sobota, 1 lutego 2014

more than fine

Zauważam, że im więcej się dzieje, tym mniej piszę. Dziwi mnie to - bo materiału do opisywania mam całkiem sporo. Wygląda na to, iż to po prostu brak czasu (bądź też umiejętnego jego rozplanowania) bierze górę. No nic. Czas na drugi wpis w tym 2014 roku - póki co bardzo dobrym roku.

Kilka myśli dotyczących minionego semestru i sesji: czasem pisanie kazania przypomina proces twórczy Mozarta (myśli przychodzą niemal automatycznie, słów jest tyle ile ma być, czuje się moc, spływającą niebiańską łaskę), a czasem udziela się nastrój Salieriego (brakuje pomysłu, nie da się połączyć słów w jedną całość, nie jest to przyjemne, człowiek zmaga się z tekstem i brakiem własnej inwencji. A wychodząc na ambonę nieustannie powtarza: "Boże, to jest totalna chała. Dałem ciała. Dopomóż, prowadź swe Słowo mocniej niż zwykle, uczyń te marne wypociny swym przesłaniem"). W trakcie tego semestru przeżyłem i jedno, i drugie. Dodatkowo przekonałem się, iż nie zawsze da się odpowiedzieć na wszystkie swoje pytania dotyczące tekstu kazalnego. Czasem zostawia się wątpliwości, stawia się pytania bez odpowiedzi. Bo kaznodzieja nie ma monopolu na prawdę. Sam zmaga się z Pismem Świętym. I sam oczekuje na pracę Ducha Świętego, po raz kolejny pokornie przyznając "nie pozjadałem wszystkich rozumów, nie byłem w stanie satysfakcjonująco zinterpretować tego fragmentu...".

Czasem dziedziny, które napawają niepokojem bądź niezrozumieniem (w moim przypadku filozofia religii) okazują się w bliskim spotkaniu czymś niezwykle inspirującym. Spojrzenie na religię z dystansem potrafi wiele rzeczy uświadomić. A gdy przekonuje się, iż religia to istotnie poczucie bezwarunkowej zależności od transcendentnego (czyli pochodzącego nie z tego świata, całkowicie innego od nas, pozaświatowego) Boga, nabywa pokory i zbożnego lęku przed Jego świętym majestatem. Ale kiedy okazuje się, iż ten odległy, święty, doskonały Bóg z własnej woli przemawia do człowieka, chce, by ten doświadczył Jego obecności, doznał Jego objawienia, ujrzał życiową moc bezgranicznego poświęcenia Jezusa Chrystusa - poczucie zależności przeradza się we wdzięczność oraz tęsknotę do przeżywania stanu bliskości, stanu bycia w Bożych bezpiecznych ramionach. Wiara w Boga jest czymś irracjonalnym - to oczywiste. Ale w moim odczuciu to właśnie ta irracjonalna wiara daje oparcie człowiekowi zarówno w dobrych, jak i złych chwilach. Inne systemy filozoficzne powstają, upadają, na chwilę rozjaśniają wątpliwości, by potem znów nie satysfakcjonować. Wierzę, że uniwersalne przesłanie chrześcijaństwa, niezmienne od 2000 lat mimo tego, iż nie da się naukowo udowodnić jego prawdziwości, potrafi postawić fundament pod nogami słabego, uwikłanego w swą egzystencję, człowieka.

Po raz kolejny przekonałem się, iż warto poświęcić czas na lekturę książek, skryptów, warto siedzieć na łóżku i w milczeniu wczytywać się w kolejne opisy poszczególnych wyznań chrześcijańskich, poglądy danych filozofów - warto w siebie inwestować, warto szukać impulsów, które mogą być motywacją i inspiracją dla własnych przemyśleń, wskazówką w duchowej drodze. Wierzę, iż poprzez te informacje Bóg również potrafi przemawiać do ludzi. Fajnie, że potem o tej wiedzy można z wykładowcami i kolegami wartościowo i treściwie dyskutować. Fajnie, że ta wiedza zostaje na tyle, żeby potem z egzaminu wyjść z satysfakcjonującą oceną ;)

Cieszę się, iż tą radością mogę dzielić się z innymi. Jestem im wdzięczny, że wspierają mnie modlitwami i ciepłymi słowami. To ważne, dodatkowo napędza, kolejny pozytywny bodziec do nauki.

Jest dobrze. A nawet więcej niż dobrze :)

P.S. Muzyka po raz kolejny okazała się bardzo inspirująca. Pod jej wpływem mam już kilka pomysłów na kazania przy okazji świąt wielkanocnych...