Parę razy spotkałem się z określeniem, że słucham dobrej muzyki. Dla niektórych zabrzmi to jako symbol mojej próżności i zapatrzenia w siebie, ja jednak jestem przekonany o słuszności tego stwierdzenia :P Muzyka, której słucham, bardzo mocno na mnie wpływa, kształtuje mnie, uwrażliwia, porusza, jest kolejnym puzzlem będącym niezwykle istotnym (omal nie fundamentalnym) elementem całej mozaiki składającej się na małego studenta. Jest dla mnie ważna - dlatego chcę o niej pisać, chcę dzielić się z wami tym, co mnie porusza i inspiruje, powoływać się na zespoły, artystów, których cenię i bez których nie wyobrażam sobie swojego funkcjonowania. Bo muzyka ma wielką moc - nie bez powodu tak często dzięki niej przechodzą mi po plecach ciary.
Tyle tytułem wstępu. Czas na pierwszych inspiratorów, pierwszych geniuszy muzycznych.
Poznałem ich jeszcze w gimnazjum. Zazwyczaj jest tak, że zaczyna się od błahostek - wystarczył jeden filmik na YT, jedno tło muzyczne i zostałem poruszony. Trochę poszperałem by dowiedzieć się kto mnie tak zauroczył. Odpowiedź była taka: E.S. Posthumus.
(pure awesome.)
"Ulaid" było pierwszym kawałkiem, jaki poznałem. Do dziś mam do niego wielki sentyment i chciałbym kiedyś udać się w ten rejon Irlandii (bo nazwa wzięła się od tego oto regionu), stanąć na zielonych łąkach rozwiewanych przez łagodny powiew, głęboko odetchnąć, zamknąć oczy i ... uronić łzę wzruszenia.
Po nitce do kłębka - szybko znalazłem ich stronę internetową, z której dowiedziałem się, iż formacja E.S. Posthumus to dzieło dwóch braci - Helmuta i Franza Vonlichtenów (to ich pseudonimy, jeżeli chcecie wiedzieć jak dokładnie się nazywają - poszperajcie), archeologów i muzyków. Pasja do tych obu rzeczy skutkowała tworzeniem arcydzieł muzycznych, inspirowanych pobytem w szczególnych miejscach, związanych z dawnymi cywilizacjami (niektóre tytuły z płyty "Unearthed": Cuzco, Harappa, Isfahan, Pompei). Ich wytwory były wykorzystywane również przez NFL do tworzenia wyjątkowych kompilacji zapowiadających ważne wydarzenia (jak choćby Super Bowl).
Zostałem ich fanem. Po pewnym czasie jednak pochłonęli mnie inni twórcy, tym samym E.S. Posthumus spadł na dalszy plan. Nie trzeba było jednak długo czekać na powrót.
(lubię wyobrażać sobie płynący statek po spokojnym oceanie...)
"Nolitus" wywołał u mnie ciary. Tym razem Vonlichtenowie postanowili współpracować z Luną Sans, włoską artystką, która swoim śpiewem ubarwiła ich kompozycje. Oprócz "Cartographera" (tu znajdziecie historię Piri Reisa, kartografa) nagrali również instrumentalnego "Cartographera Pi" - odtąd towarzyszącego mi w moich samochodowych wyjazdach. Po raz kolejny udało im się mnie zauroczyć.
Sytuacja, która nastąpiła z "Unearthed", powtórzyła się z "Cartographerem" - został odstawiony na półkę. Niedawno jednak zastanawiałem się, co słychać u E.S. Posthumus. Okazało się, że nagrali kolejną płytę. Ostatnią. Dlaczego ostatnią? W maju 2010 roku Franz zmarł. Ich ostatnią wspólną kompozycją było "Christmas Eve".
(co ciekawe - melodia chyba identyczna jak "Na skale Kościół stoi" ;))
No właśnie. To nie koniec. I chwała Bogu. Bo powstało coś, co zainspirowało mnie do cyklu "Dźwięki spoza Zasłony".
Helmut Vonlichten przestał tworzyć. Zaczął... cóż. Moje słownictwo jest zbyt ubogie, aby opisać to, jakie uczucia wywołuje jego... esencjonowanie. Tak. Esencjonowanie. Tworzę na mój użytek neologizm. Helmut osiągnął muzyczną esencję - to, co wywołuje mój zachwyt, co mnie rozwala na pół, co pustoszy moją duszę i sprawia, że doznaję swoistego katharsis.
(Wobec "Sunday" mam wyjątkowe plany w swoim życiu ;))
Nie wytłumaczyłem jeszcze skąd taki tytuł dla cyklu. W bardzo osobistym kawałku Les Friction "Come back to me" wokalista (Paint) pyta (zakładam, że to słowa Helmuta kierowane do nieżyjącego Franza) czy go słyszy. Czy jeżeli będzie śpiewał z aniołami, to czy wtedy będzie dla niego słyszalny? Czy przebije/rozedrze zasłonę? Wykorzystałem te słowa oraz motyw rozdartej zasłony w świątyni jerozolimskiej. Zasłona oddzielała ludzi od Boga, to co było za nią, było już sacrum. Dlatego "Dźwięki spoza Zasłony" traktuję jako dar od Boga, jako wyraz jego rzeczywistości, wierzę, że to On inspiruje do tworzenia muzyki.
(kapitalnie słychać tu tęsknotę, ból, łzy. Niezwykle autentyczna piosenka i świetne, emocjonalne wykonanie.)