niedziela, 29 stycznia 2012

Oto jesteś, Stadionie!

Byłem dzisiaj na otwarciu Stadionu Narodowego (oprócz opinii wrzucę jeszcze zdjęcia).

N - niesamowite wrażenie robi cały stadion wewnątrz w momencie wejścia na trybuny. Co prawda nie mam doświadczenia w byciu na tego typu obiektach (byłem jedynie na Olympiastadion w Berlinie), ale na usta cisnęły się słowa podziwu, albo wręcz nie cisnęły się żadne słowa, bo człowiek był oniemiały ;)

A - a bałem się, że ludzi będzie tyle, że nas nie wpuszczą... co prawda, od rana do naszego przyjścia przewinęło się jakieś 50 tysięcy ludzi, ale w momencie, kiedy z trybun obserwowałem cały stadion, wydawało mi się, że ludzi jest jakoś mało. Owszem, na płycie było ich trochę, ale na trybunach było raczej pusto. A w trakcie Euro na stadionie nie będzie ani jednego wolnego miejsca...

R - rację mieli ci, którzy mówili, że nie mamy się czego wstydzić, jeżeli chodzi o wnętrze stadionu, wrażenie, jakie sprawia nasz Narodowy. Może i był drogi, może i budowano go długo, może z zewnątrz wygląda co najwyżej średnio (o tym w następnym punkcie), ale wnętrze rekompensuje wszystko. Widok z trybun jest po prostu świetny. Brakuje jeszcze tylko murawy.

O - ohydnie wyglądają te biało-czerwone prostokąty zdobiące fasadę Stadionu. Ok, o ile z daleka prezentuje się Narodowy imponująco, o tyle z bliska... cóż. Wypadałoby powtórzyć za prof. Środą: "ten koszmarny stadion, unoszący się nad miastem jak podarte gacie kibica" - a tak, ten kawałek drutu pomalowany na biało i czerwono wygląda po prostu daremnie. Masakra jakaś. Stadion, który ma być naszą wizytówką, z bliska wygląda jak niedorobiony... bywa. Happens. A raczej shit happens.

D - d jak dach. Podobno nie zamyka się na mrozie. Hm. Dzisiaj był nieużywany, ale i tak jego konstrukcja robi wrażenie. A te 4 olbrzymie ekrany pod nim, każdy w inną stronę świata... no miodzio. Rewelacyjnie widać to, co dzieje się na scenie. A działo się, działo...

O - okropnie było zimno. Okropniście. Już dawno tak nie wymarzłem. Ale w sumie było warto :)

W - w zasadzie nie interesowały mnie występy kapel, które działy się na scenie, ale wypadałoby parę słów im poświęcić - akurat trafiliśmy na Comę i T.Love. Piotr Rogucki, dosyć ciekawie ucharakteryzowany, rozkręcił towarzystwo pod sceną oraz na trybunach i wraz ze swoim zespołem przekazał zgromadzonym sporą dawkę energii. Przyznam, że Comy nie znam i za nią nie przepadam, ale tym występem miło mnie zaskoczyli, widać było, że dobrze czują się w to mroźne popołudnie, że dają z siebie wszystko. Muniek natomiast... cóż. Różnie bywa z graniem na stadionach, różnie bywa ze sprzętem. Miałem wrażenie, że chyba odsłuch zawiódł wokalistę T.Love, bo w kawałkach, które dane mi było usłyszeć trochę był obok. A raczej wrzeszczał niż śpiewał. A może to taki trend stadionowy? Oby tylko Chris Martin we wrześniu na Narodowym nie poszedł w jego ślady...

Y - Yellow (tak przeze mnie ukochany, lecz póki co odłożony na półkę) na tym stadionie zabrzmi zapewne kosmicznie. Przekonamy się na koncercie Coldplay 19 września. Oj, będzie się działo! 

1:5000

"Bóg nie pomaga nam tylko przez jeden dzień, by potem zostawić nas na lodzie w środku jakiegoś doświadczenia. On pragnie prowadzić nas do celu."

Jan Kalwin



sobota, 21 stycznia 2012

Emi/Fifuś/M (em)


Czyli po prostu Emilka :)

Cykl o najmniejszych członkach rodziny miałem zacząć już tydzień temu, dokładnie w dzień urodzin mojej bratanicy (czyli 14 stycznia), ale dużo się działo, tak więc nieco spóźniony biorę się za pisanie.

Swego czasu na tym blogu pojawiła się wzmianka o pewnej szczególnej piosence - "Emily" Michaela W. Smitha. Dziś ponownie chciałbym ją przywołać. Tym razem w całości. I stwierdzić, Emiś, że jesteś takim małym aniołkiem czekającym na skrzydła i słowa tej piosenki doskonale do ciebie pasują (mimo że czasem - a ostatnio może przede wszystkim - niezły jest z ciebie rojberek i trudno cię upilnować ;))


Bardzo dużo myśli, motywów, spraw przychodzi mi do głowy, kiedy myślę, jak opisać moją bratanicę. Zacznę może od pierwszych skojarzeń, jakie mam z Fifusiem.

Ma naprawdę NIE-SA-MO-WI-TY uśmiech (który podkreślają i czynią jeszcze bardziej czarującym jej cudne ząbki ;)), który objawia praktycznie przy każdej okazji - i tu uwaga, fenomen. (I żeby nie było, to nie tylko moja obserwacja, ale również mojego brata, bratowej, mojej mamy i teściowej mojego brata!) Em szczerzy się wyjątkowo szeroko do mnie. I podobno jej zachowanie przypomina podryw. (Hm. Czyżby wyczuwała, że wujek obecnie jest wolny? :P) Nie mnie to oceniać :P W każdym razie - Emiś umie zadbać o to, bym poczuł się wyjątkowo ;)

Bardzo lubi sięgać po różne przedmioty. "Bardzo lubi" jest swego rodzaju eufemizmem. Szczególnie takie, które wydają jakieś hałasy.

Wsuwa zupki, dania-dla-jednolatków w zawrotnym tempie. Zastanawiam się, po kim to ma. Na pewno nie po mnie :P

Lubi popisywać się głośnością swojego altowego (tak przynajmniej stwierdził ekspert - Przemek. Nie będę się z nim spierał.) głosiku. I uwierzcie mi, umiejętności ma naprawdę pokaźne. W tym na pewno podała się na swojego wujka! :D (żeby nie było tak narcystycznie - obie jej babcie mają talent muzyczny. Zarówno tatuś, jak i mamusia bardzo lubią śpiewać. A do tego zestawu dodać trzeba jeszcze ciocię, która też świetnie śpiewa. No cóż. Em - jesteś skazana na śpiew.)

Jest niemal bezbolesna w pilnowaniu - póki co, miałem okazję 2 razy ją pilnować, raz nawet ZUPEŁNIE SAM! (to, że wtedy smacznie spała, jej rodziców nie było tylko przez 2 godziny, a ja w międzyczasie oglądałem Superpuchar Europy w Monaco nie miało żadnego znaczenia!) i za każdym razem nie sprawiała problemów ;)

Strasznie szybko zasuwa raczkując po płytkach. Człowiek odwróci się na chwilę, a ona już jest na drugim końcu kuchni ;)

Uczy się chodzić - co sprawia, że trochę jeszcze się zatacza, wykonując swoje kroki, ale nie zmienia to faktu, że jak naliczył jej dumny tatuś (mój brat Przemek), jest w stanie samodzielnie, bez bęcnięcia na podłogę, wykonać ok. 30 kroków.


(taki był Fifuś jak się urodził)

Nie ukrywam, że kiedy dowiedzieliśmy się, że moja bratowa jest w ciąży, byliśmy podekscytowani. Dla mnie szczególnie istotna była płeć tego kogoś, kto miał się urodzić. Dlaczego? Hm. (może się to wydawać dziwne, ale dla mnie jest to ważna sprawa:P) Przemek i ja to ostatni męscy potomkowie naszego rodu. No i jakby nie było, na naszych barkach spoczywa odpowiedzialność za utrzymanie męskiej linii. Prawda? Prawda. I miałem cichą nadzieję, że już pierwsze dziecię mojego brata będzie chłopcem. Jak widać, stało się inaczej, a odpowiedzialność stopniowo wzrasta... :P Żeby było jasne - mam nadzieję (i tak też usłyszałem od Przemków), że Emilka nie będzie ich jedynym dzieckiem. Bo wtedy... wolałbym, żeby przyszłość naszego rodu nie zależała tylko ode mnie. (cały ten wywód można potraktować trochę z przymrużeniem oka ;) ale ja podchodzę do niego też trochę poważnie)

I żeby było jasne - bardzo kocham moją bratanicę, w żadnym stopniu nie przeszkadza mi to, że jest dziewczynką (NO WAY!), jest słodziutka, urocza, kochana. I prawdę mówiąc, na chwilę obecną nie wyobrażam sobie, że mógł to być chłopiec. (choć już dosyć wcześnie było wiadomo, że Emilka będzie Emilką)

Może powoli zaczyna się we mnie odzywać (tłumiony przeze mnie zresztą) instynkt ojcowski, ale przebywanie w gronie dzieci mojego rodzeństwa wpływa na mnie inspirująco. Nie mówię, że zawsze czuję się między nimi wspaniale, ale ma to wartościowy wpływ inspirujący. Każde z nich jest wyjątkowe. I tę ich wyjątkowość chcę w tym cyklu oddawać. Emi z pewnością jest niesamowicie wyjątkowa i czarująca :)


Do was też się uśmiecha :)

piątek, 13 stycznia 2012

post nr 110, klasycznie = filozoficznie

Raz na jakiś czas zdarza mi się noc, podczas której jakoś trudno zasnąć i wolę po prostu zebrać myśli. Ta jest właśnie jedną z nich.

Ostatnie dni były zdominowane myślami dotyczącymi śmierci babci, pustki w domu, ciszy, poczucia nienormalności. Dzwoniło do mnie sporo osób, by przekazać kondolencje, wiele osób pisało smsy, wysyłało wiadomości lub pisało na czacie na FB. Dodając do tego również to, że większość czasu spędzałem na rozmowach z moimi rodzicami - w sumie nie czułem się samotny. Chyba to dobrze, bo nikt nie lubi czuć się samotnym, szczególnie w chwilach bólu i doświadczenia.

Dużo ostatnio myślałem. O tym, czy życie powinno się toczyć swoim normalnym rytmem pomimo tak nagłych i szokujących niedzielnych wydarzeń. O tym, jak uniknąć patrzenia na zmarłą babcię. O tym, że na moim pogrzebie nie będę chciał żadnych kwiatów, świec, kosztownych nagrobków. O tym, że dziwnie się czułem stojąc na środku kaplicy i czekając wraz z rodziną na kondolencje (żeby zostać dobrze zrozumianym - było to dla mnie krępujące. Ale rozumiem, że taki jest zwyczaj, tak zachowuje się rodzina zmarłego/zmarłej). O tym, co się czuje, gdy się umiera.

Czy to boli? Czy po prostu się odpływa i człowiek budzi się w niebie? A może zasypia? (w końcu są spory teologiczne, czy od razu idziemy do nieba, czy dopiero zostaniemy wzbudzeni w momencie przyjścia Pana Jezusa) A może człowiek zasypia i budzi się w pustce, nie ma żadnego piekła ani nieba (cóż, mój sceptycyzm ma się nieźle i czasem lubi zadawać mojej wierze trudne pytania)? Żeby było jasne - wierzę w niebo i piekło ;)

(mały przerywnik muzyczny)

Parę razy zadawałem sobie pytanie, czy dobrze zrobiłem, zostając w domu na kilka dni przed pogrzebem. W końcu miałem we wtorek i środę zajęcia (a jako że nie lubię ich opuszczać - miałem lekki dyskomfort). Oczywistym dla mnie jest, że w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze, ale mimo wszystko momentami miałem mętlik w głowie. Dziś raczej mam poczucie, że dokonałem dobrego wyboru. A wspólne chwile z moimi rodzicami tylko mnie w tym utwierdzają. I nie umiem sobie wyobrazić, że im nie towarzyszę, że nie ma mnie w domu.

Myślałem jeszcze dzisiaj, czy babci podobałby się jej pogrzeb. Hm. Piękne pieśni były? Były. Dużo ludzi w kaplicy? A i owszem, nawet hol był pełny. Dużo księży? Oj, dużo. Piękne kazanie? Dla mnie było bardzo budujące. Chór ładnie śpiewał? Tak, ładnie. Wszystko było dobrze słychać? Tak, na szczęście tuż przed pogrzebem wrócił prąd. Pogoda była dobra? Owszem. Ugoszczono zebranych czymś dobrym na spotkaniu popogrzebowym? Oj tak, gulasz był bardzo dobry (słowo wyjaśnienia - babcia zawsze pytała mnie, moją mamę czy mojego tatę co dostaliśmy do jedzenia na jakieś uroczystości itd. ;)). No więc wychodzi na to, że pogrzeb był piękny i spodobałby jej się. Ale tak naprawdę, czy te wszystkie pytania są ważne? Dziś dziękowaliśmy Panu Bogu za życie babci. Za to wszystko, czym nas dzięki łasce Boga obdarzyła, czego nas nauczyła, co mogliśmy razem z nią przeżyć.

Ale moje życie nie jest jednowymiarowe. Kilka razy padło dzisiaj sformułowanie: trzeba żyć dalej. Owszem. Dlatego moje myśli uciekały również w ostatnim czasie do moich przyjaciół w Warszawie, do zajęć, które mnie ominęły, do muzyki, w której szukałem wyciszenia, do podekscytowania wynikającego z koncertu Coldplay, do pisanych przeze mnie maili. Życie pędzi dalej, minione dni były okazją żeby się na momencik zatrzymać, skonfrontować ze smutkiem, wyciągnąć wnioski na przyszłość i ruszyć dalej. By być świadectwem, jakim była babcia. Myśli uciekały do nieuchronnie zbliżającej się sesji (co by nie mówić, boję się jej), do tego, co będę robił przez weekend. Trzeba wrócić do normalności, do szarego mainstreamu. Bez babci już tu, na ziemi, w swoim fotelu, ale z babcią w sercu. Mając w pamięci to, jak wielkim zachęceniem była dla wielu osób, które spotkała na swojej drodze.

Dla tych, którzy nie lubią mojej grafomanii - mój stan w pigułce:
1. Babci już nie ma.
2. Przez momencik czułem to, czego już dawno, daaaaaaaaawno nie doświadczyłem. Wow. Strasznie za tym motywem tęskniłem. Było pięknie. Ale trwało to przez dosłownie 2 mrugnięcia powieką.
3. Sesja u bram. Boję się.
4. Postanowiłem więcej pisać. O moich bliskich. Szczególnie tych, którzy żyją. W najbliższym czasie portrety najmłodszych w mojej rodzinie. Wszyscy się nimi zachwycają - przyszedł czas na mnie :P a mówiąc serio - dzieci potrafią skruszyć nawet najtwardszą skałę. Są fenomenalne. Opiszę więc to, co mnie skruszyło (i nadal kruszy).
5. Moja wyobraźnia płata mi figle. I dodatkowo mnie nakręca.

niedziela, 8 stycznia 2012

Tęsknię, babciu


Dziś ok. godziny 8.45 moja babcia Hania zasłabła w kościele, tuż przed nabożeństwem. Mimo błyskawicznej próby reanimacji, przyjazdu karetki reanimacyjnej, zmarła.

43 lata temu została wdową, mając 41 lat. Od tamtego momentu była najlepszą przyjaciółką mojej mamy. Poświęciła się jej wychowaniu, pracując również w goleszowskiej cementowni.
20 lat temu, kiedy się urodziłem, zamieszkała z nami. By móc opiekować się mną, gdy moi rodzice pracowali, a starsze rodzeństwo było w szkole.
I większość moich wspomnień z dzieciństwa jest związanych z nią (oraz z drugimi dziadkami). Pamiętam, jak bardzo chętnie chodziliśmy na spacery, zawsze powtarzałem jej "Babciu, idziemy na spacer, bo się udusimy" - zawsze mi powtarzała, że na polu jest zdrowe, świeże powietrze, którego potrzebujemy.
Może ktoś powie - umarła ci babcia, no przykro mi, ale to przecież nie rodzic, nie żona, nie dziecko. Ale dla mnie babcia była kimś więcej niż tylko babcią. Była osobą, która niesamowicie mnie inspirowała, niezwykle dawała do myślenia, wielokrotnie zawstydzała swoją gorliwą postawą, swoim zapałem pomimo schorowania i upływu lat.

Wiem, że była osobą, która zawzięcie się o całą rodzinę (szczególnie o wnuki) modliła. Mimo tego, iż miała problemy ze strunami głosowymi, zawsze chętnie i głośno śpiewała. Szczególnie swoją ulubioną pieśń - "Za Jezusem chętnie powędruję". Nawet, gdy czuła się gorzej, nie szła do kościoła, to brała śpiewnik, postyllę i robiła sobie domowe nabożeństwo. Śpiewała pieśni przeznaczone na daną niedzielę i potem czytała kazanie. Nic nie było w stanie uniemożliwić jej przeżywania społeczności z jej Panem. Aż do dziś. Choć... przecież teraz jest już z Nim, prawda?

Babcia kapitalnie gotowała. Kapitalnie piekła. Naprawdę, przepraszam inne babcie na świecie, ale żadna z nich nie pichciła przysmaków tak dobrych, jak babcia Hania. I jest mi teraz wstyd, że tak często wybrzydzałem i nie chciałem jeść tego, co przygotowała. Zawsze starała mi się dogodzić, robiła na obiad to, co bardzo lubię (szczególnie kiedy wracałem z Warszawy - robiła rarytasy, o których na studiach mogłem tylko pomarzyć). Zawsze pytała mojej mamy, czy nie dzwoniłem. Kiedy przyjeżdżałem do domu, już od progu mnie witała i wypytywała, jak radzę sobie na studiach. Kiedy ubierałem garnitur, za każdym razem powtarzała "ale jest z ciebie elegant!". Czułem, że jest ze mnie dumna.

Odkąd pamiętam, babcia narzekała na bolące kolana. Próbowała różnych rzeczy - pokrzyw, końskich maści i innych, ale nic nie skutkowało, sytuacja tylko się pogarszała. Mimo to, babcia zaciskała zęby, szła dzielnie do kościoła. W ostatnich miesiącach po domu poruszała się z balkonikiem, ale nie zmieniło to faktu, że do końca była aktywna. Oprócz problemów z kolanami, babcia cierpiała na zespół Cieśni. To, co tak kochała - gotowanie, pieczenie, sztrykowanie (z tego ostatniego musiała zrezygnować najwcześniej) zaczęło być problemem. Drętwienie rąk, problem ze zginaniem palców było kwestią nie do przeskoczenia. Ale pomimo tego za każdym razem pytała mojej mamy, w jaki sposób ma jej pomóc, przynajmniej raz w tygodniu padało pytanie "to co dzisiaj pieczemy?". Umiała walczyć z przeciwnościami losu, nie poddawała się, zawsze dawała z siebie wszystko i to, co najlepsze.

Bardzo cieszyła się, gdy miała możliwość przebywać ze swoimi prawnukami. Była wzruszona, kiedy Kubuś kładł jej koc na nogi i głaskał nogi, powtarzając "to żeby cię mniej bolało, babciu". Jestem pewien, że wnuki i prawnuki były dla niej olbrzymim źródłem radości. Nawet, gdy czuła się fatalnie, mobilizowała się do wysiłku, do upieczenia choćby ptyśków dla wnuków, bo wiedziała, jak im to smakuje. Była w stanie zrobić niemalże wszystko dla ich uśmiechu, radości. Pamiętam, jak wieczorami mnie pilnowała (rodzice czasem gdzieś jeździli w odwiedziny), stawała nad moim łóżeczkiem i modliła się ze mną, żebym spokojnie zasnął i żeby rodzice bezpiecznie wrócili do domu. Była bohaterką wiary, bojownikiem modlitewnym. Zawsze pomagała potrzebującym. Jeszcze dzisiaj, przed wyjściem do kościoła pytała mojej mamy, czy rozmieniła jej pieniądze, "bo przecież trzeba rzucić coś do skrzynki Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy!".

Mieliśmy z babcią jechać do dentysty, planowaliśmy ten wyjazd. Pomimo 83 lat, wszystkie zęby, jakie miała, były jej zębami, nie miała implantów ani sztucznej szczęki. Co sprawiało, że jej naturalne zęby miały zdolność do łamania się. Czasem wyglądała komicznie z ułamaną jedynką ;) nie omieszkała się tym oczywiście pochwalić, mówiąc "Piotruś, popatrz, jak babcia ślicznie wygląda!". Wiem, że zawsze byłem dla niej małym, kochanym i uśmiechniętym Piotrusiem, którego woziła po Wiśle w wózku. Kiedy przypomnę sobie sytuacje, w których byłem wobec niej nieposłuszny, nie chciałem się do niej odezwać... jest mi niesamowicie wstyd.

Babciu, chciałem przeprosić cię za to, że czasem nie chciałem powtórzyć czegoś drugi lub trzeci raz, bo już niestety nie słyszałaś za dobrze, przepraszam, że czasem wracałem tak późno do domu, a ty nie mogłaś ze stresu spać, przepraszam, że tak mało czasem się do ciebie odzywałem. Przepraszam, że nie miałem cierpliwości, by cię zapoznać z obsługą nowego telewizora. Przepraszam, że tak rzadko mówiłem, że cię kocham. Przepraszam, że w dzisiejszy poranek nie powiedziałem ci "dzień dobry", bo jak zwykle, wstałem za późno i ty już zmierzałaś do kościoła. Przepraszam (i to chyba jedyna rzecz, o jaką mam żal do Pana Boga), że się z tobą nie pożegnałem. Strasznie już za tobą tęsknię. Strasznie mi ciebie brakuje. Strasznie tu u nas pusto teraz bez ciebie.

Wiem, babciu, że już cię teraz nogi nie bolą, że ręce już ci nie cierpną, że wszystko dobrze widzisz, słyszysz i możesz znowu pięknie śpiewać. Wiem i dziękuję Bogu, że nie musiałaś cierpieć i w żaden sposób czuć się dla nas ciężarem. Ale tęsknię. Już nigdy nie zobaczę twojego uśmiechu, nie usłyszę charakterystycznego śmiechu, już nigdy nie usłyszę wołania "Piotrek, wstawaj już! Strasznie długo śpisz! Już 12!", już nigdy nie będziesz oglądała swoich ukochanych "Barw Szczęścia" i "M jak Miłość", już nigdy nie będę cię prowadził pod ramię, prowadząc cię do kościoła. Już nigdy nie przyniosę ci aparatu do mierzenia ciśnienia, nie zagrzeję ci frankfuterek, już nigdy nie zawiozę cię do Bielska, żebyś mogła spotkać się z ciocią Halusią. Już nigdy nie zawiozę cię do fryzjera, żeby zrobił ci piękną trwałą. Nie usłyszysz mojego pierwszego kazania.

Kiedy dzisiaj rano siadałem do ławki, nieco skonsternowany, że jestem w niej sam (przychodzę do kościoła za pięć 9, a wtedy moja mama i babcia zwykle siedzą w ławce), miałem nadzieję, że po prostu robisz sobie z ciocią i mamusią żart (bardzo lubiłaś się śmiać i żartować) i siedzicie w innej ławce. Bałem się, że coś ci się stało, ale starałem się nie myśleć, że to może być prawdą. Niestety, Pan Bóg zadecydował inaczej. I wiem, że chętnie za Nim dzisiaj powędrowałaś do Jego królestwa.

Babciu, dziękuję ci za wszystko. Za to, kim byłaś, jak wychowałaś moją mamę, jak żyłaś w zgodzie z moim tatą, jak rozpieszczałaś swoich wnuków i za to, jak niesamowitym świadectwem byłaś dla nas wszystkich. Bardzo, bardzo za tobą tęsknię. Nie umiem opanować łez.

Początkowo miałem nie być na roczku mojej bratanicy, bo miałem być w Warszawie. Ale w związku ze śmiercią babci, jej pogrzebem, zostaję w domu na cały kolejny tydzień, więc będę również na roczku Emilki. Moja mama powiedziała dzisiaj: "babcia załatwiła ci, że będziesz na roczku". Owszem, tak, babciu. W pewien sposób to załatwiłaś. Ale... wolałbym, żebyś ty była na roczku Emilki, a nie ja. Bo ja miałem przyjechać w następnym tygodniu i mieliśmy znowu się zobaczyć. A tak... to zobaczymy się dopiero w niebie. A ja już za tobą tęsknię. I bardzo, bardzo cię kocham.

P.S. Dziękuję wam wszystkim, od których dostałem jakieś ciepłe słowo, uścisk, zapewnienie o modlitwach. Wiecie, to ma wielką moc. Sam czasem składam kondolencje i zastanawiam się, czy to cokolwiek daje, bo człowiek zapewne słyszy takich słów kilkadziesiąt i potem już przestaje to dla niego mieć znaczenie. Dzisiaj wiem, że jest inaczej. Dzięki za wsparcie, niech was Pan błogosławi.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

podsumowując wczasy świąteczno-noworoczne

Dziś po godzinie 12 zakończyły się Wczasy Świąteczno-Noworoczne 2011/2012. Tym samym czas na kilka słów opisujących te chwile.

Doświadczenie - nigdy nie spędziłem jeszcze tyle czasu pod rząd z seniorami. Wiele się nauczyłem, wiele przeżyłem, wielu opowieści się nasłuchałem. I chyba rzeczywiście potrafię słuchać tego, co mówią inni.
Modlitwa - nie jest dla mnie problemem modlić się na głos. Wręcz przywykłem do tego, że często mi się to zdarza. Ale nie przeżyłem jeszcze czegoś takiego, żeby 3 razy dziennie przez ponad tydzień modlić się na głos do Boga w swoim imieniu oraz w imieniu 56 seniorów. Nie lubię sformułowania "on/ona/ktoś się ładnie pomodlił" - no bo jak można się brzydko bądź źle pomodlić? Każdy modli się tak, jak umie. Jeżeli modlitwa jest szczera - wtedy jest "ładna" (ale i tak nie bardzo mi ten przymiotnik pasuje). Przynajmniej ja tak uważam. Dlatego podziękowania seniorów za piękne modlitwy są dla mnie czymś... nieoczekiwanym. Bo ja po prostu rozmawiałem z Bogiem, dziękowałem Mu wraz z seniorami za posiłki, za nowy dzień. Dla mnie to coś normalnego. Dla nich nie. Ale nie mówię, że to źle. To daje do myślenia.
Uśmiech - podobno mało się uśmiecham. To podobno jest tak trochę na wyrost - bo wiem, że uśmiech raczej nieczęsto gości na mojej twarzy. Ale wielu moich podopiecznych zapamiętało mój uśmiech. A ja zapamiętam ich radosne twarze podczas naszych rozmów, posiłków, kiedy żartowaliśmy, kiedy słuchali tego, co mówiłem. Czyli... jednak umiem się uśmiechać. I to na dłużej! ;)
Bolesne losy - serce mi się krajało, gdy słuchałem opowieści na temat nieudanych małżeństw, tragicznej śmierci, długotrwałej choroby, błędnych wyborów dzieci, problemów w relacjach z sąsiadami, szykanowanie ze strony innych chrześcijan, nie-ewangelików. Każdy z wczasowiczów przyjeżdżał do Jawornika z bagażem ciężkich przeżyć, życiowych doświadczeń. Nie było osoby, która mogłaby powiedzieć, że jej życie było udane, pozbawione większych przykrości. Jeżeli mogłem komuś ulżyć samym wysłuchaniem, próbą zrozumienia tego, co dana osoba przeżyła - cieszę się. Mam nadzieję, że Pan Bóg będzie ich prowadził i wzmacniał, by pomimo trudnych doświadczeń mogli żyć dalej i szukać w Nim siły.
Kaszel - przy moim stole nie było posiłku, by ktoś się nie krztusił i kaszlał. Jednego dnia byłem jedyną osobą, która w trakcie obiadu nie zakrztusiła się. I prawdę mówiąc, czasem przyjemność z jedzenia była średnia...
Poranne przeklinanie późnej pory położenia się spać - miałem problem, żeby rano wstawać i być pełnym energii. To dlatego, że wieczorami kładłem się późno spać. Cóż, nauczka na przyszłość.
Zapach - w niektórych pokojach pięknie pachniało perfumami. Do niektórych nie dało się wejść, bo odrzucało na wejściu. Przypominał mi się obóz, w trakcie którego musieliśmy wchodzić do pokojów i otwierać okna, bo inaczej groziła śmierć przez uduszenie się. Po raz kolejny przekonałem się, że higiena i dbanie o nią to pojęcie względne.
Cierpliwość - cecha, której bardzo potrzebowałem i nadal będę potrzebował. Myślę, że nie było źle, ale w wielu wypadkach mogłem zachować się lepiej, wyrozumialej. Nie należę do ludzi cierpliwych, łatwo mnie zdenerwować. Na szczęście udało mi się trzymać nerwy na wodzy, choć nie zawsze było łatwo. I czasem seniorzy to zauważali. Trochę było mi wtedy wstyd.
Pokora - kolejna cecha, na której bardzo mi zależy. Nie jest łatwo pozostać skromnym i pokornym, kiedy słyszy się, że wspaniale się coś zrobiło, poprowadziło, powiedziało. Seniorzy mają skłonność do wyolbrzymiania pewnych rzeczy, skupiania się tylko na zaletach. Od tonowania nastrojów są rodzice. Którym jestem w sumie za to wdzięczny.
Niepowtarzalność - warto było. Bałem się, stresowałem. Ale Pan Bóg dopomógł. Było to niezwykłe doświadczenie, które mam nadzieję zaprocentuje w przyszłości. Były to wyjątkowy czas, którego do tej pory nie miałem okazji w pełni przeżyć. Myślę, że wiele się nauczyłem.



Czuję się mocno zachęcony, by uznawać to za swoją deklarację :)