niedziela, 12 października 2014

POLSKA - NIEMCY 2:0!!!

Stadion Narodowy wywołuje w moim życiu wielkie emocje. Tak było we wrześniu 2012 na koncercie Coldplay – o tym więcej tutaj – i wtedy były to emocje przepiękne, niezwykle pozytywne. Potem niecały miesiąc później pojawiłem się na nim jeszcze raz. Przy okazji niesławnego Basenu Narodowego – o tym więcej tutaj – to wspomnienie próbuję wyprzeć z pamięci. 

A w sobotę, 11 października 2014 roku (historyczna data!) pojawiłem się na nim po raz kolejny. Bałem się, że znowu coś nie wyjdzie. Że znowu coś z biletami, bądź też z dachem czy inną ulewą… Gdy już wszedłem na stadion, a wszystko wskazywało na to, iż mecz się odbędzie, pesymizm podpowiadał, że mecz będzie kiepski. Chwała Bogu za to, że skończyło się inaczej. Sam mecz został już wielokrotnie zanalizowany. Wydaje mi się tym samym, iż nie ma konieczności coś więcej nt. samej potyczki pisać. Natomiast mam mnóstwo refleksji dotyczących różnych innych detali. 

Sam klimat Narodowego pełnego kibiców – robi to niesamowite wrażenie. Gdy cały stadion klaszcze, skanduje „Polska!!!”, śpiewa Mazurka Dąbrowskiego… można odczuć niepowtarzalne poczucie wspólnoty. Nieznajomi ludzie wpadający sobie w ramiona po bramkach dla Polaków – bezcenne :) 

Rozgrzewka – pierwszy raz miałem okazję obejrzeć piłkarzy przed meczem. Niemcy ćwiczyli na połowie, która była bliżej naszych miejsc, widziałem jak na dłoni rozgrzewkę Neuera. Co ciekawe, przy imitacji rzutów rożnych trener Neuera razem z nim wyskakiwał do piłki – żeby imitować rywali w trakcie meczu. Do Szczęsnego nikt nie wyskakiwał. Neuer na rozgrzewce bronił wyjątkowo pewnie, praktycznie był nie do pokonania, wyglądał bardzo pewnie. 

Śledzenie meczu – w telewizji sprawa wygląda zupełnie inaczej, są powtórki, zbliżenia etc. Na meczu trzeba się mocno koncentrować, inaczej coś może umknąć. Szczególnie kiedy akcja toczy się pod bramką, która jest po drugiej stronie boiska (siedziałem na łuku). 

Euforia radości – nadal nie mogę uwierzyć w to, co stało się na Narodowym. W trakcie meczu wszystko działo się błyskawicznie. Z akcji z 51. minuty pamiętam długą piłę do Grosickiego, Piszczka zabierającego się do dośrodkowania, fakt, że wstałem z miejsca, któregoś z Polaków sięgającego piłkę i pragnienie, by piłka zatrzepotała w siatce. Ułamek sekundy później skakałem już z radości obok szalejących z euforii pozostałych kibiców. Obawa, że jednak Niemcy okażą się silniejsi – już zdarzało nam się z nimi prowadzić. Sobotni mecz okazał się być jednak wyjątkowy. Tuż przed bramką Mili (nie wiedziałem w pierwszym momencie, iż to był on) zarejestrowałem sytuację, w której jeden z Niemców podawał Polakom piłkę by ci szybciej rozpoczęli grę od rzutu z autu. Pomyślałem – tak im się śpieszy… nie sądziłem, że 15 sekund później będzie już po meczu. Nie mogłem uwierzyć w szczęście, jakie mnie spotyka – a wraz ze mną 57 tysięcy ludzi. Mila strzelił – po raz kolejny mignęło pragnienie by ta piłka zatrzepotała w siatce (to też niesamowite, iż gole Polacy strzelali na bramkę, przy której siedziałem!) – a potem skakanie do góry z radości i obawa, że poleci się na głowę do przednich rzędów (mało miejsca na nogi…). 

Niesamowity wieczór. Ledwo mówiłem, byłem oszołomiony tłumem, emocjami, euforią… ale warto było. Nie marzyłem o zwycięstwie, po cichu liczyłem na remis. Oby we wtorek nasi kopacze powtórzyli tę piękną historię i dali ponownie tę niesamowitą euforię radości, której doświadczyłem w sobotni wieczór.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz