poniedziałek, 29 października 2012

wszystko płynie:

- czas. Ta refleksja bierze się stąd, że moi rodzice obchodzą dziś 35. rocznicę ślubu. Właśnie mi zasugerowano, że zachowałem się jak wyrodny syn, bo nie złożyłem im życzeń. I w tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy w takich okazjach składać życzenia czy po prostu w milczeniu nie brać przykładu (i to będą najlepsze życzenia)? Nadal się kochają, nadal się wspierają, wychowali trójkę (chyba w miarę ok) dzieci. Nic tylko pokiwać z uznaniem głową i brać przykład.

- życie. Ostatnio dni płyną mi bardzo szybko. Przyjazd do domu, zamieszanie związane z autem, zastępstwo w Nowym Sączu, dzisiejsza wyprawa do kina - życie pędzi. Nieustannie do przodu, a chwil by się zatrzymać naprawdę niewiele.

- pamięć. Uświadamiam sobie (szczególnie przez ostatni okres), że pewne rzeczy, które zostały mi w pamięci z wcześniejszych czasów, zupełnie nie odzwierciedlają rzeczywistości obecnej. Coś było wyższe, lepsze, ciekawsze, przytłaczające, inne. A teraz? Nie poznaję własnych obrazów z przeszłości.

- Bond. W moim odczuciu on też się zmienił. Nie pamiętam tych z Connerym, Moorem, Daltonem (może i mea culpa), za to doskonale wyryły się w pamięci te z Brosnanem i Craigiem. I przyznam, że Bond ("Skyfall") się zmienił. To nie jest już to kino, które było w poprzednich dziełach. Nie ma tu Bonda "rozrywkowego", dżentelmena w iście brytyjskim stylu. Bond stał się bardziej ludzki, realistyczny. I wcale nie odbieram tego jako wady. Dla mnie, osoby, która bardzo ceni realizm tworzenia postaci w kinie - jest to zmiana niezwykle owocna. Ale sentyment do Bonda - Brosnana pozostał ;) Bond przestał być kinem typowo rozrywkowym, dostarczającym wrażeń efektownych, zaczyna być kinem bardziej psychologizującym, kinem obrazującym człowiekowi dobitność zepsucia świata. Wcześniej przestępcy byli dla mnie nieco z kosmosu, jakby mało uchwytni w rzeczywistości. Obecny rywal Bonda przygnębia mnie, gdyż bierze się za działkę, która dotyczy w sumie każdego człowieka. "Skyfall" jest naprawdę świetny, ale inny od Bonda, który utkwił mi w pamięci. Może czas wyrzucić tę lekką impresję nienagannego, zawsze zadbanego, pięknego Bonda, który od czasu do czasu obije komuś twarz?



sobota, 20 października 2012

c'est la vie

I znowu co chwilę piszę na blogu - to dowód na to, że tempo funkcjonowania w Warszawie nieco zwolniło. Przynajmniej takie mam wrażenie, mam ostatnio sporo czasu dla siebie.

Więcej czasu dla siebie w moim przypadku oznacza więcej czasu na myślenie. A jako że ostatnio natrafiłem na spore ilości Kuby Badacha, to myśląc, słucham Poluzjantów i "Obecnego". Co i wam polecam ;) Więc dzisiaj skorzystam z kilku fragmentów piosenek przez niego wykonywanych, przy okazji podając motywy, które mi ostatnio towarzyszą.

Tęsknota. 
Nieznany jest odległy brzeg
Granice w nas
Nie kończy się tęsknota co dzień w kosmosie ciał

Gotowość, by zaczekać.
Żyją życiem dawnych gwiazd
Tym wspomnieniem żyje świat
Popatrz w okna starszych miast
Śmiało popatrz w starszą twarz

Pomyśl że oni kochać chcą
Oni kochani też być chcą
Dzisiaj znowu będą tam 
Siwy pan z piękną damą wiodą flirt

(cichsze ostatnio) Największe marzenie.
Kłopoty mam w moll i w dur. 
Potrzeba mi chmur i piór 
by niosły mnie swingu skrzydła, 
by fraza mi nie brzydła. 

Konieczne decyzje.
A ja już nie chcę, nie chcę kusić losu,
wolę własną drogą iść.
Własną drogą iść.

Potrzeba gryzienia się w język, panowania nad cynizmem.
To co nas czyni ludźmi
To nie strój*

Poczucie bycia głupim i zagubionym.
Wieczór chłodzi myśli po dniu
Zadyszanym znów
Gubię się w tym wszystkim od lat
Ślepo naprzód gnam

Próby uchwycenia się nadziei, że gdzieś Ktoś ma nad tym wszystkim kontrolę i kieruje żółtą parasolkę w moją stronę.
Może powiedzieć ktoś, że to banalne dość
Bo jeśli wierzę w coś, to tylko w miłość


* - to z piosenki Grażyny Łobaszewskiej "Już drogę znasz", wyjątek od reguły, reszta to wszystko Badach lub Badach&Łobaszewska.

środa, 17 października 2012

disgrace

Zdjęć tu nie będzie - wszystkie znajdziecie w necie albo i tak już je widzieliście.

Wybaczcie moje rozgoryczenie, ale spróbujcie postawić się w mojej sytuacji - macie 10 minut na to, by podjąć decyzję o pojawieniu się na Stadionie Narodowym na meczu Polska-Anglia. Nigdy nie mieliście okazji być na jakimkolwiek meczu i tu spada wam taka gwiazdka z nieba. Abstrahując od ceny (w końcu raz się żyje) zgodziłem się. Nie było to jakieś wielkie moje marzenie, ale na pewno wielka gratka dla takiego futbolowego fana jakim jestem.

Wczorajszy dzień pokazał, że mój pesymizm jest niesamowicie proroczy i nadawałbym się do szkoły prorockiej np. Daniela. Przed wyjściem gorzko żartowałem ze znajomymi, że znając moje szczęście, to albo się przeziębię, albo mnie okradną (jak przed Polska-Belgia, el. ME 2008), albo pobiją, albo z biletem będzie coś nie tak, albo Polacy dostaną tak sromotnie, że będę żałował, dlaczego w ogóle jestem na stadionie. Stało się jednak inaczej.

Stałem w ulewie pod Stadionem, bo wierzyłem, że będzie warto. Moje ciuchy suszą się już 10 godzin i ciągle są mokre. Wchodziłem mokrzuteńki na stadion (wodę z ubrań dało się wyciskać), z wiarą że warto. Już miałem dzwonić do najbliższych, żeby pochwalić się, gdzie jestem, gdy przyszła hiobowa wieść - meczu może nie być.

Patrząc na kałuże w bramce i przy wejściu na boisko (które z mojego miejsca były doskonale widoczne) - nie było szans, by mecz wczoraj został rozegrany. Posiedzieliśmy, ponarzekaliśmy, pośpiewaliśmy i pokrzyczeliśmy parę haseł w stronę organizatorów. Były momenty euforii (kiedy piłka odbijała się na środku boiska), były momenty zachwytu (kiedy dopingowaliśmy odważnych, którzy biegali po murawie, a do tej pory nudzący się techniczni próbowali ich gonić i lądowali z twarzami w wodzie), były momenty wściekłości (kiedy sędzia rzucał piłkę SPECJALNIE tam, gdzie było mnóstwo wody. Przecież były miejsca na murawie, gdzie było sucho! Czemu tam nie rzucał?), momenty, gdy odczuwaliśmy zbiorowy wstyd (o dziwo, nie za piłkarzy, ale za organizatorów). Praktycznie przerobiliśmy emocje typowe dla meczu. Poza tym, że mecz się nie odbył.

Chyba nie mam szczęścia do meczów naszej reprezentacji. To było podejście nr 2, podejście znowu nieudane. Czy kiedykolwiek zdecyduję się na podejście nr 3? Może. Ale już na pewno nie dzisiaj. Niemniej jednak, kiedy ludzie będą pytać - gdzie byłeś kiedy nasz kraj najadł się wstydu na cały świat, 16.10.2012? - to będę odpowiadał - na Stadionie.

Z tego miejsca pozdrawiam cię, Wojtku, i dziękuję, że mogliśmy się wczoraj spotkać. Szkoda, że okoliczności sprawiły, że nie było to spotkanie, o jakim marzyliśmy.

PS. Swoją drogą, DJ na Narodowym miał wyczucie, żeby w trakcie oczekiwania na decyzję w sprawie meczu puszczać "Every teardrop is a waterfall"...

wtorek, 16 października 2012

lasowickie rekolekcje

Droga i dłoń.
O tym dyskutowaliśmy.

Zimno. Bloody cold.
To odczuwaliśmy.

Scenki.
Te przedstawialiśmy.

Rozmowy.
Te z sobą prowadziliśmy.

Poker.
W niego grywaliśmy.

Śmiech i żarty.
Tego się trzymaliśmy.

Patrzeć w siebie.
Sporo tego robiliśmy.

Postacie z Biblii.
Tym się przyglądaliśmy.

Fajnie było. Mogłem więcej pogadać z osobami, które dopiero poznaję, mogłem dowiedzieć się o nich wielu ciekawych rzeczy. Mogłem pomyśleć też więcej o sobie. Myślę, że tego potrzebowałem. Choć pojawiły się też rzeczy, które mnie rozczarowały, zniechęciły. No ale nobody's perfect. Mimo to, mam wrażenie, że było to dobre rozpoczęcie roku akademickiego. Oby jeszcze udało nam się w takim gronie gdzieś pojechać.

No i puenta. Chodzi mi to ciągle po głowie.

A na razie, na razie,
zostaw mi choć parę głupich marzeń,
nie odbieraj mi ostatnich złudzeń,
może jeszcze będą ze mnie ludzie?
A na razie, na razie,
spraw wiatrakom jakiekolwiek twarze,
daj tej walce odrobinę sensu,
o nic więcej Cię nie proszę, 
o nic więcej.


piątek, 12 października 2012

this is the real world - Liestrong


Był kimś w rodzaju mojego sportowego idola. Przeczytałem kilka razy od deski do deski jego dwie książki, w których opisywał swoją walkę z rakiem, powrót do sportu a potem swoje wielkie sukcesy. "Towarzyszyłem mu" w problemach małżeńskich, szanowałem to, że z lekką pogardą wypowiadał się o swojej wierzącej żonie. Ceniłem go za precyzyjne opisy od kuchni Tour de France. Sprawił, że tenże wyścig stał się czymś ważnym w moim życiu, co roku starałem się uważnie śledzić rywalizację w Alpach i Pirenejach. Dzięki niemu znam Alpe d'Huez, Galibier, Tourmalet. Poprzez niego miałem okazję spędzić sporo czasu oglądając Eurosport i słuchając wybitnych komentatorów - Tomasza Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego. Armstrong sprawił, że tak niesamowicie nudny sport jak kolarstwo potrafiło mnie zainteresować.

 (zdj. guardian.co.uk)

A teraz co?

Jego legenda upada. Proces dopingu - wieloletniego... - staje się faktem, nie tylko zarzutami zazdrosnych ludzi, frustratów, którzy zostali na nim przyłapani i tego samego życzą Armstrongowi. Wygląda na to, że była to wielka machina, która oszukała cały kolarski świat, bo przecież raczej do roku 2005 tylko nieliczni wierzyli w winę Amerykanina. Większość stała za nim murem i podziwiała wielki, niesamowity powrót do sportu i wielkie zwycięstwa. Dziś wydaje się, że była to wielka mistyfikacja.

A ja czuję się oszukany. Z dumą nosiłem żółtą opaskę "Livestrong" - fundacji Lance'a walczącej z rakiem. Teraz mam ochotę ją wyrzucić. Ten facet chyba po prostu marketingowo wykorzystał fakt, że był chory. A może wcale chory nie był? Może to też jedno wielkie kłamstwo? Skoro człowiek perfidnie kłamie, przez wiele lat oszukuje cały świat - skąd pewność, że wcześniej mówił prawdę? Po raz kolejny przekonuję się, że czas dorosnąć i żyć w prawdziwym świecie - świecie kłamstw, manipulacji, oszustwa, pogardy dla szczerości, uczciwości. Gdzie bohaterowie są antybohaterami, gdzie zwycięzcy stają się przegranymi, gdzie liczy się tylko i wyłącznie kasa.

Wolę nie myśleć, co by było gdyby na dopingu był np. Leo Messi (a niektórzy rzucają oskarżenia dotyczące kuracji hormonem wzrostu w wieku 13 lat), Kobe Bryant (koszykarze NBA odmawiają kontroli antydopingowych na IO), Usain Bolt albo np. Adam Małysz... Czy jest jeszcze coś takiego jak normalny sport? SPORT? Czy już może tylko wyścig za admiracją widzów, którzy być może za niedługo zgodzą się na doping, byleby tylko widowisko było bardziej efektowne? Kto wie, czy sternicy w poszukiwaniu większych zysków sami nie zmuszą sportowców do dopingu?

A gdzie w tym wszystkim prawda, uczciwość, szacunek dla wiernych kibiców? Czyżby słowa "tak biegnijcie, abyście nagrodę zdobyli" w tym przypadku oznaczały zwycięstwo za wszelką cenę? 

"Where do we go, nobody knows"... - dokąd zmierzasz, sporcie? Dokąd zmierzasz, świecie?

środa, 10 października 2012

bajzel w głowie przeziębionego

Skserować coś.
Może coś zjeść.
Obejrzę odcinek HIMYM.
Muszę iść wcześniej spać.
Nie, godzina jeszcze młoda.
Posłucham Muse.
Zajdę do kuchni zrobić sobie kolację.
Skoczę do Bogusia.
Muszę wytrzeć nos.
Czy wziąłem już tabletki?
Czy wszyscy wiedzą o aktualizacji ogłoszenia w sprawie akademika?
Muszę zrobić sobie inhalację.
Nie skończyłem tłumaczyć tekstu na literaturę teologiczną w jęz. angielskim!
Otworzę okno.
Nie, to był zły pomysł.
Kichnąłem.
I znowu muszę wycierać nos.
Muszę zrobić sobie kolację. Zaraz. Piszę to już trzeci raz.


Totalny chaos. Każdy na swój sposób przeżywa przeziębienie. Są tacy twardziele, których w ogóle to nie łapie - i tu pozdrawiam mojego współłazienkowicza (i po cichu mu zazdroszczę). Są tacy, którzy przez pewien okres w życiu nie rozstawali się z Ibuprom Zatoki i ciągle chodzili zakatarzeni - ukłon w stronę brata i bratowej ;) Są alergicy, którzy cierpią raz na jakiś czas, ewentualnie stale w obecności elementów, na które mają uczulenie. Pośrodku są również tacy, którzy nadają się na statystycznych Polaków. Ogólnie są zdrowi, ale ze 3 razy w semestrze są chorzy. Osobne zdanie należy się ekstremalnym przypadkom - np. wyznawcom Odyna. Wraz z nimi choruje cały akademik. Tak. Dosłownie. Tyle że on cierpi na druzgocący kaszel, inni na druzgocący hałas przy kasłaniu owego wyznawcy. Są wreszcie tacy, którzy mają dobrą odporność i rzadko zdarza się, że coś ich dopada. Ale jak już coś dopadnie - wydaje się, że to koniec świata.

Do tej ostatniej grupy zaliczam się ja. Kiedy jestem przeziębiony, wie o tym cały świat, muszę to wszędzie podkreślać. Dodatkowo lubię przeżywać to w egzaltacji, lubię być widoczny w swojej dolegliwości. Oczywiście użalam się nad sobą, próbuję wzbudzić współczucie innych. (to tak z przymrużeniem oka ;))

Niemniej jednak nie znoszę przeziębień. Ogólnie nie lubię się źle czuć. Wtedy nie umiem logicznie myśleć, w mojej głowie jest chaos, jestem niesamowicie niepozbierany, a mój humor bardziej niż zwykle jest wisielczy. Wzrok - bez kamizelki kuloodpornej nie podchodź. Jak dochodzi do kumulacji tej nieprzyjemnej sytuacji - zaczynam nie liczyć się z otoczeniem tylko staję się mega-okropnie-wkurzający. Dodatkowo, jest tyle rzeczy, które mógłbym tu napisać, tyle tematów, które dosłownie czekają na rozwinięcie (np. powrót do Warszawy, pierwsze zastępstwo na mazurskiej ziemi, bycie Starszym Bursy)... a ja nie mam na tyle koncentracji, by się skupić i to napisać.

Więc, ogólnie rzecz ujmując, najlepiej by było, gdyby te prochy (LEKARSTWA!) pomogły. Skorzystam na tym nie tylko ja :P