Dlaczego? Być może właśnie dziś obserwowaliśmy zmierzch drużyny, która (jak powiedzą serdecznie pozdrawiani przeze mnie hejterzy) "dzięki wydatnej pomocy sędziów" zdobyła w ciągu 3 lat 13 trofeów. Żeby było jasne - nie zgadzam się z tą opinią. Ale hejterzy mają to do siebie, że nie potrafią być obiektywni, a swoje życie napędzają nienawiścią. Najczęściej do tych, którzy są na szczycie. I osobiście uważam, że najlepszą odpowiedzią na złośliwości, docinki hejterów może być prosta - acz szczera - historia małego studenta, niesamowicie rozgoryczonego dzisiejszą postawą swojej ukochanej drużyny Kaczorka.
Wszystko zaczęło się 14 maja 1997 roku podczas transmisji z finału Pucharu Zdobywców Pucharów. W 37 minucie Ronaldo (ten oryginalny, prawdziwy i brazylijski) z rzutu karnego daje Barcelonie prowadzenie - a w konsekwencji zwycięstwo na stadionie w Rotterdamie. To moje pierwsze piłkarskie wspomnienie w życiu. I cieszę się, że jest właśnie związane z nią. Z Dumą Katalonii.
Trzeba również przyznać, że predyspozycje do kibicowania Barcy miałem w rodzinie - zarówno mój brat, jak i dwóch starszych kuzynów (serdecznie was pozdrawiam) byli emocjonalnie związani z Barceloną. Od małego przekonywali mnie, że to właśnie ekipa z Camp Nou posiada swój niepowtarzalny styl, który warto podziwiać i któremu warto być wiernym. Można powiedzieć, że nie miałem wielkiego wyboru. Ale dziś, z perspektywy czasu, wiem, że rzeczywiście Blaugrana ma to "coś". I wiem, co.
Swego czasu twierdziłem, że Barcelona jest moją największą miłością. Ta opinia na przestrzeni lat trochę się zmieniała, ale z pewnością drużyna w czerwono-granatowych strojach zajmuje ważne miejsce w moim sercu. Chciałbym wymienić teraz parę momentów z mojego życia z Barcą, które pamiętam jak wczoraj. Zarówno te dobre, jak i te smutne.
1999 rok - piłkarze cieszący się z mistrzostwa Hiszpanii jeżdżący po murawie samochodem lekarskim.
2000-2002 - lata nieustannych porażek z Realem Madryt.
22.04.2003 - gdy Marcelo Zabaleta, rezerwowy Juventusu, w 114' strzelił gola na Camp Nou i dał awans Juve do półfinału Champions League końcówkę meczu przepłakałem pod stołem w salonie.
25.04.2004 - wspaniałe zwycięstwo na Santiago Bernabeu - po bramce Xaviego na 2-1 zrobiłem taki raban w domu, że rodzice musieli mnie siłą uspokajać...
17.05.2006 - wspaniały urodzinowy prezent (wciąż uważam ten dzień za jeden z najszczęśliwszych w moim życiu) - Barcelona pokonuje Arsenal 2-1 i zdobywa najcenniejsze trofeum w piłkarskim świecie (klubowym) - Ligę Mistrzów. Nie umiem tego opisać słowami. Moment, w którym Belletti strzela zwycięskiego gola to coś magicznego. Niech przemówi sama Barca.
27.05.2009 - piękny mecz. Barcelona - Manchester United 2:0.
29.11.2010 - manita na Camp Nou. Real rozbity, zdemolowany, marzenie każdego Barcelonisty jest faktem. Barca 5, Real 0.
28.05.2011 - w finale Ligi Mistrzów Barcelona demoluje (przyznał to nawet sir Alex Ferguson) MU 3:1.
Kiedyś kibicowanie Barcelonie było czymś wyjątkowym, czasem wbrew logice. Owszem, drużyna posiadała swój niezłomny styl, opierający się na wielu podaniach, konstruowaniu misternych akcji wieńczonych golami. Metoda ta nie zawsze okazywała się skuteczna. Ale człowiek z dumą nosił koszulkę Barcy, bo wszyscy wiedzieli, że jest ona drużyną wyjątkową, niepowtarzalną.
Jak jest dziś? Cóż. Kibiców Dumy Katalonii jest dziś nieporównywanie więcej niż na początku XXI wieku, sukcesów również. Jednak nienawiść do niej przerosła moje wszelkie wyobrażenia. Już dawno nie widziałem tak zbiorowej radości po porażce jednej drużyny. Być może jest to kwestia medialnego hołubienia Barcelony, której nie umieją wytrzymać inni kibice, być może jest to wpływ nieustannego gadania Jose Mourinho o faworyzowaniu Barcy przez sędziów. Być może jest inny powód. I przyznam się, że uważam, że trudniej jest być wiernym kibicem Blaugrana w okresie jej dominacji niż w okresie słabszej gry. Trudniej jest przyjmować drwiny, obelgi, jad płynący z ust hejterów. Tak widocznie musi być.
Kocham Barcelonę. Jest ona bliska mojemu sercu. Ktoś powie, że przesadzam, że traktuję to jak moją religię, że jestem niedojrzały, mam niedobrze ustawione priorytety w życiu. Hm. Jest to możliwe ;) Może czas odpuścić (szczególnie po tak rozczarowującym meczu z Chelsea)? Może powinienem to porzucić, a skupić się na teologii, Panu Bogu? Może czas wydorośleć? Wyrzucić koszulki, pamiątki, archiwalne mecze? Wielu ludzi nie rozumie mojej fascynacji Barceloną i futbolem w ogóle. Ale często nawet nie próbuje jej zrozumieć i uznaje mnie za dziwaka, duże dziecko. Owszem, mam na punkcie Barcelony fioła. Tak jak niektórzy ubóstwiają Liturgię Godzin, Lost'y, mechanikę samochodową, krytykowanie pietystów, U2, Chelsea i Real Madryt.
Piłka nożna to dla mnie coś więcej niż tylko sport. Coś zbliżonego do mistycznego przeżycia. Ale spokojnie -
Drodzy hejterzy - życzę wam, żeby wasze życie nie ograniczało się jedynie do nienawiści. Obyście potrafili również coś/kogoś pokochać i wspominać potem piękne chwile z tym czymś/kimś przeżyte.
Bo dla mnie Barcelona to naprawdę więcej niż klub. I mam nadzieję, że nic tego nie zmieni.
Visca el Barca!