sobota, 2 marca 2013

Dźwięki spoza Zasłony cz. 1

Mój blog to miejsce, w którym staram się uchwycić większość ważnych dla mnie rzeczy. Być może czasem dominuje tu teologia (ale nie oszukujmy się - pochłania chyba największą część mojego życia), ale uważam, że jednowymiarowość, monotematyczność mogą być ogromnym zagrożeniem dla psychicznej kondycji człowieka, dla jego funkcjonowania między ludźmi, mogą odbić się na jego relacjach, rozwoju. Nie chcę zamykać się tylko i wyłącznie w jednej dziedzinie. Dlatego tak wiele uwagi w swoim życiu poświęcam sportowi, muzyce - moim pasjom, które potrafią mnie nakręcać, które czasem czynią ze mnie irracjonalnego człowieka. Te przemyślenia doprowadziły do tego, że chciałbym zainaugurować drugi już, po Leap'ie, cykl tematyczny na blogu: "Dźwięki spoza Zasłony".

Parę razy spotkałem się z określeniem, że słucham dobrej muzyki. Dla niektórych zabrzmi to jako symbol mojej próżności i zapatrzenia w siebie, ja jednak jestem przekonany o słuszności tego stwierdzenia :P Muzyka, której słucham, bardzo mocno na mnie wpływa, kształtuje mnie, uwrażliwia, porusza, jest kolejnym puzzlem będącym niezwykle istotnym (omal nie fundamentalnym) elementem całej mozaiki składającej się na małego studenta. Jest dla mnie ważna - dlatego chcę o niej pisać, chcę dzielić się z wami tym, co mnie porusza i inspiruje, powoływać się na zespoły, artystów, których cenię i bez których nie wyobrażam sobie swojego funkcjonowania. Bo muzyka ma wielką moc - nie bez powodu tak często dzięki niej przechodzą mi po plecach ciary.

Tyle tytułem wstępu. Czas na pierwszych inspiratorów, pierwszych geniuszy muzycznych.

Poznałem ich jeszcze w gimnazjum. Zazwyczaj jest tak, że zaczyna się od błahostek - wystarczył jeden filmik na YT, jedno tło muzyczne i zostałem poruszony. Trochę poszperałem by dowiedzieć się kto mnie tak zauroczył. Odpowiedź była taka: E.S. Posthumus.

(pure awesome.)

"Ulaid" było pierwszym kawałkiem, jaki poznałem. Do dziś mam do niego wielki sentyment i chciałbym kiedyś udać się w ten rejon Irlandii (bo nazwa wzięła się od tego oto regionu), stanąć na zielonych łąkach rozwiewanych przez łagodny powiew, głęboko odetchnąć, zamknąć oczy i ... uronić łzę wzruszenia.

Po nitce do kłębka - szybko znalazłem ich stronę internetową, z której dowiedziałem się, iż formacja E.S. Posthumus to dzieło dwóch braci - Helmuta i Franza Vonlichtenów (to ich pseudonimy, jeżeli chcecie wiedzieć jak dokładnie się nazywają - poszperajcie), archeologów i muzyków. Pasja do tych obu rzeczy skutkowała tworzeniem arcydzieł muzycznych, inspirowanych pobytem w szczególnych miejscach, związanych z dawnymi cywilizacjami (niektóre tytuły z płyty "Unearthed": Cuzco, Harappa, Isfahan, Pompei). Ich wytwory były wykorzystywane również przez NFL do tworzenia wyjątkowych kompilacji zapowiadających ważne wydarzenia (jak choćby Super Bowl).

Zostałem ich fanem. Po pewnym czasie jednak pochłonęli mnie inni twórcy, tym samym E.S. Posthumus spadł na dalszy plan. Nie trzeba było jednak długo czekać na powrót.

(lubię wyobrażać sobie płynący statek po spokojnym oceanie...)

"Nolitus" wywołał u mnie ciary. Tym razem Vonlichtenowie postanowili współpracować z Luną Sans, włoską artystką, która swoim śpiewem ubarwiła ich kompozycje. Oprócz "Cartographera" (tu znajdziecie historię Piri Reisa, kartografa) nagrali również instrumentalnego "Cartographera Pi" - odtąd towarzyszącego mi w moich samochodowych wyjazdach. Po raz kolejny udało im się mnie zauroczyć.

Sytuacja, która nastąpiła z "Unearthed", powtórzyła się z "Cartographerem" - został odstawiony na półkę. Niedawno jednak zastanawiałem się, co słychać u E.S. Posthumus. Okazało się, że nagrali kolejną płytę. Ostatnią. Dlaczego ostatnią? W maju 2010 roku Franz zmarł. Ich ostatnią wspólną kompozycją było "Christmas Eve".

(co ciekawe - melodia chyba identyczna jak "Na skale Kościół stoi" ;))

Nim jednak Franz odszedł, stworzyli "Makarę". Na YT cała płyta jest zamieszczona, polecam do słuchania. Jednak w związku z tym, że tym razem ciar nie odczułem, nie wrzucam tu wybranego kawałka. I w sumie wyglądałoby na to, że w tym miejscu należy skończyć, gdyż E.S. Posthumus ze śmiercią Franza Vonlichtena zakończyło swoją działalność. Ale...

No właśnie. To nie koniec. I chwała Bogu. Bo powstało coś, co zainspirowało mnie do cyklu "Dźwięki spoza Zasłony".

Helmut Vonlichten przestał tworzyć. Zaczął... cóż. Moje słownictwo jest zbyt ubogie, aby opisać to, jakie uczucia wywołuje jego... esencjonowanie. Tak. Esencjonowanie. Tworzę na mój użytek neologizm. Helmut osiągnął muzyczną esencję - to, co wywołuje mój zachwyt, co mnie rozwala na pół, co pustoszy moją duszę i sprawia, że doznaję swoistego katharsis.

(Wobec "Sunday" mam wyjątkowe plany w swoim życiu ;))

Les Friction to póki co moje największe odkrycie 2013 roku. Zakochałem się w tym od pierwszego usłyszenia, z niecierpliwością czekam na kolejne esencjonowane kawałki od Helmuta i reszty jego grupy. Nie umiem wytłumaczyć tego fenomenu, po prostu nie umiem. Takie rzeczy się czuje. Słuchasz i wiesz, że to jest to. Irracjonalność. Bo to ona nadaje życiu smaku.

Nie wytłumaczyłem jeszcze skąd taki tytuł dla cyklu. W bardzo osobistym kawałku Les Friction "Come back to me" wokalista (Paint) pyta (zakładam, że to słowa Helmuta kierowane do nieżyjącego Franza) czy go słyszy. Czy jeżeli będzie śpiewał z aniołami, to czy wtedy będzie dla niego słyszalny? Czy przebije/rozedrze zasłonę? Wykorzystałem te słowa oraz motyw rozdartej zasłony w świątyni jerozolimskiej. Zasłona oddzielała ludzi od Boga, to co było za nią, było już sacrum. Dlatego "Dźwięki spoza Zasłony" traktuję jako dar od Boga, jako wyraz jego rzeczywistości, wierzę, że to On inspiruje do tworzenia muzyki.

(kapitalnie słychać tu tęsknotę, ból, łzy. Niezwykle autentyczna piosenka i świetne, emocjonalne wykonanie.)