Marzycie czasem by znaleźć się w miejscu, gdzie słychać ciszę?
Szukacie spokoju, odosobnienia, prywatności, intymności?
Istotny jest dla was komfort, przytulność, zaciszna atmosfera?
Jeżeli tak, to nie będziecie mieli problemu zrozumieć mojego dzisiejszego posta. Miniony weekend był wyjątkowy. Bardzo udany. Cechował się sporą intensywnością zdarzeń, każdego dnia działo się coś innego, niepowtarzalnego, nie było czasu na nudę. Ma to swoje plusy i minusy, tych pierwszych było jednak zdecydowanie więcej.
Chcę się tym razem skupić na jednej migawce, jednym wspomnieniu. W sobotę uczestniczyłem w niezwykłych odwiedzinach. Śliczny domek położony na urokliwym uboczu, Dom, w którym czuć zapach aromatycznej kawy. Dom pełen życia, okrzyków, wypowiadanych historii oraz wyśpiewywanych piosenek przez uroczego malca. Te historie nie biorą się znikąd - są owocem czasu poświęconego przez mamę oraz dziadków, symbolem szczęśliwego, pięknego dzieciństwa. Są dowodem na miłość, poświęcenie, oddanie, bliskość.
Dom jest przytulny. Dający sposobność by zarówno pogrążyć się w pięknej, otaczającej go przyrodzie, ale i by zaszyć się w potrzebie zadumy, schronienia przed napierającą rzeczywistością. Czuć ciepło - nie tylko dlatego, że konstrukcja jest dobrze docieplona. Ciepło bije ze ścian, zbioru książek, architektonicznych detali - ale co najważniejsze - przede wszystkim z twarzy domowników.
Dom, który przyjął mnie (i moich znajomych) tak serdecznie, otwarcie - i relację z domownikami przeniósł na inny poziom. Dom, który po raz kolejny zaprasza. I mam nadzieję, że po raz kolejny uda mi (nam) się stanąć w jego progach. Dom. Zacisze. Szczególne miejsce.
P.S. Coś czuję, że będę za takim zacisznym miejscem w najbliższej przyszłości wyjątkowo tęsknił - szykuje się intensywny listopad. Na szczęście można snuć plany na to, co będzie potem (o ile Pan Bóg pozwoli na ich realizację) - oby znowu mogło być (tym razem w innej scenerii, z innymi bohaterami) zacisznie, blisko, ujmująco.