Temat, który tu dzisiaj poruszę nie daje mi spokoju już od dłuższego czasu. Może i niepotrzebnie robię z tego publiczną sprawę, ale zaczyna mnie to męczyć i może spisanie tego tutaj przyniesie jakąś ulgę (jeżeli ktoś poczuje się zgorszony - paru moich znajomych miało lub ma podobne rozterki. Może to ich odrobinę wesprze).
Sporo osób pytało mnie ostatnio, co u mnie. Jak się czuję, jak leci i tego typu standardowe pytania mające rozpocząć konwersację. I za każdym razem miałem problem, co odpowiedzieć. Bo (zgodnie z naszą polską normą zachowań) odpowiadając "w porządku", byłem nieprzekonujący. No ale gdybym odpowiedział, że źle, to bym chyba naruszył jakiś konwenans. I od razu mojemu rozmówcy nasuwają się czarne myśli - choroba? śmierć kogoś w rodzinie? zawód miłosny? myśli samobójcze? i inne. A jak wytłumaczyć fakt, że życie czasem mnie przerasta? Że wiara mnie przerasta? Że czasem nie wiem, w co wierzyć?
Być może zastanawialiście się, czy student teologii, syn księdza, osoba świadomie wierząca może w ogóle mieć jakiekolwiek wątpliwości, gorsze duchowe momenty. Albo się nad tym nie zastanawialiście, bo odpowiedź jest przecież oczywista. NIE!
A tu niespodzianka.
Byłem dzisiaj na wieczorze chwały w Dzięgielowie. (swoją drogą całkiem udanym i pozytywnie spędzonym - szczególnie słowo ks. Wigłasza było inspirujące i interesujące) I jakoś tak miałem trochę czasu, żeby pomyśleć o moim zabagnionym duchowym wnętrzu. Macie momenty, kiedy śpiewając piosenki, zupełnie nie czujecie tego, o czym śpiewacie? Ja mam. Macie momenty, kiedy nie chcecie czytać Biblii, albo się modlić? Ja mam.
Zapewne jest to gorszące, zniechęcające i w ogóle jakaś porażka. Bo chyba mi nie wypada mieć kryzysu. Powinienem być silny. Znajdować pocieszenie w Bożym Słowie i iść z wiarą do przodu. Cóż. Chwilowo nie potrafię.
Zastanawiam się, czego to kwestia. Nie mam żadnych poważnych problemów, moje życie nie należy do skomplikowanych, trudnych. Wręcz ktoś mógłby mi zarzucić niewdzięczność, próżność, głupotę (lub zapędy do bycia pępkiem świata). A jednak coś jest nie tak. Coś nie funkcjonuje tak, jak należy. Brakuje mi motywacji/chęci/pomysłu/odwagi/pokory (nieodpowiednie skreślić) na to, żeby pójść do przodu a nie stać w miejscu i non stop rozczulać się nad sobą.
Zamiast tego, zadaję sobie pytania:
- Boże, istniejesz?
- Stworzyłeś świat czy to może jednak ewolucja?
- Jak mam podchodzić do Twojego Słowa? Literalnie czy tylko i wyłącznie metaforycznie, naginając je do potrzeb czasów współczesnych?
- Naprawdę Twoja wola jest najlepsza i zawsze dobra dla mnie? A jeżeli tak, to czemu tak wiele rzeczy boli i rani?
- Czy wiara jest darem? Czy mamy jakiś wpływ na nasze zbawienie, czy raczej jest to semi-pelagianizm i powinniśmy spłonąć na stosie?
- Czemu nie możesz mnie namacalnie dotknąć, sprawić, że cię poczuję?
- Czemu wątpię?
- O co tak naprawdę chodzi?
Wiecie, śpiewaliśmy dzisiaj taką pieśń, którą kojarzę jeszcze ze szkółek niedzielnych w Wiśle Centrum. "Wiem, że Jezus kocha mnie, słowom Biblii wierzyć chcę, mali ludzie Jego są, a w słabości silny On". Bardzo ją lubię, mam do niej wielki sentyment. I w trakcie jej śpiewania pomyślałem sobie - "Panie Boże, chciałbym wierzyć tak naiwnie, jak dziecko (no tak, ale czy właśnie to miałeś na myśli, mówiąc, że trzeba wierzyć jak dziecko? Może trzeba to jakoś inaczej zinterpretować, bo w greckim oryginale użyte jest jakieś inne słowo?). Brakuje mi takiej wiary. Przyjmowania wszystkiego bez wątpliwości, w całkowitej ufności. Nie bojąc się niczego, po prostu iść w Twoje otwarte ramiona". Jestem teraz właśnie takim małym człowieczkiem. Małym kaczorkiem, który za 2 tygodnie ruszy znowu do wielkiego miasta. I co wtedy?
Boję się. Bo przecież muszę być silny. Świadczyć innym o Bogu. Być wartościowym świadectwem. Dzielić się Ewangelią z innymi. A ja jestem mały i zagubiony. Szatan zamotał w moim życiu.
I dlatego, Panie Boże, zdając sobie sprawę, że jestem tylko prochem i cieniem, że wystarczy tylko podmuch i już mnie nie ma, starając się stać przed Tobą w pokorze, proszę Cię, abyś mi pomógł. Potrzebuję Twojego czegoś. Nie chcę, żeby brzmiało to jak jakieś wyzwanie - "skoro istniejesz, to to udowodnij i pokaż, że rzeczywiście szykujesz dla mnie coś wspaniałego!". Potrzebuję Cię. Nie chcę dłużej błądzić. Chcę być szczęśliwy. Nie chcę czuć się samotny. Przywróć mnie do normalności. No bo kto, jeżeli nie Ty?
Pomóż. I want to find that what I'm looking for. Help me.