Pozwolę sobie postawić kontrowersyjną opinię: w moim odczuciu pietyzm był (i chyba w sumie jest) największym błogosławieństwem w historii luteranizmu (a co tam se będę żałował, i Kościoła!), będąc jednocześnie największym jego przekleństwem.
Gdy w 1675 roku Jakub Filip Spener pisał swoje "Pia Desideria" (Serdeczne pragnienia), nie przeczuwał, jak GIGANTYCZNY wpływ na Kościół będzie miało jego skromne (niecałe 100 stron) dziełko. Jak to zwykle w historii bywa, przebywający wówczas we Frankfurcie teolog nie chciał zdziałać tego, co się potem podziało. Podobnie jak reformatorzy, nie chciał wzniecać rewolucji, nie chciał tworzyć podziałów, nie śnił pewnie nawet o skutkach, jakie wywoła.
W największym możliwym skrócie Pia Desideria (6 głównych postulatów Spenera) można podsumować tak: była to reakcja na skostnienie duchowe Ortodoksji (mniej więcej od 1580 roku akcentuje się praworządność, ścisłe trzymanie się tradycji wywodzącej się z Reformacji, sformalizowanie przepisów religijnych etc.). Taki był cel działań Spenera. Tchnąć nieco ducha świeżości, indywidualnego przeżycia religijnego, położenie nacisku na studiowanie Pisma Świętego samemu lub w tzw. konwetyklach (m.in. grupach domowych). Ważnym motywem była również osobista modlitwa, edukacja najuboższych, próby ewangelizacji ludzi niewierzących, podkreślenie nowego, nawróconego życia i akcentowanie bardzo moralnego, niezwykle pobożnego życia, które nie tylko jest aktywne w głoszeniu - mówieniu, ale przede wszystkim jest aktywne w działaniu.
Ogólnie rzecz biorąc - takie postulaty wydają się bez zarzutu. I takimi też są. Taki miał być pietyzm w swoim założeniu. I takie założenie, które akcentuje indywidualność, relację człowieka ze swoim Stwórcą ale też bardzo mocno dowartościowuje znajomość teologii, dogłębne studiowanie Pisma, w którym zachodzi równowaga między fides qua (czyli właśnie tą indywidualną wiarą - uczuciem, zaufaniem) a fides quae (wiarą jako wiedzą, pewnymi poglądami, które mają podparcie w Piśmie, poglądach Ojców Kościoła itd.) jest dla mnie wielkim błogosławieństwem i wspaniałym dziedzictwem Jakuba Spenera. To jest dla mnie rdzenny pietyzm, którego próbuję się trzymać, z którym się utożsamiam.
Natomiast to, co zrobili z nim następcy Spenera... Doszło do tego, że po napisaniu swojego dzieła Spener już do śmierci musiał walczyć na pióra z tymi, którzy zbyt radykalnie zrozumieli jego przesłanie. Tak radykalnie, że zacny Jakub Filip był zmuszony do tego, by stwierdzać, iż on pietystą nie jest i że on nie jest twórcą tego, co ukształtowało się m.in.
Słów kilka o wyżej wspomnianym pietyzmie Franckego i Zinzendorfa. Przejęli oni ideę Spenera i ją podrasowali. Jak? Motyw konwetykli był dla nich niezwykle istotny, tak że stały się one kościółkami w Kościele, które czasem nie potrzebowały nawet społeczności z pozostałymi wierzącymi podczas niedzielnych nabożeństw. Zaczęto bardzo mocno podkreślać nawrócenie, jako moment decyzji pójścia za Jezusem - tak mocno, iż liczył się nawet termin (rok, miesiąc, dzień, czasem nawet godzina), kiedy dany osobnik powiedział Bogu "tak". Ta decyzyjność do dziś jest kluczem w rozumieniu pietyzmu - "to była moja decyzja, nawróciłem się" - podkreślenie celowe. A skoro mowa o nawróceniu, to musi być też mowa o tych nienawróconych. No właśnie - tu zaczyna się problem. Nawróceni, przekonani o tym, iż zostali raz na zawsze przez Boga oczyszczeni, mają z nim teraz wyjątkową relację, zaczęli energicznie ewangelizować tych, którzy w ich mniemaniu nie byli jeszcze nawróceni. Gdy ich działanie nie przynosiło skutku, zaczęli na nich patrzeć z niechęcią, czasem wręcz nienawiścią. Dochodziło w Halle (we Frankfurcie chyba też...) do takich sytuacji, gdy podczas Komunii pół zboru wychodziło z kościoła "bo oni nie będą uczestniczyć w Komunii z tymi grzesznikami". Idąc dalej - twierdzili, że skoro są nawróceni, to nie potrzebują często przystępować do Stołu Pańskiego, bo tego potrzebują przede wszystkim ci nienawróceni. W późniejszym czasie ewoluowało to w stronę sytuacji, gdy pietysta uczestniczył w Wieczerzy Pańskiej cztery razy do roku, więcej przecież nie potrzebował.
Zaczęło się ocenianie, zabawa w Pana Boga, atakowanie tych, którzy pili alkohol (i nie chodzi tu o bycie pijakiem) - nie wiedzieć dlaczego jedynym słusznym stanem była całkowita abstynencja. Ci, którzy pili piwo lub wino, zasługiwali na miano grzeszników. Pojawiła się nowy typ pobożności, który potrafił przeradzać się również momentami w ekstatyczny mistycyzm, namacalne (zmysłowe, dotykowe) odczuwanie Jezusa Chrystusa przez niektórych pietystów. Zaczęła się troska o moralny, uduchowiony żywot członków zboru, wspólnoty, danego konwetyklu - napominanie, a czasem nawet jeżdżenie po kimś jak po burej kobyle było na porządku dziennym. Podziały nawróceni/nienawróceni, ocenianie ludzi, troska o bliźniego przeradzająca się w szykany - to dla mnie mimo wszystko przekleństwo związane z pietyzmem.
Nie umiem jednoznacznie ocenić pietyzmu. Zbyt szerokie jest to pojęcie, zbyt wiele można mu przypisać. Z pewnością jeszcze nie raz odniosę się do niego na blogu, dziś tylko pewne historyczne tło dla moich zainteresowań. Z góry przepraszam za wszelką generalizację, uproszczenia, braki w opisach. Prezentowana wizja jest moim subiektywnym odbiorem pietyzmu, który w żadnym stopniu nie rości sobie praw "naukowego opisu zjawiska pietyzmu". Tym zajmują się fachowcy (polecam wstęp do Pia Desideria - kapitalny!), jako kaczorek - mały student koncentruję się na tym, co mnie bezpośrednio porusza i intryguje.