poniedziałek, 13 sierpnia 2012

best man

Wpis inspirowany końcówką 12. odcinka 6. sezonu "Jak poznałem waszą matkę".

Byliście kiedyś w sytuacji, kiedy sporo myśleliście o swoim życiu, o decyzjach, które podjęliście/których nie podjęliście?
Rozważaliście kiedyś hipotetyczny powrót do przeszłości i pójście inną drogą?
Zadawaliście sobie pytanie "co ja tu w ogóle robię?"?

Dużo ostatnio myślę. Myślcie sobie co chcecie, ale wiele cennych refleksji, które pojawiło się w mojej głowie było wywołanych intensywnym oglądaniem "Jak poznałem waszą matkę". Fajnie byłoby kiedyś zebrać najbardziej wyjątkowe dla mnie momenty w jednym wpisie... (np. Barney mówiący o Jezusie jako założycielu "Zasady trzech dni", kostka żony Teda, "Suit-jamas", the Leap i kilka innych), ale nie o tym mowa. Są odcinki, w których puenta daje kopa do myślenia, konfrontuje z własnym życiem.

W ostatnim czasie kilka razy zadano mi pytanie: co sprawiło, że poszedłeś na teologię? Parę razy tytułowano mnie księdzem. Czwartą niedzielę pod rząd wchodziłem na ambonę, by zwiastować (lub tłumaczyć z angielskiego) Słowo Boże. Moje rozmowy w zdecydowanej większości dotyczą spraw kościelno-parafialnych. Od października wracam na studia, gdzie trzeci rok będę zagłębiał się w teologiczne niuanse. A przy tym nie przestanę przecież być synem księdza.

Efektem motyla, dzisiejszego popołudnia intensywnie zacząłem zastanawiać się, do czego wszystko to prowadzi. Nie, nie oznacza to, że w momencie wyboru studiów nie zdawałem sobie sprawy, na co ewentualnie się piszę. Nie chodzi o to, że mam jakieś wątpliwości. Nie próbuję tu sugerować, że zdałem na drugi kierunek i rzucam to, co robiłem do tej pory. Ale myślę, że w życiu każdego człowieka pojawia się moment, gdy pytamy samych siebie: czy jestem na dobrej drodze? Czy jestem we właściwym miejscu, dążąc do tego, co dla mnie najlepsze? Czy jestem tym, kim chcę być? Czy dążę, by robić to, co daje/da mi w przyszłości satysfakcję?

Nie brakowało oczywiście również mniej poważnych myśli.
Czy to, że większość moich znajomych hajta się/zaręczyło się/chodzi ze sobą i myśli o ślubie, powinno mnie, singla, zaalarmować, zaniepokoić?
Czy to, że niektórzy moi znajomi (nie z piątego roku) mają już tematy swoich przyszłych prac magisterskich powinno mną zdrowo wstrząsnąć?
Czy to, że ludzie dookoła mnie biorą drugi kierunek, czyni ze mnie lesera, który idzie na łatwiznę i studiuje tylko na jednym?
Gdzie widzę siebie za 5 lat? Jakiego siebie widzę za 5 lat?

Dokonałem też pewnego odkrycia. Jak już wspomniałem, ostatnio zdarza mi się częściej stawać na ambonie. Nie wiem, czy wiecie jak to jest, w każdym razie zawsze wywołuje to we mnie bardzo silne emocje. Przed każdym kazaniem modlę się o to, by Bóg działał i używał mnie jako narzędzia, nic ponadto. Wiecie, czasem piszę kazanie, które już w trakcie pisania mnie porywa, niesamowicie mi się podoba, czuję, że jest w nim moc. Takie próżne, kretyńskie myśli małego studenta, który walczy z pychą. Ale zdarzają się też fragmenty, których nijak nie da się przejść. Po prostu stoi jak ość w gardle i nie ruszy w górę ani w dół. Tak miałem też przy okazji ostatniej niedzieli. Kiedy skończyłem pisać kazanie, byłem w 100% pewien, że jest po prostu beznadziejne. Zupełnie nie czułem się do niego przekonany. Więc kiedy modliłem się tuż przed zwiastowaniem, moja modlitwa była banalnie prosta: Panie Boże, Ty widzisz, jak zupełnie nie czuję tego, co mam zaraz powiedzieć. Ty mnie znasz, widzisz cały mój syf, widzisz, że jestem niegodny by głosić Twoje słowo. Ale jesteś Bogiem cudów, więc po prostu działaj. Zbuduj tych ludzi i zbuduj mnie. I pod koniec kazania w spojrzeniu jednej pani dostrzegłem (tak mi się wydaje), że Bóg zadziałał. Sobie tylko znanym sposobem. Ale to nie koniec. Wróciłem do mieszkania. I zrozumiałem (po raz kolejny), że spoczywała (i ciągle spoczywa!) na mnie wielka odpowiedzialność. Wiecie, zwiastowanie to nie taka prosta sprawa, to nie takie hop siup, to nie jest tylko kwestia egzegezy, a potem umiejętnego wygłoszenia/przeczytania tego, co się napisało. Szczególnie wtedy, kiedy chcemy zachęcić słuchaczy do tego, by trzymali się tego, co my mówiliśmy. Mam wrażenie, że ci, którzy przychodzą do kościoła, chcą usłyszeć coś wartościowego. Coś, co ich posili, pokrzepi, doda sił czy też poruszy ich serce (może i jestem naiwnym idealistą, ale naprawdę wierzę, że ci, którzy przychodzą, nie przychodzą tylko ze względu na tradycję). Przychodzą i liczą na to, że ty, kaznodzieja, dasz im to.

A co jeśli ja nie wiem, co powiedzieć? Dodam, że raczej nie podzielam zdania, żeby wtedy "lecieć z Ducha". W mojej opinii kaznodzieja powinien być dobrze przygotowany do tego, co ma zrobić. Ale co, gdy sam ma problem? Gdy nie rozumie tekstu, który jest wyznaczony? Gdy przeżywa trudności? Jak ten, który cierpi, może pomóc innym cierpiącym? Jak ten, który szuka swojego miejsca w życiu, ma pomóc innym go odnaleźć? Jak ten, który sam ma problem z regularnym czytaniem Biblii (bo coraz częściej mi się wydaje, że Boże Słowo to kerygmat - zwiastowanie, a nie sama Biblia ;)), ma zachęcać do tego innych?

Jak? Hm. W moim odczuciu powinien starać się być autentycznym, szczerym. Nie jest powiedziane, że ksiądz musi mieć pigułki na każdą chorobę, każdy problem. A może jednak powinien mieć? Widzicie, zauważyłem problem. Problem, który jest moim udziałem. Otóż - co ze zwiastującym? Owieczkami ma się kto zająć - jest przecież ksiądz, czyli zwiastujący, jest rada parafialna, lider młodzieży. No ale kto pomoże księdzu? Kto pomoże kaznodziei, kiedy ten ma gorszy moment. Zaraz, chwila, ale to ksiądz w ogóle może takowy mieć? No ok, ksiądz może i tak, bo wiele przeżył, z wieloma ludźmi pracował i wie, jak to jest. Ale żeby student teologii miał tego typu problem? No chyba musi być jakiś słaby psychicznie lub po prostu nie nadaje się do bycia duchownym. Prawda?

To jest moje odkrycie: zwiastujący też mają swoje kryzysy. Nie mają weny na kazanie, pokłócili się z żoną, są zranieni przez parafianina, ich relacja z Bogiem stoi w miejscu. I co wtedy?

I tu dochodzimy do tytułowego best mana. W odcinku, który przywołałem na początku, Ted ochrzania swoich przyjaciół za to, że zamiast zrobić to co powinni, zrobili totalną tego odwrotność (Robin przyjęła tandetną pracę, Barney zaczął szczodrze innym pomagać, ale w trakcie się rozmyślił, a Lily i Marshall stwierdzili, że jednak nie są gotowi na dziecko i postanowili znowu wieść szalone życie) i odsyła ich, by zmienili swoje postępowanie, wskazuje im właściwą drogę (Robin przyjmuje inną, bardziej wartościową pracę, Barney ofiarowuje swoje garnitury dla fundacji dobroczynnej, a Lily i Marshall uświadamiają sobie, że są jednak gotowi i chcą mieć dziecko). W końcowej scenie Robin mówi do Teda "Fajnie, że to zrobiłeś. Wszystkim było to potrzebne, zwróciłeś nas w dobrym kierunku". Prosi go potem o to, by (o ile to kiedykolwiek nastąpi) był świadkiem na jej ślubie - z ang. best man'em.

Może czasem zwiastujący jest takim best man'em - wskazuje ludziom dobry, Boży kierunek. Ale przecież jemu też ktoś musi wskazać drogę, prawda? Ale kto?