Dzisiejszy dzień to typowy przykład obcowania z alternatywną rzeczywistością - no ale czego się spodziewać po dniu spędzonym z dwoma komediami romantycznymi? (tak się składa, że te komedie należą do jedynych trzech komedii romantycznych, które naprawdę mi się podobają)
I po takiej porcji pięknej, acz nierealnej rzeczywistości człowiek ma jednocześnie niedosyt i dość tego, co zobaczył i co ewentualnie może przeżyć. Wszyscy doskonale wiemy, że to, co dzieje się w komedii romantycznej, nie ma praktycznie żadnego przełożenia na nasze życie. Więc może dlatego tak bardzo je lubimy? Tak lubimy uciekać w świat przedstawiony w nich?
Szczególnie, że akurat "Listy do M." kończą się we wszystkich wątkach happy endami. (pod tym względem "Love actually" nie jest już takie ckliwe i wspaniałomyślne) Wychodząc z kina człowiek nie wie, co ma myśleć. Naczy, inaczej. Wie. "Rany, rany, rany, też chcę się tak zakochać, też chcę od razu to poczuć i od razu wiedzieć że ona/on to ten".
A nie?
Ale czy tak naprawdę o to chodzi? Czy nie lepiej poznać osobę, pospędzać z nią trochę czasu, pogadać, poodkrywać jej wady, zalety i dopiero potem stwierdzić, czy pójść dalej czy jednak sobie odpuścić? Czemu trzymać się tylko i wyłącznie tego pierwszego wrażenia? Owszem, jest to wtedy cholernie romantyczne. Ale nie zawsze ten idealistyczny romantyzm wychodzi na zdrowie...
Komedie romantyczne mogą być fajne. "Listy do M." były wręcz zarąbiste. Ale pamiętajmy, że życie bywa inne. Bardziej zawiłe, wymagające więcej wysiłku, starań, zmagań. No i (to już moja typowo konserwatywna, prywatna opinia) nie trzeba na pierwszej randce koniecznie iść do łóżka (zdążyłem się już przyzwyczaić, że w kinie to norma. Ale pal licho), nie trzeba również iść na 10., ale można również czasem poczekać do ślubu...
Przykro mi było, że powód, dla którego świętujemy Boże Narodzenie został w "Listach do M." wymieniony tylko raz. Choć i tak rejczel nie powinienem narzekać, bo wymieniono go AŻ raz. Przyzwyczaiłem się, że popkultura woli Mikołajów, politycznie poprawne "Happy holidays", renifery, a centrum handlowe to kościoły XXI wieku. Pomijając już rytuał Wigilii, który dla Polaków jest chyba świętszy niż niepokalane poczęcie i polskość Maryi. Są święta i musi być inaczej, lepiej, musimy ze sobą rozmawiać, musimy być dla siebie uprzejmi, musimy mieć choinkę, musimy mieć prezenty, musi być fajnie.
Kurde, a przez resztę roku bądźmy znowu wrednymi, bezuczuciowymi ludźmi. Wybaczajmy sobie w Wigilię, ale przez resztę roku się nienawidźmy. Mam wrażenie, że w naszym kraju kult Wigilii rozrósł się do niewyobrażalnych rozmiarów. I boli mnie to. A jako że lubię robić często na przekór wszystkiemu - przyznam publicznie, że od lat po prostu Wigilii nie lubię. Ot co. To jest moja alternatywna rzeczywistość.
Wiem, odbiegłem od meritum i zacząłem narzekać. Poniosły mnie trochę emocje. Ale no ludzie! Pan Jezus został zesłany dla nas, żeby nas zbawić. To dzięki Niemu mamy w ogóle co świętować. To nie Mikołaj się urodził, nie girlandy ani choinki, nie prezenty... no ale co tam. Dzisiejszy świat już po prostu tego nie rozumie. Nie potrzebuje. Wszystko sprowadza się do seksu, konsumpcji i przyjemności, przerywanej zasuwaniem w korporacjach i zarabianiem kupy kasy.
Panie Jezu, nie da się inaczej? Naprawdę się nie da? Czemu Twoja wartość tak gwałtownie spada? Czemu konsumpcja usuwa Ciebie i Twoje przyjście w cień? Czemu czuję się tak bardzo zdominowany przez ten mainstreamowy potok tandety i taniego zadowolenia? Pomóż...