środa, 18 maja 2011

pierwsze dzieścia

Strasznych wywodów filozoficznych, niezwykle zawiłych, nie dla prostego ludu, pokręconych rozkmin nie będzie.

Posłużę się tylko słowami tego, który urodził się tego samego dnia, co ja i czerpał inspirację z Bożego Słowa.


Psalm IV

Kiedy wołam,
wysłuchaj mnie Boże prawości mojej
Ty z ucisku na przestwór mnie wywiodłeś
Zmiłuj się nade mną i usłysz modlitwę moją

Pan usłyszy, kiedy do niego wołać będę
Mojemu sercu dałeś radość
W spokoju układam się do snu
W spokoju zasypiam
Bo tylko ty o Panie
Pozwalasz mi spocząć bezpiecznie.


Niech będzie Imię Twe błogosławione

Niech będzie Imię Twe błogosławione.
Tyś dał, Tyś wziął,
Twoja jest Wola i Twoja jest Moc.

poniedziałek, 16 maja 2011

(niewłaściwy tryptyk) brunszwicki

Jako że byłem w Braunschweigu - czas na obiecane reminiscencje.

Pierwszy dzień był bardzo błogosławiony - zwiedzanie urokliwej starówki Braunschweigu, kościołów luterańskich, zapoznanie się z historią Bugenhagena było czymś bardzo wartościowym. Tenże ewangelizator Pomorza sam przetłumaczył Biblię na nieder deutsch (dialekt bardziej zrozumiały dla prostego ludu). Tak bardzo pragnął, by Biblia była czytana przez wszystkich. Pierwszy strasznie refleksyjny, dający ostro do myślenia impuls. Dodatkowo wartościowe wykłady dotyczące homiletyki dramaturgicznej. Dobry dzień.

Drugi dzień - długi dzień. Rano praca nad tekstem biblijnym (stworzyłem tekst, który się tu pojawi), po południu zwiedzanie. Biblioteka Augusta plus kościół Marii. No i wieczorna uroczysta kolacja z gospodarzami (pierwszy raz w życiu jadłem szparagi), w trakcie której czytałem swój tekst (ten, który się pojawi). Intensywnie, ale wartościowo.

Sobota - 3. dzień pobytu w Brunszwiku. Klasycznie już przedpołudnie spędzone z homiletyką dramaturgiczną i budowaniem struktury kazania. Potem katedra w Koenigslutter i klasztor w Helmstaedt. I pierwszy wolny wieczór od momentu przyjazdu, spędzony na bardzo wartościowych rozmowach na różne tematy.

Niedziela to dzień powrotu do domu. Moment, w którym mogłem rozprostować swoje kości w niewygodnym konsystorskim łóżku, był niesamowicie przyjemny. Mimo wszystko wolę nasze łóżka niż te brunszwickie ;)

Ogólnie - wyjazd był niesamowicie udany. Bardzo wartościowy. Wiele się dowiedziałem, coś fajnego stworzyłem, coś ładnego zobaczyłem. Aż szkoda było wyjeżdżać. Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Aby jeszcze na chwilę pobyć w brunszwickim nastroju, za niedługo zamieszczę tu tekst (a raczej move) związany z homiletyką dramaturgiczną i fragmentem z ew. Marka 1,32-37.

środa, 11 maja 2011

poniedziałek, 9 maja 2011

to już rok. Mglisto.

Aż trudno uwierzyć, że od mojej matury mija właśnie rok. Chyba się starzeję... (no tak, za ponad tydzień pierwsze -dzieścia) :P

Owszem, miało być o maturze, mojej licealnej klasie, ale zupełnie nie jestem w nastroju wspomnieniowym.

Chwilowo jest mglisto. Po przyjeździe do Wawy muszę złapać oddech, żeby przyzwyczaić się znowu do jakiejś roboty, innego życia. 3 tygodnie w domu zrobiły swoje - było chyba za dobrze. A teraz znowu mam wrażenie, że pewne rzeczy wymykają mi się spod kontroli.

No i ta niejasna przyszłość... No i jakieś takie poczucie niepewności, braku pewnego podłoża. Czy tak będzie w dalszym ciągu?

środa, 4 maja 2011

miałem już tego dość, dlatego...

postanowiłem wtrącić swoje trzy grosze.

Barcelona awansowała do finału, Real odpadł. Było mnóstwo kontrowersji, błędów sędziego, nacisków ze strony jednych i drugich. A teraz w mediach lub komentarzach na forach kwitnie nienawiść, frustracja.

Przykre to. Miały być piękne mecze, a wyszło pomieszanie błota z pomyjami. Mierne aktorzyny z Barcelony (Busquets, Pedro, Mascherano), Realu (Di Maria, Ronaldo), szaleńcze pomysły (Pepe i Pedro), niepotrzebne ustne kretyńskie komentarze (Mourinho), nieudolne, prymitywne riposty (Xavi, Guardiola), niepotrzebna czerwona kartka (Pepe), być może niesłusznie nieuznana bramka (Higuain), rzeźnickie "spacerowanie" po łydkach (Marcelo), wyzwiska na poziomie przedszkola (Busquets, Pedro), zamysł, by wciąż faulować rywala (Adebayor). O czymś zapomniałem? A tak. Dwie piękne akcje Messiego w pierwszym półfinale i przyjemne widowisko w rewanżu. Czyli jednak porażka futbolu.

Krystaliczny wizerunek Barcelony legł w gruzach. Mourinho swymi prowokacjami i haniebnymi oskarżeniami sięgnął dna. A teraz kibice obu klubów (plus pół świata "obiektywnych" kibiców) biją pianę na portalach internetowych, wyliczając, kto ile razy kogo sfaulował, ile decyzji sędziego było na korzyść Barcelony, który to już raz sędzia "wydrukował" wynik dla Barcelony, że znowu Real jest skrzywdzony, albo że gracze Realu powinni kończyć mecze w 8, tylko sędzia bał się ich wyrzucić z boiska, bo znowu byłaby afera na konferencji pomeczowej...

Prawdę mówiąc, jestem już tym wszystkim zmęczony. Nie umiem się nawet za bardzo cieszyć z awansu Barcy do finału LM. Bo jakim kosztem tam awansowali? Awantur, mów o spisku, przepychanek, ogólnej błazenady z obu stron. Kibice z Anglii gardzą Barceloną, życzą połamania nóg aktorzynom z Katalonii, pół świata ma dość sfrustrowanego Mourinho. No piękna reklama futbolu dwóch najlepszych drużyn na świecie. Porque?

Gdyby futbol nie był tak uzależniający, gdybym nie był tak bardzo przywiązany do barw blaugrana, po tych 4 meczach dałbym sobie z tym wszystkim spokój. Ale nie dam rady ;) 28 maja będę równie mocno dopingował Barcę w finale na Wembley. Ale obawiam się, że niesmak pozostanie na długi czas. Omal nie przestałem odczuwać dumy z tego, że jestem kibicem Barcelony. Te 18 dni chyba zmieniło postrzeganie mojego ulubionego klubu. Po prostu jest mi trochę wstyd.

Porque?

P.S. Następny wpis będzie związany z maturami i moją licealną klasą.