwyciłem się jego cyklem "Nasze nabożeństwo", który czytałem podczas przygotowań do zaliczenia z liturgiki. Nie zdążyłem zakomunikować, że zafascynował mnie dziedziną, której do tej pory nie rozumiałem. Niemniej jednak wierzę, że swój szacunek do jego osoby, dzieła, sposobu w jaki naśladował swego Pana i Zbawiciela będę mógł wyrazić poprzez szerzenie choćby tych informacji z cyklu "Nasze nabożeństwo" wśród ludzi, których Pan Bóg będzie stawiał na mojej drodze.
Bo uważam, że ten cykl to obowiązkowa lektura dla każdego luteranina, w szczególności młodzieży, która kontestuje zagadnienia liturgiczne, nie próbując ich zrozumieć lub nie trafiając na kogoś, kto w fascynujący i ciekawy sposób by im te zagadnienia objaśnił. Oby ta działka była więc cegiełką, pośmiertnym słowem "dziękuję, Księże" od małego Piotrusia, który dziś dziękuje Wszechmocnemu Bogu za życie i działalność wyjątkowego chrześcijanina, którym był ks. Jan Gross.