Urywek - bo ileż można zobaczyć w 16 godzin? Ktoś powie - dużo. I owszem, w moim odczuciu zwiedziliśmy całkiem sporo. Ale i tak to tylko mały wycinek austriackiej stolicy.
Już sama podróż dała nam w kość. Połączenie Katowice-Wiedeń Polskim Busem jest naprawdę wypaśne, szczególnie że udało nam się wyhaczyć nie najdroższe bilety. Tyle że siadłem akurat w takim miejscu, gdzie było mało miejsca na nogi. Więc co jakiś czas łapały mnie skurcze (?), co mocno utrudniało podróż. Daliśmy jednak radę.
Tyle że Wiedeń przywitał nas deszczem, który z minuty na minutę przybierał na sile. Ale w sumie deszcz to nie koniec świata - pomyśleliśmy i ruszyliśmy metrem (tam mają 6 linii!! Warszawo - bierz i się ucz!) do ogrodów Schoenbrunnu, letniej rezydencji Habsburgów. Pałac jak pałac, największe wrażenie zrobiła na mnie Glorietta i widok z niej na Wiedeń. Mimo deszczu - kapitalne miejsce i świetna panorama. Do Schoenbrunnu nie wszedłem, bo ruszyliśmy dalej - do Muzeum Historii Wojskowości.
Niecałe 3 godziny w przepięknym (pod względem wnętrza) budynku przedstawiającym militaria od wojny trzydziestoletniej do II Wojny Światowej. Mimo iż nie jestem wielkim fanem broni, kilka elementów zrobiło na mnie spore wrażenie - ekwipunek turecki, szaty księcia Eugena, malowidła dotyczące odsieczy wiedeńskiej, gigantyczne popiersie Napoleona. Niemniej jednak największym przeżyciem było zobaczenie na własne oczy samochodu, w którym został zastrzelony następca tronu arcyksiążę Franciszek Ferdynand wraz z żoną Zofią, zakrwawiony mundur arcyksięcia ze śladami po kulach oraz pistolet, którym został zabity. Takie coś zapada w pamięć. Podobnie jak haftowana poduszka z czasów Anschlussu, na której widnieje piękny napis otoczony kwiatkami "Heil Hitler".
Muzeum zajęło nam dłużej niż planowaliśmy, więc dosyć szybko zwijaliśmy się w okolice katedry św. Szczepana, ale wskutek naszej pomyłki odnoszącej się do godzin otwarcia nie udało nam się do niej wejść. Cóż. Może innym razem :P Stamtąd już niedaleko do krypty, która skrywa szczątki cesarzy, cesarzowych, ich dzieci - wszystkie umieszczone w ozdobnych trumnach bądź gigantycznych sarkofagach. Największym zainteresowaniem (widocznym po ilości kwiatków położonych w okolicach trumien) cieszyły się miejsca pochówku cesarza Maksymiliana (rozstrzelanego w Meksyku w 1867 roku), cesarzowej Sisi (zasztyletowanej w 1898 roku) oraz cesarza Franza Josepha I (zmarłego w 1916 roku).
Po krypcie nadszedł czas na (chyba największą) atrakcję - Hofburg - główną rezydencję cesarską. Począwszy od skarbca, staraliśmy się intensywnie go zwiedzić. Skarbiec skrywał przechowywane klejnoty koronne Czech, Niemiec, Austrii, Węgier, a także mnóstwo relikwii, ozdobnych szat i innych niezwykle kosztownych detali. Od ilości złota mogło się w głowie zakręcić. Potem przyszedł czas na samą rezydencję. Pierwsza część ekspozycji to masa różnego typu zastawy stołowej. Nuuuuuda. To z Francji, to przejęte od Napoleona, to wykonał jakiś Czech, to na koronację cesarza, to w prezencie ślubnym. Ci to mieli kasy... na szczęście niedługo później weszliśmy do sal przedstawiających postać cesarzowej Sisi - i tu w sumie doszło do demitologizacji tej jakże uwielbianej postaci. Okazało się, że medialny obraz Elżbiety Bawarskiej został polukrowany po jej śmierci. Za życia była samotniczką, unikała Wiednia, bardzo dużo podróżowała. Tylko z jedną córką łączyła ją bliższa relacja, z pozostałą dwójką nie utrzymywała zbyt zażyłych kontaktów. Została zasztyletowana przez włoskiego fanatyka. Ostatnia część to apartamenty cesarskie - fajnie było zobaczyć w jakich warunkach mieszkali Habsburgowie. No, mieli wypas, nie ma co. Co ciekawe, cesarz Franciszek Józef pracował 16 godzin dziennie, był pracoholikiem - co w owych czasach nie często się zdarzało.
Po Hofburgu przerwa w parku, po której zrealizowało się moje ciche zamierzenie - moi kompani przystali na to, żeby podjechać pod stadion Ernsta Happela. Tam w 1995 roku Ajax pokonał Milan w finale Ligi Mistrzów, tam zremisowaliśmy z Austrią na Euro po kontrowersyjnych decyzjach Howarda Webba. Stadion nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia, ale sam fakt że mogłem pod nim się pojawić - super :)
Stadion położony jest na terenie olbrzymiego parku - Prateru, znanego najbardziej z wesołego miasteczka i diabelskiego młyna, skąd rozpościera się widok na cały Wiedeń. Jest tam od groma szybkich kolejek, domów strachów i innych rzeczy typowych dla wesołego miasteczka. Nie skorzystaliśmy z tych atrakcji, ale już sam widok robił wrażenie.
Wiedeń zrobił na mnie wrażenie. Może nie tak wielkie, jak oczekiwałem, ale na pewno zapadł mi w pamięć. Co więcej - chcę tam wrócić. Mimo iż zwiedziliśmy sporo, nie udało nam się zrealizować kilku planów, więc już teraz planujemy rewizytę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Niemniej jednak - austriacką stolicę polecam wszystkim, którzy chcą spędzić wyjątkowy czas :)