środa, 21 maja 2014

urodzinowo-konfirmacyjnie

Bądź też konfirmacyjno-urodzinowo.

Bo w moim przypadku te dwie kwestie zawsze były jakoś tak blisko ze sobą związane. Ze względu na to, iż w mojej parafii konfirmacja zawsze przypada na 3. niedzielę maja - często zbiegała się również z moimi urodzinami. Czasem wypadały dokładnie w dzień konfirmacji, czasem dzień przed lub po... w każdym razie - weekend był zawsze zdominowany bardziej konfirmacją niż moimi urodzinami. Taki urok domu pastorskiego.

Nie żebym narzekał (choć, w sumie? ;)), od małego przyzwyczajałem się do faktu, iż życie rodzinne księdza bywa nierzadko mocno ograniczane przez jego służbę. Pogrzeby, śluby, wyprowadzenia zwłok, konfirmacje czy inne parafialne jubileusze (nie mówiąc o całej masie spotkań...) często zaburzały (a może to właśnie one wyznaczały?) rodzinny rytm funkcjonowania, a co za tym idzie, i świętowania. Z perspektywy czasu jest mi na to łatwiej patrzeć, przyzwyczajam się do tego, jak być może i moja przyszłość będzie wyglądać, niemniej jednak wspomnienia imprez urodzinowych, na których brakowało taty lub był obecny tylko na chwilę, bo musiał przećwiczyć z konfirmantami tę (no jakby nie było, niezwykle istotną!) ważną uroczystość nie są szczególnie przeze mnie przechowywane. Może to brzmi idealistycznie, naiwnie i obrazoburczo, ale mam swoją wizję funkcjonowania księdza w swej rodzinie - jeżeli praca/służba będzie mu przysłaniała życie rodzinne, to ilekroć będzie wchodził na ambonę i będzie mówił o tym, że należy więcej czasu poświęcać rodzinie, dzieciom, rozmowom, relacjom - będzie dla mnie hipokrytą. Wraz z tymi, którzy będą uważać, że tak ma funkcjonować, że rodzina ustępować ma swym priorytetem jego służbie. Moim zdaniem da się te dwie służby - bo życie w rodzinie też jest służbą i odpowiedzialnością - zrównoważyć, sukcesy lub porażki w jednej będą przekładać się na drugą. Dlatego moim idealnym modelem jest efektywne współdziałanie tych dwóch działek (idealistycznie, wiem. Naiwnie, wiem...).

Koniec tego tematu, bo popadłem w dygresję, a nie o tym chciałem pisać. 
Dziś o konfirmacji. 

Uważam, że konfirmacja jest niezwykle ważnym wydarzeniem nie tylko dla konfirmantów i ich rodzin, ale również dla całego zboru, wszystkich wierzących. Dlaczego? Pozwala przypomnieć sobie swoją konfirmację - a więc moment, kiedy w obecności parafian stwierdza się "tak, wierzę Bogu w Trójcy Świętej jedynemu, świadomie wyznaję swą wiarę, jestem wdzięczny za to, że Bóg przyjął mnie do swej własności w Chrzcie Świętym, obdarzył mnie wtedy swym Świętym Duchem, dziękuję rodzicom za to, że powierzyli mnie Panu, że wychowywali mnie w chrześcijańskim środowisku, uczyli prawd wiary. Świadom tego wszystkiego chcę od dziś uczestniczyć we wspólnocie wierzący jako pełnoprawny jej członek, chcę spotykać się z mym Mistrzem podczas Wieczerzy Pańskiej, chcę świadomie jak najczęściej prosić o dary Ducha Świętego, o Jego obecność w moim życiu". Tak ja rozumiem tę uroczystość. Tak z perspektywy czasu ją wspominam. I w pewnym sensie za niezwykłe uważam słowa, które są wypisane na moim świadectwie konfirmacyjnym - "Wszelką troskę swoją złóżcie na Niego, gdyż On ma o was staranie" 1 Piotra 5,7. Nie jestem człowiekiem o najmocniejszej psychice. Wiele z pozoru błahych rzeczy mnie stresuje. Stąd też nie brakuje mi trosk. Wydaje mi się, że te słowa jak mało które pasują właśnie do mojej sytuacji. Dobrze przy każdej kolejnej konfirmacji sobie tę obietnicę przypomnieć. Że jest Ktoś mocniejszy. Ktoś, kto towarzyszy w dolinie cienia śmierci. 

Czasem nieco żałuję, iż konfirmację traktuje się tak odświętnie. Dlaczego? Dlatego, że potrzeba potwierdzania (confirmatio) naszej wiary w moim odczuciu zachodzi zdecydowanie częściej niż tylko raz w życiu. Więcej, taka potrzeba pojawia się każdego dnia. Bo każdego dnia spotykamy bliźnich, którzy potrzebują czynów miłości, rady, świadectwa bycia przemienionym przez oczyszczającą moc ofiary krzyżowej Jezusa. Każdego dnia nasz kumpel potrzebuje zapewnienia o modlitwie, każdego dnia wywiązuje się potrzeba mówienia prawdy pomimo wszelkich przykrych konsekwencji, które mogą nas spotkać. Każdego dnia nasze relacje w związku wymagają odświeżenia, naprawy, szczerości i zaufania do siebie nawzajem. Każdego dnia warto dziękować Bogu za naszych rodziców, dziadków czy nasze dzieci - i jednocześnie być na tyle pokornym, by przyznać, że sami daliśmy ciała. I my też potrzebujemy świadectwa czynów osób żyjących wokół nas, które nas zawstydzą oraz wyzwolą prawdę. Mały student, kaczorek też potrzebuje sprowadzenia do pionu i pokazania mu, że warto się uśmiechnąć, z optymizmem spojrzeć w przyszłość, przestać wozić się po znajomych, którzy w jego opinii błądzą, tylko z ufnością westchnąć za nich do niebiańskiego Ojca, by dawał kolejne szanse, by uzdalniał do mówienia prawdy, otwartości, okazywania szczerej i bezwarunkowej miłości.

Bo, ujmując to wszystko w wielkim skrócie, nie wystarczy jednorazowa konfirmacja. Nie wystarczy jednorazowe nawrócenie - przynajmniej ja to tak widzę. Wystarczy (tylko lub aż - odpowiedzcie sobie sami) codzienne potwierdzanie przynależności do Chrystusa. Wystarczy (jak najczęstsze) jednoczenie się z Chrystusem i bliźnimi w Wieczerzy Pańskiej. Czemu nie jednorazowe, a ciągłe? Nasza grzeszna natura ciągle daje o sobie znać. Jesteśmy jednocześnie grzeszni i usprawiedliwieni. Nasze życie to wędrówka, wędrówka z Bogiem. I mam wrażenie, że im dłużej idę, tym więcej głupot popełniam. Dlatego tym mocniej potrzebuję Bożego wsparcia i przebaczenia. Tym bardziej potrzebuję kryć się w Nim. Tym bardziej potrzebuję korzyć się przed Jego majestatem i doświadczać cudownego uczucia lekkości w momencie, gdy On mnie podnosi. Tak jak potrzebowali tego apostołowie, którzy po spotkaniu z Jezusem nadal popełniali błędy, tak jak potrzebował tego apostoł Paweł po spotkaniu z Jezusem pod Damaszkiem. Potrzebujemy potwierdzać naszą wiarę każdego dnia. Potrzebujemy wzmacniać się Bożym Słowem i Sakramentem Ołtarza. Nie jednorazowo. Jednorazowo w chrzcie działa Bóg, przyjmując nas do siebie. Z nami już jest gorzej - by nie dać się zwyciężyć złu potrzebujemy wciąż szukać dobrego, miłosiernego Boga. I spotykać się z Nim jak najczęściej. 

Lubię konfirmacje. Zawsze stresuję się z tymi gimnazjalistami, którzy dziękują rodzicom, zborowi, księdzu. Którzy ślubują wierność Bogu i Kościołowi. Jest to piękny dzień pełen emocji. Dzień, który jest kontynuacją chrześcijańskiego życia zapoczątkowanego w chrzcie. Dzień, który dla nich, ale i dla mnie, dla pozostałych chrześcijan może być (a być może i powinien) zachęceniem do kontynuowania życia z Bogiem. Oby On przydał nam wiary do tego, by przy Nim wytrwać.

PS. Osobiście uważam, że mój tata i tak poświęcał mi bardzo dużo uwagi, zawsze był w stanie gdzieś mnie zawieźć czy odebrać, mimo nawału obowiązków. Nie wiem, jak to robił i robi po dziś dzień. Chyba jest jakimś Batmanem czy innym superbohaterem ;) Dzięki Tatuś. Ciekawe, czy ja w przyszłości będę w stanie wszystko to tak dobrze ogarniać...