czwartek, 27 grudnia 2012

tylko On, święty, koi w walce

Nazwa postu nawiązuje do tytułów piosenek TGD z ich najnowszej płyty "Uratowani". Bo właśnie dzisiaj krótko (bo czasu ostatnio mam niewiele) o tym.

Na wstępie zaznaczę - pod względem pobożnościowego typu do TGD mi daleko. Ale jeżeli mam mówić o muzyce i treści, jakie przekazują... cóż, czapki z głów.

Ze mną jest tak, że zazwyczaj nie zachwycam się tym, czym inni (a jeżeli tak, to potrzebuję więcej czasu żeby się do tego przekonać). W akademiku nowa płyta Trzeciej Godziny Dnia szybko stała się hitem, ludzie wokół jej słuchali, zachwycali się nią, niektórzy byli nawet na ich koncercie w Poznaniu... ja, jak to ja, oczywiście musiałem iść pod prąd i stwierdziłem, że nie zamierzam specjalnie jakoś się tą płytą interesować, znając życie dostanę ją pod choinkę i wtedy będzie okazja się z nią zapoznać (szczególnie że podczas koncertu w Fabryce Trzciny zainteresowała mnie tylko jedna piosenka z nowego materiału).

Nadszedł czas otwierania prezentów - i zgodnie z moimi oczekiwaniami jednym z nich byli "Uratowani". Szybko popędziłem ją odpalić, wieczorem udało mi się ją raz przesłuchać.

I ku memu zdziwieniu już po pierwszym przesłuchaniu aż 3 kawałki wywołały u mnie ciary. "Tylko On", "Jahwe" no i głęboko (niczym miecz) przeszywający do szpiku "Święty". Im dłużej słucham "Ukojenia" i "Zmiłuj się Panie" to do grona 3 dołączają kolejne 2. Co jak na pierwsze słuchania jest naprawdę świetnym wynikiem (czasem nawet Coldplay ma problem wywołać u mnie taki efekt. Ale tylko czasem :P).

Ostatnio TGD ma bardzo płodny okres. I w sumie fajnie. Lubię słuchać muzyki niosącej chrześcijańską treść, do tego dobrze zrobionej i chwytającej za serce. Czekam na to, aż kolejne kawałki z tej płyty do mnie jeszcze bardziej dotrą

P.S. Nie byłbym sobą, gdybym nie pozwolił sobie na mały przytyk. Otóż miałem okazję rozmawiać z kilkoma osobami na temat tej płyty i często pojawiała się opinia, że "Modlitwa" (Piotr Płecha śpiewając modli się) jest kapitalna. Co ciekawe, w zdecydowanej większości były to osoby, które są zdecydowanymi przeciwnikami śpiewanej kolekty w trakcie nabożeństwa (a bo to brzmi po rzymsku, a to nienaturalne, bo przecież modlitwa jest mówiona a nie śpiewana). A tu taki zachwyt nad (przynajmniej dla mnie) nieco inną melodycznie formą kolekty. Ciężko mówić o jakiejś genialnej improwizacji, te same muzycznie frazy, nieco zmienione zawołania do Boga... ja tu konsekwencji w krytykowaniu kolekty i zachwytem nad tą modlitwą nie widzę :P A, argumenty że księża nie umieją śpiewać wrzucam do kosza, bo znam takich, którzy kapitalnie potrafią śpiewać zarówno kolektę, liturgię jak i błogosławieństwo ;)

niedziela, 16 grudnia 2012

strach

Dlaczego upadamy? Żeby ponownie się podnieść. Aby nauczyć się, jak wstać z kolan. By z dołka wyjść silniejszym, wyciągając nauczkę na przyszłość.

A co pozwala nam biec szybciej, niż jesteśmy w stanie? Co sprawia, że czujemy nagły przypływ mocy? Co pomaga nam pokonywać granice tego, co wydawać może się niemożliwym?
Nie jest to miłość, zachwyt, niezwykły talent, splot okoliczności.

Strach.

To on sprawia, że uciekamy jak najszybciej. To on nas mobilizuje. To za jego działaniem potrafimy osiągnąć coś, co jest nie do wykonania. Jeden z moich ulubionych bohaterów kinematografii (wywodzący się z komiksu), Batman, uosabia strach, opanowuje go, używa go do walki ze swoimi wrogami. On jest tym, który się nie boi. Przynajmniej w pierwszych dwóch częściach trylogii Christophera Nolana. Ale okazuje się, że to czyni z niego niekompletnego Mrocznego Rycerza. By ostatecznie zatriumfował nad złem, potrzebny jest mu właśnie strach.

Mam czasem wrażenie, że strach uważany jest za uczucie wyjątkowo pejoratywne, które zamiast dodawać nam siły, osłabia. Szczególnie w niektórych środowiskach padają stwierdzenia, że chrześcijanin nie powinien się bać, że nie ma się czego bać, w końcu ma Boga po swojej stronie. Wielokrotnie w Psalmach padają stwierdzenia typu: Gdy Pan jest ze mną, nie lękam się wcale, cóż może uczynić mi człowiek? I przyznam się wam, że zastanawiając się nad strachem doszedłem do wniosku, że wcale nie jest to takie jednoznaczne.

Owszem, mając Boga po naszej stronie, jesteśmy w stanie odczuwać Jego pomoc, Jego pokój. To On w swojej mocy potrafi przeprowadzić nas przez trudne egzaminy, krytyczne momenty życia, chwile zwątpienia i skargi. Przecież jednym ze zwrotów jaki Jezus kieruje do swoich uczniów (szczególnie po wskrzeszeniu z martwych) jest Nie bójcie się! albo Pokój wam! Moc Boża potrafi niwelować strach, potrafi nad nim panować.

Z drugiej strony, wydaje mi się, iż strach jest bardzo ludzkim odczuciem. I mamy pełne prawo do tego, by je odczuwać. Strach potrafi być wyjątkowo skutecznym motorem do tego, by zrobić coś ważnego, koniecznego do tego, by przeżyć. W języku polskim istnieje przysłowie "jak trwoga, to do Boga" - zdarza się, że jest wypowiadane z przekąsem, świadcząc źle o człowieku, który do Boga przychodzi tylko w momentach trudnych, gdy problemy go przygniatają. Ale ja osobiście uważam, że na całe szczęście człowiek przychodzi do Boga w trwodze! Całe szczęście, iż zdaje sobie sprawę z istnienia instancji, która przewyższa strach, do której właśnie w sytuacjach trudnych można się zwrócić (oczywiście, najlepiej byłoby, gdybyśmy zwracali się do Niego zawsze, w chwilach dobrych i złych).

Czytamy w ewangeliach, że nasz Zbawiciel również się bał. Bał się tak bardzo, że aż pocił się krwią (krwawy pot to zjawisko potwierdzone naukowo - w chwilach gigantycznego stresu człowiek może pocić się krwią), odczuwał ten sam strach, co my. Dodatkowo, mam wrażenie, że nawet większy był ten strach niż nasz. Bóg-człowiek, który się boi. Niezwykle sugestywny obraz, który mnie ujmuje. I tenże Chrystus daje nam przykład, jak w chwilach trwogi się zachować - przychodzić do Ojca z modlitwą. W przypadku modlitwy w Ogrójcu Bóg posłał anioła, który umacniał Jezusa. A dziś? Często jest to osoba, czasem konkretny werset biblijny, może też piosenka z sugestywnymi słowami, a może jakiś inny cud, który odbiera nam mowę, przy okazji zabierając również strach.

W "Batmanie" strach odgrywa szczególną rolę. Myślę, że w naszym życiu też. Ja boję się naprawdę wielu rzeczy, związanych z otaczającym mnie światem, moją przyszłością itd. Często nie wiem co robić. W wielu momentach strach mnie paraliżuje, nie umiem nad nim zapanować. Ale może to dobrze. To pokazuje, jak niewiele potrafię, jak jestem ograniczony. A z drugiej strony - popycha mnie to do zaufania wyższej instancji. Wydaje mi się, że czasem warto się bać. Paradoksalnie.

Bo to może zbliżyć nas do Boga.

PS. Motywy Batmanowskie będą inspiracją również dla kolejnych wpisów ;)

środa, 28 listopada 2012

Piękno

Są w życiu momenty trudne, są momenty smutne. Bywają też takie neutralne. Całe szczęście, że zdarzają się chwile piękne, niezapomniane i zapierające dech w piersiach. Każdy z nas je przeżywa, inni częściej, inni rzadziej. Ale zawsze warto je sobie przypominać.

Kiedy w moje ręce trafiło Coldplay Live 2012 - zapis z trasy Mylo Xyloto - nie odczuwałem jakiegoś gigantycznego entuzjazmu. Po pierwsze - byłem na koncercie, więc swoje cudowne momenty już przeżyłem. Po drugie - byłem w kinie na pokazie tegoż DVD - móc obejrzeć coś takiego na dużym ekranie - bezcenne. Po trzecie - jestem zły z powodu zamieszania z moim zamówieniem. Dlatego podekscytowanie, z jakim wcześniej czekałem na premierę Live'a nieco spadło.

Okazało się, że całkowicie niesłusznie.

Oglądam DVD po raz trzeci w przeciągu niecałych 24 godzin. Niemal bez przerwy z głośników leci Coldplay. Czy to kwestia przypominania sobie tego, co przeżyłem 19 września na Stadionie Narodowym? Czy to kapitalna muzyka czwórki chłopaków z Anglii? Czy to kwestia świetnie zrobionego dokumentu, który pozwala zajrzeć za kulisy, pozwala na moment wczuć się w bycie gwiazdą rocka?

Myślę, że tak. Olbrzymim atutem Live 2012 jest to, że chłopaki opowiadają o tym, co dzieje się przed koncertem, co następuje po nim, jak wygląda ich czas gdy są w trasie a akurat nie grają. Sposób, w jaki opisują fakt stawania na scenie, momenty gdy cały stadion śpiewa z nimi, jest wyjątkowy. Fan dopuszczany jest za kulisy, dzieje się jego największe marzenie - może na chwile pobyć ze swoimi idolami, może usłyszeć nie tylko ich muzykę, ale też historię, jaka kryje się za tą muzyką.

Dobrze jest widzieć swój ulubiony (obok U2) zespół w świetnej formie, być może najlepszej od momentu powstania zespołu. Przynajmniej tak twierdzą chłopaki. Niesamowitą sprawą jest posłuchać porządnie zremasterowaną wersję swoich ulubionych piosenek.

Ale chyba najlepiej jest zobaczyć ponownie to, co się samemu przeżyło. Xylobandy, morze motylkowego konfetti w trakcie "In my place", magiczny początek "God put a smile upon your face", "Up in flames", razem z ludźmi z Glastonbury zaśpiewać utwór od którego się wszystkiego zaczęło... to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, iż dane mi było przeżyć coś niepowtarzalnego. Coś, czego jeszcze nigdy nie przeżyłem. A uczucie odczuwane w tamtej chwili może równać się z jedynie paroma sytuacjami w moim życiu, kiedy czułem się niemal bezgranicznie szczęśliwy.

Priceless. Takie momenty nie mają określonej wartości, one po prostu są bezcenne. Coldplay polecam każdemu :)


niedziela, 18 listopada 2012

Leap cz.4 "co z tą liturgią?"

"Stop z liturgią!"
"Uwspółcześnić nabożeństwo!"
"Nowy śpiewnik"
"Mniej dogmatów, więcej Ducha Świętego"
"Chcemy więcej śpiewać w Kościele, nie tyle tradycyjnie, co nowocześnie (hip hop, metal itd.)"

Oto wybiórczy głos młodego pokolenia dotyczący nabożeństwa, liturgii z tez zapisanych podczas "Nocy z Lutrem" (żałuję, że nie udało mi się odczytać reszty).

A oto (w moim subiektywnym mniemaniu) kilka pietystycznych mitów odnośnie liturgii:
1. Liturgia to czysto rzymsko-katolicki wymysł, nie nasz luterański. Lepiej wypluć to słowo.
2. Liturgia przedłuża nabożeństwo, nie mówiąc już o Komunii... A, jeszcze to Wyznanie nicejsko-konstant... kontansty... konstantynopolopolo - co to za twór? Tak trudno je zapamiętać, kto je wymyślił? Pewnie katolicy. U nas się tego nie zmawia - i bardzo dobrze!
3. Liturgia jest niezrozumiała, sztuczna. Lepiej ją wywalić i śpiewać pieśni, najlepiej młodzieżowe albo "dzięgielowskie", bo przecież te XVIII-wieczne są archaiczne, powolne, w pogrzebowym tonie...
4. Są trudności ze świadomym przeżywaniem liturgii, to tylko automatyczne odklepywanie pewnych naddanych treści.
5. Strasznie to staroświeckie, XVI-wieczne, dobre dla staruszków.
6. Trzeba strasznie długo stać...
7. Czemu ten ksiądz czyta modlitwę? Dlaczego nie może modlić się swoimi słowami?
8. Po co te wszystkie gesty, czemu ksiądz ma taki dziwny strój? Lepiej wyglądałby w garniturze.

Spróbuję się z tymi wszystkimi mitami rozprawić.

ad.1. Bzdura. Zacząć trzeba od zdefiniowania słowa "liturgia". Zacznę tym razem od potocznego rozumienia. Liturgia to dla (tak mi się wydaje, jak coś to proszę mnie poprawiać) większości wiernych moment w nabożeństwie trwający od Introitu (czyli śpiewania naprzemiennie psalmu) do Wyznania Wiary (Credo). To potoczne rozumienie jest jednak dosyć ograniczone. W pierwotnym, nowotestamentowym rozumieniu leiturgein oznaczało działalność apostolską, nie tylko w ramach nabożeństwa, była to po prostu święta służba. Dodatkowo, można rozróżniać między służbą Boga ludziom (TAK! - w liturgii to Bóg służy ludziom) i służbie Bogu (lud oddaje cześć Bogu i uwielbia Go) Tłumacząc to już nieco bardziej współcześnie - liturgia to całość nabożeństwa, pewien logiczny porządek, wiadomo co następuje po czym. Liturgia to zarówno śpiewanie introitu, odczytanie tekstów biblijnych, kazanie, modlitwa powszechna, Komunia Święta, udzielenie błogosławieństwa - wszystko to, co składa się na porządek nabożeństwa. Więc jeżeli ktoś pisze "Stop z liturgią!" - ewidentnie widać, że nie zdaje sobie pojęcia z tego, czym liturgia jest. Bo wtedy musielibyśmy wywalić nabożeństwa i jednocześnie zabronić Panu Bogu działać ;) Liturgia nie jest wymysłem rzymskim, jego początki sięgają czasów apostolskich, czyli wspólnych dla całego chrześcijaństwa.

ad.2. Niby jest to pewnego rodzaju argument praktyczny. Co ciekawe, często takie zdanie wypowiadają pietyści, którzy liturgię zastąpili by blokiem uwielbieniowym - który zazwyczaj trwa dłużej niż sama liturgia... ;) ze statystycznego punktu widzenia potocznie rozumiana liturgia trwa w zależności od tempa gry organisty i długości tekstów biblijnych 10-15 minut. Kolejna rzecz - Wieczerza Pańska. Owszem, z oczywistych powodów swoje trwa. Ale oprócz kazania jest centralnym punktem nabożeństwa, momentem doświadczania wyjątkowej Bożej obecności (której nawet najpiękniejsze pieśni uwielbienia nie mogą oddać) oraz wspólnoty z innymi ludźmi i fajnie byłoby, gdyby była co niedzielę. Różnie z tym bywa. Ale do tego odniosę się w osobnym poście (bo Komunia potrafiła bardzo dzielić pietystów i nie-pietystów). Ostatnia rzecz - Nicejsko-Konstantynopolskie Konstantynopolitańskie Wyznanie Wiary. Moim subiektywnym zdaniem jest pięknie skonstruowane, niesie ze sobą wyjątkowy przekaz, mówi o tym, w co wierzymy. Dodatkowo, zmawia się je w wielkie święta i podczas każdego nabożeństwa z Sakramentem Ołtarza. Przedłuża? Jest niezrozumiałe? Może i ma w sobie teologiczne niuanse, ale przekazuje więcej informacji niż Wyznanie Apostolskie.

ad.3. Problem niezrozumienia liturgii bierze się z tego, iż ogólnie chyba nie tłumaczy się, dlaczego śpiewamy Psalm, dlaczego śpiewamy Gloria Patri, Kyrie, Gloria in excelsis... czy zastanawialiście się kiedyś nad zwrotem "Pan niech będzie z wami" i odpowiedzią "I z duchem Twoim"? Ostatnio omawialiśmy ten motyw na zajęciach i coś do mnie dotarło. Ten zwrot (który czasem jest pomijany) jest bardzo, bardzo wyjątkowy. Dlaczego? Ksiądz, wypowiadając te słowa, mówi słowa, które wyrażają bardzo wiele, jest to zwrot obfitujący w miłość, pokój i serdeczność - niech Bóg będzie z wami, niech w was działa - wypowiada to do osób, które być może go denerwują, z którymi się pokłócił, którym powinien przebaczyć - do to nich mówi coś bardzo cennego - życzę Ci, żeby Bóg Cię wspierał, pomagał, żebyś mógł na Nim polegać. A zbór odpowiada, by i z księdzem był Bóg. Prosi, by prowadził zwiastowanie Słowa, by błogosławił Jego służbę. Być może podświadomie zbór prosi wtedy, by ich ksiądz okazał im więcej wyrozumiałości, by był lepszym człowiekiem. A wiecie, jakie wybrzmienie, jaką moc może mieć ta wypowiedź kiedy jest wymawiana świadomie? :) Co do pieśni - nie mam nic do młodzieżowych i dzięgielowskich - są wśród nich śliczne, inspirujące pieśni, bardzo często staję na scenie i je śpiewam. Ale nie zapominajmy też o tych starszych, które niejednokrotnie niosą ze sobą gigantyczny ładunek w słowach. Kiedy je śpiewam, mam przed oczami żarliwość moich dziadków, ich wiarę w te archaiczne, obco dziś brzmiące słowa. I często odkrywam ich przesłanie na nowo.

ad.4. I co, to wina liturgii że jest odklepywana? A może to twoja wina, człowiecze? Może to ty ją odklepujesz, może to ty się nie skupiasz na tym, co mówisz? Może tobie obojętne jest to, że oddaje się chwałę Bogu, że prosi się Go o zmiłowanie? Może to ja nie chcę zrozumieć, dlaczego śpiewamy o tym, że Słowo Boże jest lampą dla moich stóp?

ad.5. A czy wkładanie bloku pieśni, potem kazania, potem ewentualnie Komunii czy to nie jest przejaw też pewnego porządku, liturgii? To nie jest tylko domena XVI-wieku. Przecież nabożeństwo musi mieć porządek, tak jak porządek mają różne publiczne rzeczy. Nawet w zborach zielonoświątkowych (o których mówi się, że mają pewną wolność w przebiegu nabożeństwa) jest śpiew, potem jakieś świadectwo, potem zwiastowanie, potem znowu śpiew, potem modlitwy. Uwaga uwaga - TO TEŻ JEST LITURGIA ;) (podobnie szkółka niedzielna/nabożeństwo dla dzieci też ma swoją liturgię - np. śpiew, szkółka, prace plastyczne)

ad.6. Ale jak się stoi w tramwaju, autobusie lub podczas półgodzinnego uwielbienia to jest ok ;) To, że stoi się w kościele podczas potocznie rozumianej liturgii, podczas czytania tekstów z Biblii, podczas modlitw i przyjmowania błogosławieństwa - to wyraz szacunku wobec Boga. Mówimy, że liczy się postawa serca - jasne. Ona jest najważniejsza. Ale czy nasze czyny nie są również czasem jej odbiciem?

ad.7. To jeden z głównych zarzutów pietystów wobec księży (czasem nazywanych nawet "nienawróconymi" - hm, to może być jedno z tych kryteriów - czy modli się swoimi słowami). Od pewnego czasu mam również świadomość stania po drugiej stronie, tam, gdzie stoi ksiądz. Jako student teologii odprawiam nabożeństwa. I przyznam się uczciwie, że czytam modlitwy, które albo sam piszę albo korzystam z tych napisanych na daną niedzielę. Dlaczego? (ktoś podniesie krzyk - jakim prawem czytasz to, co powinno płynąć z twojego serca!?) Dlatego że publiczna modlitwa to stres. Dlatego że czasem z tego wszystkiego uciekają myśli i można strzelić niezłe herezje lub zaciąć się w trakcie rozmowy z Bogiem. Osobiście uważam, że publiczna modlitwa, owszem, powinna płynąć z serca, ale powinna też mieć jakieś ładne ramy, początek, ładne zakończenie, ma wyrażać też szacunek w stronę Boga. Wydaje mi się, że skoro modlę się publicznie, to musi to mieć jakieś ręce i nogi, nie mogę pozwolić sobie na full spontan i powtarzanie w każdym zdaniu słowa "Panie", "Jezu", "Ojcze" - no bo wtedy cała kwestia trynitarna Trójcy Świętej i logicznego się do Niej zwracania siada.

ad.8. Każdy gest ma swoją symbolikę - uklęknięcie, przeżegnanie się, podniesienie rąk, znak krzyża - to nie są tylko puste gesty. Każda z tych rzeczy coś wyraża, przenosi ze sobą pewne znaczenie. Na tej samej zasadzie działa np. nakładanie rąk. A co do stroju księdza - cóż. Zdaję sobie sprawę, że różnie można się na to zapatrywać. Wiem, że niektórzy ze względów zdrowotnych nie mogą nosić togi/togi i komży/alby/ornatu/stuły (chyba niczego nie pominąłem?) - jest to zrozumiałe. Ale uważam, że czarna toga, befki i koloratka to symbol urzędu, symbol służby, jaką pełni ksiądz. Ksiądz, ewentualnie pastor. Piszę ewentualnie, gdyż przed nazwiskiem księża mają ks. a nie ps ;) Pastor to piękne słowo, pochodzące z łaciny i oznaczające pasterza, nie mam wobec niego żadnych obiekcji, czasem pomaga nas rozróżnić od rzymskich katolików. Ja osobiście jestem bardziej przyzwyczajony do terminu ksiądz i tego będę się trzymał. Tenże ksiądz, jak każda osoba sprawująca jakąś funkcję, służbę (jak lekarz, sędzia, policjant, żołnierz itd.) ma swój określony strój, który odróżnia go od innych, wskazuje na pewną wyjątkowość. Toga jest swego rodzaju mundurem, symbolem rozpoznawczym księdza. Tak to rozumiem i dodatkowo uważam, że nie jest to żaden rodzaj "przebierania się", ale coś normalnego, a wręcz potrzebnego.

Podsumowując mój SUBIEKTYWNY punkt widzenia - liturgii nie można powiedzieć stop, bo nie można doprowadzić do tego, że w niedzielny poranek jesteśmy świadkami chaosu w trakcie nabożeństwa. Byłoby to też swego rodzaju mówienie Panu Bogu "nie chcemy żebyś działał i tak samo my nie chcemy ci służyć". Nie wiem, czy jest sens tworzenie nowego śpiewnika, skoro obecny ma dopiero 10 lat i jest w nim naprawdę masa pieśni i masa materiału, z którego można korzystać. Co do uwspółcześnienia nabożeństwa - istnieje np. liturgia młodzieżowa, który służy temu, by nabożeństwo było nieco bardziej współczesne. Dodatkowo, nie wszystkie elementy pochodzą z pierwotnego chrześcijaństwa i z czasów Reformacji. Kościół wciąż się reformuje, ten proces trwa bez ustanku.

P.S. Myśl, która niedawno mi się nasunęła, przyszła całkiem spontanicznie do głowy (ale nie krzyżujcie mnie za nią :P) - naszą luterańską liturgię przyrównam do FC Barcelony. Dlaczego? Ma swoich zwolenników, ma swoich przeciwników, niektórzy są w nią zapatrzeni, niektórzy jej nie rozumieją, niektórzy ją hejtują. Ale prawdą jest, że liturgia jest pewnego rodzaju wzorem, jakąś normą (o Barcelonie mówi się, że stała się wzorem dla innych zespołów, stała się punktem odniesienia we współczesnym futbolu). Cechy zewnętrzne niosą ze sobą pewne symbole (wystrój kościoła/stadionu i ich architektura jest przypisywana do pewnego typu, strój księdza/piłkarzy jest określony, można zaobserwować pewne zasady, porządek w liturgii/zasady gry w piłkę itd.), a i te sprawy wywołują określone uczucia (pogłębiają religijność, duchowość/fani bywają zachwyceni grą swoich pupili - albo też w drugą stronę - wywołują niepokój, zdekoncentrowanie/styl Barcelony przez niektórych jest uważany za nudny, mało ciekawy, wciąż taki sam). Cóż, nie bez przyczyny mówi się, że mecz piłkarski to też swego rodzaju liturgia, nabożeństwo dla "wiernych" - fanów futbolu. A często stadiony przyrównuje się do kościołów jako do świątyń... ;)

czwartek, 8 listopada 2012

Leap cz.4 - "rozprawiając" się z pietyzmem po raz pierwszy

Kiedy pietysta próbuje "rozprawić się" ze swoim typem pobożności - nie zwiastuje to nic dobrego. Ale tytuł jest przewrotny. Chcę opisać najbliższe mojemu sercu zagadnienie teologiczne. Zagadnienie, na myśl o którym buzują we mnie emocje. Dlatego dzielę czwartą odsłonę cyklu "Leap" na co najmniej dwie części (jeśli nie więcej), w kolejnym odrobina historii i próba ukazania rdzennego pietyzmu (którego staram się być przedstawicielem), właściwego nadziejom jego twórcy - Jakuba Filipa Spenera. Zacznę jednak od próby przywołania samego pojęcia pietyzmu.

Pietyzm - pojęcie, które elektryzuje wiele głów. Niektórym otwiera się nóż w kieszeni, niektórzy uśmiechają się z politowaniem, niektórzy wybuchają świętym gniewem. Są też tacy, którzy skaczą z radości, unosząc w górę ręce i śpiewając pieśni uwielbienia. A idąc za Słownikiem Języka Polskiego pietyzm to:
1. wielka dbałość o coś, rzadziej o kogoś, wynikająca z głębokiego szacunku dla tej rzeczy lub osoby
2. ruch reformistyczny w Kościele luterańskim w XVII i XVIII w. dążący do rozbudzenia uczuć religijnych

Ja ogólnie zmieniłbym kolejność tychże pojęć, bo pierwszym był ruch reformistyczny, drugim określenie opisujące szacunek i dbałość, no ale mniejsza.

Zagadnienie, które chciałbym w tym wpisie poruszyć, dosyć spontanicznie nieoczekiwanie pojawiło się w mojej głowie - dokładnie rzecz biorąc w trakcie zajęć. Jak to czasem bywa, poruszyło mnie jedno zdanie, parafraza lub cytat z Karola Bartha: Chrystus ma mnie. Co za tym idzie, to nie ja mam Go w sercu, tylko On trzyma mnie w swoich ramionach.

No właśnie. Wchodzę tu na kurs kolizyjny z pewną (w moim odczuciu) dość zasadniczą i podstawową kwestią w pietyzmie - jako ludzie wierzący, ludzie świadomie wierzący, nawróceni - mamy Boga w naszym sercu, poprosiliśmy Go, żeby wszedł do naszego serca, zamieszkał w nim i na tej podstawie twierdzimy, że jesteśmy zbawieni. Użyłem tu liczby mnogiej, ponieważ uważam się za pietystę. Ale teraz nieco paszkwilnie i prowokacyjnie powiem, że zaczyna drażnić mnie ta pietystyczna terminologia, ten slang, swego rodzaju nowomowa, którą doskonale rozumieją ludzie przebywający w tymże kręgu, inni jednak, przebywający na zewnątrz, jej nie rozumieją. Tak samo jak w momencie gdy usłyszałem zdanie Chrystus ma mnie w swoich ramionach rozdrażniło mnie pojęcie zapraszania Jezusa do swojego serca. 

Ta fraza kojarzy mi się bezpośrednio z nauczycielami szkółek niedzielnych - tutaj generalizacja, bardzo wygodna i mało obiektywna. Ale nie wgłębiam się w szczegóły, nakreślam pewną kwestię. Otóż dzieci na szkółkach niedzielnych (przynajmniej za moich dziecięcych czasów, potem również w czasie kiedy pomagałem przy ich prowadzeniu) często słyszą zwrot że powinny zaprosić Pana Jezusa do swojego serca. Podkreśla się tu bardzo mocno aspekt decyzyjny, wybór człowieka, jego pójście za Bogiem. Niby w porządku... ale czy nie wchodzimy już tu w pewną zasługę człowieka? ;)

Argument, który pada przeciwko używaniu tej frazy w duszpasterstwie dzieci, jest prosty - dziecko zrobi dla swojej cioci, wujka ze szkółki niedzielnej wiele (czasem może i wszystko), więc automatycznie powie, że chce przyjąć Pana Jezusa do serca, choć może brzmieć to dla niego abstrakcyjnie. Pytanie, które automatycznie mi się nasuwa - czy nie jest to już pewnego rodzaju manipulacja, indoktrynacja? Ale z drugiej strony to oznaczałoby, że dzieciom w takim razie nie powinniśmy opowiadać historii biblijnych, nie powinniśmy ich ewangelizować - kolejne popularne pietystyczne słowo. Czasem czuję się w tej kwestii między młotem i kowadłem.

Za to w kwestii owego nawrócenia - to w sumie słowo klucz pietyzmu - mam raczej pewne stanowisko. Nie wychodziłem nigdzie do przodu, nie podnosiłem ręki, nie padałem na kolana, nie odczuwałem niesamowitego pokoju w sercu, nie czułem Bożego głosu mówiącego do mnie (to wszystko pietystyczne sformułowania). Wygląda na to, że nie przeżyłem jednego momentu, kiedy nawróciłem SIĘ - (podkreślenie celowe) niestety, w języku polskim przyjęło się wyrażenie w stronie zwrotnej. Mnie bliższy jest zwrot zostałem nawrócony - wyrażony tu aspekt bierności dobrze wpisuje się w luterańską naukę o usprawiedliwieniu z łaski, na które my, grzeszni ludzie, nie możemy zasłużyć. Od pewnego czasu z ostrożnością podchodzę do wychodzenia do przodu, podnoszenia ręki, przywoływania dokładnego terminu, kiedy zdecydowało się powiedzieć Bogu "tak". Dlaczego? O tym w kolejnych postach z cyklu "Leap".

Chrystus ma mnie. Dla mnie jest to sedno teologii i sedno wiary. Choćbym nie wiadomo co zrobił, choćbym nie wiadomo jak głęboko upadł, On jest. I On chce mnie podnieść. Chce być ze mną. Czy to nie jest niesamowite?

poniedziałek, 29 października 2012

wszystko płynie:

- czas. Ta refleksja bierze się stąd, że moi rodzice obchodzą dziś 35. rocznicę ślubu. Właśnie mi zasugerowano, że zachowałem się jak wyrodny syn, bo nie złożyłem im życzeń. I w tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy w takich okazjach składać życzenia czy po prostu w milczeniu nie brać przykładu (i to będą najlepsze życzenia)? Nadal się kochają, nadal się wspierają, wychowali trójkę (chyba w miarę ok) dzieci. Nic tylko pokiwać z uznaniem głową i brać przykład.

- życie. Ostatnio dni płyną mi bardzo szybko. Przyjazd do domu, zamieszanie związane z autem, zastępstwo w Nowym Sączu, dzisiejsza wyprawa do kina - życie pędzi. Nieustannie do przodu, a chwil by się zatrzymać naprawdę niewiele.

- pamięć. Uświadamiam sobie (szczególnie przez ostatni okres), że pewne rzeczy, które zostały mi w pamięci z wcześniejszych czasów, zupełnie nie odzwierciedlają rzeczywistości obecnej. Coś było wyższe, lepsze, ciekawsze, przytłaczające, inne. A teraz? Nie poznaję własnych obrazów z przeszłości.

- Bond. W moim odczuciu on też się zmienił. Nie pamiętam tych z Connerym, Moorem, Daltonem (może i mea culpa), za to doskonale wyryły się w pamięci te z Brosnanem i Craigiem. I przyznam, że Bond ("Skyfall") się zmienił. To nie jest już to kino, które było w poprzednich dziełach. Nie ma tu Bonda "rozrywkowego", dżentelmena w iście brytyjskim stylu. Bond stał się bardziej ludzki, realistyczny. I wcale nie odbieram tego jako wady. Dla mnie, osoby, która bardzo ceni realizm tworzenia postaci w kinie - jest to zmiana niezwykle owocna. Ale sentyment do Bonda - Brosnana pozostał ;) Bond przestał być kinem typowo rozrywkowym, dostarczającym wrażeń efektownych, zaczyna być kinem bardziej psychologizującym, kinem obrazującym człowiekowi dobitność zepsucia świata. Wcześniej przestępcy byli dla mnie nieco z kosmosu, jakby mało uchwytni w rzeczywistości. Obecny rywal Bonda przygnębia mnie, gdyż bierze się za działkę, która dotyczy w sumie każdego człowieka. "Skyfall" jest naprawdę świetny, ale inny od Bonda, który utkwił mi w pamięci. Może czas wyrzucić tę lekką impresję nienagannego, zawsze zadbanego, pięknego Bonda, który od czasu do czasu obije komuś twarz?



sobota, 20 października 2012

c'est la vie

I znowu co chwilę piszę na blogu - to dowód na to, że tempo funkcjonowania w Warszawie nieco zwolniło. Przynajmniej takie mam wrażenie, mam ostatnio sporo czasu dla siebie.

Więcej czasu dla siebie w moim przypadku oznacza więcej czasu na myślenie. A jako że ostatnio natrafiłem na spore ilości Kuby Badacha, to myśląc, słucham Poluzjantów i "Obecnego". Co i wam polecam ;) Więc dzisiaj skorzystam z kilku fragmentów piosenek przez niego wykonywanych, przy okazji podając motywy, które mi ostatnio towarzyszą.

Tęsknota. 
Nieznany jest odległy brzeg
Granice w nas
Nie kończy się tęsknota co dzień w kosmosie ciał

Gotowość, by zaczekać.
Żyją życiem dawnych gwiazd
Tym wspomnieniem żyje świat
Popatrz w okna starszych miast
Śmiało popatrz w starszą twarz

Pomyśl że oni kochać chcą
Oni kochani też być chcą
Dzisiaj znowu będą tam 
Siwy pan z piękną damą wiodą flirt

(cichsze ostatnio) Największe marzenie.
Kłopoty mam w moll i w dur. 
Potrzeba mi chmur i piór 
by niosły mnie swingu skrzydła, 
by fraza mi nie brzydła. 

Konieczne decyzje.
A ja już nie chcę, nie chcę kusić losu,
wolę własną drogą iść.
Własną drogą iść.

Potrzeba gryzienia się w język, panowania nad cynizmem.
To co nas czyni ludźmi
To nie strój*

Poczucie bycia głupim i zagubionym.
Wieczór chłodzi myśli po dniu
Zadyszanym znów
Gubię się w tym wszystkim od lat
Ślepo naprzód gnam

Próby uchwycenia się nadziei, że gdzieś Ktoś ma nad tym wszystkim kontrolę i kieruje żółtą parasolkę w moją stronę.
Może powiedzieć ktoś, że to banalne dość
Bo jeśli wierzę w coś, to tylko w miłość


* - to z piosenki Grażyny Łobaszewskiej "Już drogę znasz", wyjątek od reguły, reszta to wszystko Badach lub Badach&Łobaszewska.

środa, 17 października 2012

disgrace

Zdjęć tu nie będzie - wszystkie znajdziecie w necie albo i tak już je widzieliście.

Wybaczcie moje rozgoryczenie, ale spróbujcie postawić się w mojej sytuacji - macie 10 minut na to, by podjąć decyzję o pojawieniu się na Stadionie Narodowym na meczu Polska-Anglia. Nigdy nie mieliście okazji być na jakimkolwiek meczu i tu spada wam taka gwiazdka z nieba. Abstrahując od ceny (w końcu raz się żyje) zgodziłem się. Nie było to jakieś wielkie moje marzenie, ale na pewno wielka gratka dla takiego futbolowego fana jakim jestem.

Wczorajszy dzień pokazał, że mój pesymizm jest niesamowicie proroczy i nadawałbym się do szkoły prorockiej np. Daniela. Przed wyjściem gorzko żartowałem ze znajomymi, że znając moje szczęście, to albo się przeziębię, albo mnie okradną (jak przed Polska-Belgia, el. ME 2008), albo pobiją, albo z biletem będzie coś nie tak, albo Polacy dostaną tak sromotnie, że będę żałował, dlaczego w ogóle jestem na stadionie. Stało się jednak inaczej.

Stałem w ulewie pod Stadionem, bo wierzyłem, że będzie warto. Moje ciuchy suszą się już 10 godzin i ciągle są mokre. Wchodziłem mokrzuteńki na stadion (wodę z ubrań dało się wyciskać), z wiarą że warto. Już miałem dzwonić do najbliższych, żeby pochwalić się, gdzie jestem, gdy przyszła hiobowa wieść - meczu może nie być.

Patrząc na kałuże w bramce i przy wejściu na boisko (które z mojego miejsca były doskonale widoczne) - nie było szans, by mecz wczoraj został rozegrany. Posiedzieliśmy, ponarzekaliśmy, pośpiewaliśmy i pokrzyczeliśmy parę haseł w stronę organizatorów. Były momenty euforii (kiedy piłka odbijała się na środku boiska), były momenty zachwytu (kiedy dopingowaliśmy odważnych, którzy biegali po murawie, a do tej pory nudzący się techniczni próbowali ich gonić i lądowali z twarzami w wodzie), były momenty wściekłości (kiedy sędzia rzucał piłkę SPECJALNIE tam, gdzie było mnóstwo wody. Przecież były miejsca na murawie, gdzie było sucho! Czemu tam nie rzucał?), momenty, gdy odczuwaliśmy zbiorowy wstyd (o dziwo, nie za piłkarzy, ale za organizatorów). Praktycznie przerobiliśmy emocje typowe dla meczu. Poza tym, że mecz się nie odbył.

Chyba nie mam szczęścia do meczów naszej reprezentacji. To było podejście nr 2, podejście znowu nieudane. Czy kiedykolwiek zdecyduję się na podejście nr 3? Może. Ale już na pewno nie dzisiaj. Niemniej jednak, kiedy ludzie będą pytać - gdzie byłeś kiedy nasz kraj najadł się wstydu na cały świat, 16.10.2012? - to będę odpowiadał - na Stadionie.

Z tego miejsca pozdrawiam cię, Wojtku, i dziękuję, że mogliśmy się wczoraj spotkać. Szkoda, że okoliczności sprawiły, że nie było to spotkanie, o jakim marzyliśmy.

PS. Swoją drogą, DJ na Narodowym miał wyczucie, żeby w trakcie oczekiwania na decyzję w sprawie meczu puszczać "Every teardrop is a waterfall"...

wtorek, 16 października 2012

lasowickie rekolekcje

Droga i dłoń.
O tym dyskutowaliśmy.

Zimno. Bloody cold.
To odczuwaliśmy.

Scenki.
Te przedstawialiśmy.

Rozmowy.
Te z sobą prowadziliśmy.

Poker.
W niego grywaliśmy.

Śmiech i żarty.
Tego się trzymaliśmy.

Patrzeć w siebie.
Sporo tego robiliśmy.

Postacie z Biblii.
Tym się przyglądaliśmy.

Fajnie było. Mogłem więcej pogadać z osobami, które dopiero poznaję, mogłem dowiedzieć się o nich wielu ciekawych rzeczy. Mogłem pomyśleć też więcej o sobie. Myślę, że tego potrzebowałem. Choć pojawiły się też rzeczy, które mnie rozczarowały, zniechęciły. No ale nobody's perfect. Mimo to, mam wrażenie, że było to dobre rozpoczęcie roku akademickiego. Oby jeszcze udało nam się w takim gronie gdzieś pojechać.

No i puenta. Chodzi mi to ciągle po głowie.

A na razie, na razie,
zostaw mi choć parę głupich marzeń,
nie odbieraj mi ostatnich złudzeń,
może jeszcze będą ze mnie ludzie?
A na razie, na razie,
spraw wiatrakom jakiekolwiek twarze,
daj tej walce odrobinę sensu,
o nic więcej Cię nie proszę, 
o nic więcej.


piątek, 12 października 2012

this is the real world - Liestrong


Był kimś w rodzaju mojego sportowego idola. Przeczytałem kilka razy od deski do deski jego dwie książki, w których opisywał swoją walkę z rakiem, powrót do sportu a potem swoje wielkie sukcesy. "Towarzyszyłem mu" w problemach małżeńskich, szanowałem to, że z lekką pogardą wypowiadał się o swojej wierzącej żonie. Ceniłem go za precyzyjne opisy od kuchni Tour de France. Sprawił, że tenże wyścig stał się czymś ważnym w moim życiu, co roku starałem się uważnie śledzić rywalizację w Alpach i Pirenejach. Dzięki niemu znam Alpe d'Huez, Galibier, Tourmalet. Poprzez niego miałem okazję spędzić sporo czasu oglądając Eurosport i słuchając wybitnych komentatorów - Tomasza Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego. Armstrong sprawił, że tak niesamowicie nudny sport jak kolarstwo potrafiło mnie zainteresować.

 (zdj. guardian.co.uk)

A teraz co?

Jego legenda upada. Proces dopingu - wieloletniego... - staje się faktem, nie tylko zarzutami zazdrosnych ludzi, frustratów, którzy zostali na nim przyłapani i tego samego życzą Armstrongowi. Wygląda na to, że była to wielka machina, która oszukała cały kolarski świat, bo przecież raczej do roku 2005 tylko nieliczni wierzyli w winę Amerykanina. Większość stała za nim murem i podziwiała wielki, niesamowity powrót do sportu i wielkie zwycięstwa. Dziś wydaje się, że była to wielka mistyfikacja.

A ja czuję się oszukany. Z dumą nosiłem żółtą opaskę "Livestrong" - fundacji Lance'a walczącej z rakiem. Teraz mam ochotę ją wyrzucić. Ten facet chyba po prostu marketingowo wykorzystał fakt, że był chory. A może wcale chory nie był? Może to też jedno wielkie kłamstwo? Skoro człowiek perfidnie kłamie, przez wiele lat oszukuje cały świat - skąd pewność, że wcześniej mówił prawdę? Po raz kolejny przekonuję się, że czas dorosnąć i żyć w prawdziwym świecie - świecie kłamstw, manipulacji, oszustwa, pogardy dla szczerości, uczciwości. Gdzie bohaterowie są antybohaterami, gdzie zwycięzcy stają się przegranymi, gdzie liczy się tylko i wyłącznie kasa.

Wolę nie myśleć, co by było gdyby na dopingu był np. Leo Messi (a niektórzy rzucają oskarżenia dotyczące kuracji hormonem wzrostu w wieku 13 lat), Kobe Bryant (koszykarze NBA odmawiają kontroli antydopingowych na IO), Usain Bolt albo np. Adam Małysz... Czy jest jeszcze coś takiego jak normalny sport? SPORT? Czy już może tylko wyścig za admiracją widzów, którzy być może za niedługo zgodzą się na doping, byleby tylko widowisko było bardziej efektowne? Kto wie, czy sternicy w poszukiwaniu większych zysków sami nie zmuszą sportowców do dopingu?

A gdzie w tym wszystkim prawda, uczciwość, szacunek dla wiernych kibiców? Czyżby słowa "tak biegnijcie, abyście nagrodę zdobyli" w tym przypadku oznaczały zwycięstwo za wszelką cenę? 

"Where do we go, nobody knows"... - dokąd zmierzasz, sporcie? Dokąd zmierzasz, świecie?

środa, 10 października 2012

bajzel w głowie przeziębionego

Skserować coś.
Może coś zjeść.
Obejrzę odcinek HIMYM.
Muszę iść wcześniej spać.
Nie, godzina jeszcze młoda.
Posłucham Muse.
Zajdę do kuchni zrobić sobie kolację.
Skoczę do Bogusia.
Muszę wytrzeć nos.
Czy wziąłem już tabletki?
Czy wszyscy wiedzą o aktualizacji ogłoszenia w sprawie akademika?
Muszę zrobić sobie inhalację.
Nie skończyłem tłumaczyć tekstu na literaturę teologiczną w jęz. angielskim!
Otworzę okno.
Nie, to był zły pomysł.
Kichnąłem.
I znowu muszę wycierać nos.
Muszę zrobić sobie kolację. Zaraz. Piszę to już trzeci raz.


Totalny chaos. Każdy na swój sposób przeżywa przeziębienie. Są tacy twardziele, których w ogóle to nie łapie - i tu pozdrawiam mojego współłazienkowicza (i po cichu mu zazdroszczę). Są tacy, którzy przez pewien okres w życiu nie rozstawali się z Ibuprom Zatoki i ciągle chodzili zakatarzeni - ukłon w stronę brata i bratowej ;) Są alergicy, którzy cierpią raz na jakiś czas, ewentualnie stale w obecności elementów, na które mają uczulenie. Pośrodku są również tacy, którzy nadają się na statystycznych Polaków. Ogólnie są zdrowi, ale ze 3 razy w semestrze są chorzy. Osobne zdanie należy się ekstremalnym przypadkom - np. wyznawcom Odyna. Wraz z nimi choruje cały akademik. Tak. Dosłownie. Tyle że on cierpi na druzgocący kaszel, inni na druzgocący hałas przy kasłaniu owego wyznawcy. Są wreszcie tacy, którzy mają dobrą odporność i rzadko zdarza się, że coś ich dopada. Ale jak już coś dopadnie - wydaje się, że to koniec świata.

Do tej ostatniej grupy zaliczam się ja. Kiedy jestem przeziębiony, wie o tym cały świat, muszę to wszędzie podkreślać. Dodatkowo lubię przeżywać to w egzaltacji, lubię być widoczny w swojej dolegliwości. Oczywiście użalam się nad sobą, próbuję wzbudzić współczucie innych. (to tak z przymrużeniem oka ;))

Niemniej jednak nie znoszę przeziębień. Ogólnie nie lubię się źle czuć. Wtedy nie umiem logicznie myśleć, w mojej głowie jest chaos, jestem niesamowicie niepozbierany, a mój humor bardziej niż zwykle jest wisielczy. Wzrok - bez kamizelki kuloodpornej nie podchodź. Jak dochodzi do kumulacji tej nieprzyjemnej sytuacji - zaczynam nie liczyć się z otoczeniem tylko staję się mega-okropnie-wkurzający. Dodatkowo, jest tyle rzeczy, które mógłbym tu napisać, tyle tematów, które dosłownie czekają na rozwinięcie (np. powrót do Warszawy, pierwsze zastępstwo na mazurskiej ziemi, bycie Starszym Bursy)... a ja nie mam na tyle koncentracji, by się skupić i to napisać.

Więc, ogólnie rzecz ujmując, najlepiej by było, gdyby te prochy (LEKARSTWA!) pomogły. Skorzystam na tym nie tylko ja :P

piątek, 21 września 2012

najpiękniejszy wieczór w życiu

Stało się. Po raz pierwszy w moim życiu miałem okazję pojawić się na wielkim, stadionowym koncercie wielkiej, światowej gwiazdy. 19. września na zawsze pozostanie w moim sercu specjalną datą. Bo właśnie wtedy, o 21.05 rozpoczął się koncert Coldplay na Stadionie Narodowym w Warszawie - najlepsze 105 minut w moim życiu.

(fot. Bartek Syta/Polskapresse)

Warto było czekać od 14.45 pod bramami stadionu. Teoretycznie bramy organizatorzy mieli otworzyć o 16. Ale (i chwała im za to!) otworzyli je już o 15.45 - być może ze względu na padający deszcz. Tym samym, będąc przygotowanymi na to, że trochę postoimy nim dostaniemy się pod scenę, tuż pod barierkami byliśmy punktualnie o 16. No i zostało całe 5 godzin do momentu, kiedy Chris, Will, John i Gary wyjdą na scenę. 5 godzin stania w jednym miejscu.

A tu na dodatek zaczęło padać. Na szczęście nie były to jakieś mocne opady, zresztą, ok. 18 przestało. Pomimo tego, że robiło się coraz ciaśniej, a wokół nas (specjalne pozdrowienia dla Hani, Mony i Olgi) przybywało nastolatek dzielących się swoimi przygodami ze szkolnej ławki, staraliśmy się nie narzekać. Powtarzaliśmy sobie, że trzeba wytrzymać do 19, a potem już jakoś pójdzie. Tak też się stało.

Punktualnie o 19 na scenę wyszła? wyszli? "Charli XCX" - czyli jeden koleś na bębnach, jeden na klawiszach i babeczka, która postanowiła śpiewać. Ok, może i nie jestem wielkim znawcą, ale ten support był beznadziejny. Tragiczne nagłośnienie, babeczki w ogólnie było słychać, nie mówiąc już o tym, by zrozumieć o czym śpiewa, a jej taniec... przypominał mój. Czyli był bardzo, bardzo kiepski. Nie można tej pani zarzucić braku energii - chciała rozruszać tłum. Ale kapkę jej to nie wyszło ;)

Punktualnie o 19.45 na scenie pojawiła się Marina & The Diamonds. Nie kojarzyłem tego zespołu, co nie zmienia faktu, że zagrali naprawdę fajnie, Marina świetnie śpiewała i kapitalnie wyglądała ;)


Niedaleko mnie stały fanki Mariny, które śpiewały każdy kawałek - pojawiał się mały przedsmak tego, co czeka nas o 21.

No i właśnie. Pora na danie główne. Kiedy o 20.30 pojawiła się ekipa techniczna, która zaczęła szykować scenę dla gwiazd wieczoru, czuliśmy już w powietrzu atmosferę szczęścia, szaleństwa i olbrzymiej pozytywnej energii. Na usta cisnęły mi się słowa - to się nie dzieje się! Niektórzy czekali na ten moment 11 lat, niektórzy 4, niektórzy w zeszłym roku na fali mainstreamowego "Mylo Xyloto" postanowili wybrać się na koncert, a jeszcze inni pojawili się tam w ostatniej chwili. Ale podejrzewam, że nikt z ok. 50 tys. ludzi nie żałował, że dotarł na koncert Coldplay.

fot. Bartek Syta/Polskapresse

Jeżeli chodzi o sam koncert - wiecie, ciężko opisać słowami chwile czystego, niczym nie zmąconego (no, może nie do końca, słowo klucz - pęcherz...) szczęścia. Ciężko to uchwycić. Dlatego przywołam tu kilka momentów, które szczególnie (nie chcę opisywać 105 minut, zanudziłbym tu was) zapadły mi w pamięć:

1. Początek (Back to Future theme/Mylo Xyloto) - niesamowite uczucie. Kiedy przed twoimi oczami, w odległości 10 metrów jest twoja ulubiona grupa muzyczna... to dobry moment na wzruszenie się.


2. Pierwszy raz opaski zaczynają świecić (In my place) - morze kolorów na trybunach, w Golden Circle... coś niesamowitego.
3. Morze konfetti (In my place) - prostymi środkami Coldplay osiągnęło piękny efekt, utonęliśmy w morzu motyli i innych stworzeń zrobionych z bibuły. Prawie jak w śnieżną noc, próbowaliśmy to zbierać, różnie to wychodziło, miałem potem pełno brokatu we włosach i konfetti w kapturze ;)
4. Chwile, kiedy cały stadion śpiewa jak jeden mąż (np. Scientist) - Polak potrafi :)
5. Nawet te piosenki, które odstawia się na półkę (Yellow), potrafią oczarować.
6. Mogłem na żywo usłyszeć magiczny wstęp do "God put a smile upon your face". Pure awesome.
7. Mogłem na żywo usłyszeć "Up in Flames". I wyśpiewać to z całym stadionem. Amazing.
8. Niewiele chwil w życiu mogą równać się z uczuciem, kiedy chłopaki zagrały "Warning Sign" - inne harmonie, inna głębia i poczułem się wspaniale. Chyba najlepszy kawałek pod względem muzycznym na koncercie.
9. Kiedy wszyscy skaczą w ekstazie do "Don't let it break your heart" - trzeba znaleźć się w środku tego kotła. Ja miałem ten przywilej :)
10. Móc usłyszeć "Viva la vida" - ten kawałek, od którego się zaczęło... bezcenne.


11. Po raz kolejny kapitalny motyw ze świecącymi opaskami... "Charlie Brown" - piękne.
12. Para, para, paradise. Nie lubiłem tego kawałka, ale na koncercie brzmiał doskonale.
13. Najpiękniejsza ballada (w moim odczuciu) Coldplay "Fix you" chwytała za serce. "And I will try to fix you". Breath taking.


14. Koniec i szaleństwo przy "Every teardrop is a waterfall" - olbrzymia radość, ale też świadomość, że to już po wszystkim. Ech.

Do dziś mam w uszach "ooooo-ooooo-ooooo-ooooo-ooooo" z "Viva la vida" - pięknieśmy to śpiewali.
Piękny koncert, Coldplay is awesome and legendary.

The best 105 minutes ever.

P.S. Więcej zdjęć tutaj.

poniedziałek, 10 września 2012

szkraby kuzynostwowe


Długo już nie pisałem o szkrabach w mojej rodzinie. Dziś przyszedł czas na część trzecią - dzieci mojej kuzynki Ady i jej męża Tomka ;)

Są trzy - Ania, Ina i Lena.

Ania, najstarsza, zaczęła właśnie szkołę podstawową.
Była pierwszym dzieckiem, które pojawiło się w naszej rodzinie, odkąd jestem świadomym uczestnikiem życia rodzinnego. Do dziś czuję się jak kretyn, kiedy przypomnę sobie ślub mojej siostry i szwagra, kiedy to jako 15-letni szczaw, który zupełnie nie ma pojęcia o życiu, postanowił udzielić rady (sic!) Tomkowi, jak uspokoić płaczącą Anię. Tak, to jedno z wspomnień, które wciąż przypomina mi, że bywają momenty, kiedy jestem po prostu... głupkiem. Z tego miejsca, Tomku, bardzo cię przepraszam. Do dziś jest mi za to wstyd. Twoja mina wtedy była bezcenna. ;)
Dziś Ania jest rozsądną dziewczynką, która świetnie kopie piłkę i co więcej - umie ją opanować, żeby jej nie uciekła. I robi to lepiej niż wielu naszych pożal-się-Boże-reprezentantów...

Ina. Myślę, że jej rodzice zgodzą się ze mną, gdy napiszę, że jest to istny żywioł. Mała osóbka, która posiada w sobie pełno energii. Jest bardzo samodzielna, wszystko chce robić sama. Jednocześnie bardzo przywiązana do swojej mamy, uwielbia się do niej przytulać i przebywać na jej rękach. Mimo że często się mnie wstydzi, wybiera mnie czasem na swojego kompana do gry w Memo/Domino. I co ciekawe - cieszy się z tego, że zdobywam punkty bardziej, niż gdy ona sama je zgarnia, swoisty fenomen ;)
Moim zdaniem (co wcale nie musi być prawdą), Ina jest najbardziej charakterna spośród dzieci Ady i Tomka. Ania jest najstarsza, więc wie, że czasem zwyczajnie trzeba ustąpić. Lenka jest za mała, żeby pewne rzeczy zrozumieć, a dodatkowo, jest chyba najspokojniejsza z sióstr. Za to Ina jest niezwykle wyrazista i potrafi zaskoczyć. Niemniej jednak, jest bardzo kochanym dzieckiem.

No i Lenka, moja chrześniaczka. Gdy Ada zadzwoniła do mnie i poprosiła mnie o ten przywilej (a zarazem wielką odpowiedzialność), byłem w szoku. Nie spodziewałem się tego. To dla mnie wielka nobilitacja. I cieszę się, że mogę być osobą, która w jakimś stopniu będzie odpowiadać przed Bogiem za jej wychowanie (pytanie, czy moja radość jest uzasadniona, czy Bóg się cieszy i czy Lenka oraz jej rodzice się cieszą z mojej postawy...). Fajnie jest obserwować jej rozwój. Szczególnie podobają mi się jej blond włosy (których na tych zdjęciach nie widać, bo nieco straciły na aktualności), spokój na jej twarzy, jej spojrzenie, którym obdarza wszystkich tych, którzy się do niej uśmiechną. Jak na najmłodszą w rodzinie, Lenka czasem jest przez swoje siostry spychana na bok, ma problem, żeby zdobyć zabawki. Ale dziś miałem okazję zauważyć, że potrafi zawalczyć o swoje. Nauczyła się, że z dwoma starszymi siostrami trzeba pokazać, że jest się twardzielem. I myślę, że daje radę.


Jeszcze tylko słowo o tych, bez których dziewczynek nie byłoby na świecie - obserwując Adę i Tomka, przechodzę lekcję rodzicielstwa. Tomek dosłownie szaleje ze swoimi córkami, one uwielbiają, kiedy się z nimi bawi, kiedy się wygłupia. Ich twarze i oczy wyrażają wszystko. A Tomek jest dla mnie inspiracją.
Podejrzewam, że bycie matką tak różnych dziewczynek musi być olbrzymim wyzwaniem. Ada przyznaje, że często w domu jest sajgon, że pada na twarz, że brakuje jej sił. Ma do pomocy jednak swoją mamę i babcię, które pomagają jej jak tylko mogą i są dla niej wielkim wsparciem. Ogarnięcie domu, trójki dzieci jest dla mnie misją prawie-że-niemożliwą. A ona tego dokonuje, więcej, jest w stanie zorganizować sporą imprezę urodzinową w swoim domu. Wiem, że ja nie byłbym w stanie tego zrobić. Podziwiam jej siłę, jej motywację, jej energię i miłość, jaką żywi do dzieci i do swojego męża. To kolejne źródło mojej inspiracji. Cieszę się, że mogę ich znać, mieć z nimi kontakt i obserwować, jak radzą sobie z wychowywaniem dzieci.


wtorek, 4 września 2012

inna perspektywa

Przez większość mojego życia koniec sierpnia i początek września kojarzył się wręcz dramatycznie. Nienawidziłem września.
Natomiast teraz uważam wrzesień za jeden z piękniejszych miesięcy w roku ;)

Kiedyś na moją sąsiadkę i jej chłopaka patrzyłem jak na zwyczajnych moich znajomych.
Natomiast teraz, gdy są już po ślubie, patrzę na nich nieco inaczej. Z zaciekawieniem, jeszcze większą sympatią, obserwując, jak dołączają do drużyny pierścienia.

Kiedyś cudze problemy bywały tylko i wyłącznie cudzymi problemami, które zupełnie na mnie nie wpływały.
Natomiast teraz mimo, iż ciągle bezpośrednio nie dotykają mojego kupra, to chcąc nie chcąc, sięgają moich myśli i choćbym nie wiem jak się starał, nie mogę przejść obok nich obojętnie. No nie ma opcji.

Jeszcze 2 lata temu na samą myśl o wyjeździe do Warszawy włos jeżył się na mojej głowie. Zmiana otoczenia, nowe, wtedy niewyobrażalne, wyzwania po prostu mnie przerażały.
Dziś dominują chwilę, kiedy nie mogę doczekać się powrotu.

Nigdy nie byłem wielkim fanem Opla Astry.
Ale po weekendzie, kiedy miałem okazję trochę nim pojeździć, jestem wręcz zachwycony ;)

Długo walczyłem z poczuciem, że jestem osobą, która nie ma zbyt wiele ciekawego do powiedzenia, gubi się w tłumie, wymięka.
Na chwilę obecną coraz częściej wychodzę z cienia niedocenienia przez samego siebie i niskiego poczucia wartości. Czy jest to zmiana na lepsze? Nie mnie oceniać.

Kiedy patrzę na to, co za mną, na to, co kiedyś tak mnie pochłaniało, wywoływało tyle skrajnych emocji - nie mogę uwierzyć w to, gdzie teraz jestem. Przeszłość traktuję wciąż z nostalgią, ale coraz częściej ze śmiechem - jak mogłem być tak głupi, niepozbierany?

Mam nowych bohaterów. Pewne autorytety ustąpiły miejsca innym, wcześniej nieznanym. System wartości wciąż jest w trakcie nanoszenia mniejszych lub większych poprawek (w zależności od dnia i nastroju). A wszystko to zasługa/wina Innej Perspektywy. Coraz częściej przekonuję się, że momentami bardzo mi jej brakowało i nadal brakuje. Ale myślę, że nieodłączną cechą tejże Innej Perspektywy jest czas - który pozwala nabrać dystansu. Wtedy wszystko widać inaczej.

Na szczęście pewne rzeczy pozostały na swoim miejscu :)

środa, 22 sierpnia 2012

dom

Moje miejsce. Punkt odniesienia. Teren, do którego mogę wracać.
Dobrze go mieć. Dobrze mieć tych, którzy w nim są.

Coraz więcej czasu spędzam poza nim. Coraz częściej gdzieś wyjeżdżam, przebywam w Warszawie - automatycznie mniej czasu spędzam w domu. Wiem, że to jest naturalna kolej rzeczy... Wiem, że tak musi być. Godzę się na to, w wielu momentach mi to odpowiada.

Ale dobrze jest mieć gdzie wrócić :)

Pierwsze praktyki parafialne za mną. Wrażeń sporo, a zmęczenie nie pozwala się jakoś strasznie rozwodzić. Spróbuję więc opisać je w 9 zdaniach - tyle liter ma Grudziądz.

Niezwyczajne miejsce.
Odczuwalny spokój.
Upalnie.
Wpieniające stada komarów, które postanowiły mnie gryźć.
Urzekająca starówka.
Czasem przybijająca samotność.
Przyjemni ludzie.
Nadrabianie zaległości.
Cenne doświadczenie mające jakiś Boży cel.

Było naprawdę fajnie. Ale przede mną jeszcze ponad miesiąc, nim wrócę do Wawy. I mam nadzieję, że też będzie fajnie. Choć nie, inaczej. Jestem prawie pewien, że będzie fajnie. Pewnych rzeczy już naprawdę nie mogę się doczekać.

Na dobranoc nuta, która chodzi mi po głowie dobre 48 godzin:


poniedziałek, 13 sierpnia 2012

best man

Wpis inspirowany końcówką 12. odcinka 6. sezonu "Jak poznałem waszą matkę".

Byliście kiedyś w sytuacji, kiedy sporo myśleliście o swoim życiu, o decyzjach, które podjęliście/których nie podjęliście?
Rozważaliście kiedyś hipotetyczny powrót do przeszłości i pójście inną drogą?
Zadawaliście sobie pytanie "co ja tu w ogóle robię?"?

Dużo ostatnio myślę. Myślcie sobie co chcecie, ale wiele cennych refleksji, które pojawiło się w mojej głowie było wywołanych intensywnym oglądaniem "Jak poznałem waszą matkę". Fajnie byłoby kiedyś zebrać najbardziej wyjątkowe dla mnie momenty w jednym wpisie... (np. Barney mówiący o Jezusie jako założycielu "Zasady trzech dni", kostka żony Teda, "Suit-jamas", the Leap i kilka innych), ale nie o tym mowa. Są odcinki, w których puenta daje kopa do myślenia, konfrontuje z własnym życiem.

W ostatnim czasie kilka razy zadano mi pytanie: co sprawiło, że poszedłeś na teologię? Parę razy tytułowano mnie księdzem. Czwartą niedzielę pod rząd wchodziłem na ambonę, by zwiastować (lub tłumaczyć z angielskiego) Słowo Boże. Moje rozmowy w zdecydowanej większości dotyczą spraw kościelno-parafialnych. Od października wracam na studia, gdzie trzeci rok będę zagłębiał się w teologiczne niuanse. A przy tym nie przestanę przecież być synem księdza.

Efektem motyla, dzisiejszego popołudnia intensywnie zacząłem zastanawiać się, do czego wszystko to prowadzi. Nie, nie oznacza to, że w momencie wyboru studiów nie zdawałem sobie sprawy, na co ewentualnie się piszę. Nie chodzi o to, że mam jakieś wątpliwości. Nie próbuję tu sugerować, że zdałem na drugi kierunek i rzucam to, co robiłem do tej pory. Ale myślę, że w życiu każdego człowieka pojawia się moment, gdy pytamy samych siebie: czy jestem na dobrej drodze? Czy jestem we właściwym miejscu, dążąc do tego, co dla mnie najlepsze? Czy jestem tym, kim chcę być? Czy dążę, by robić to, co daje/da mi w przyszłości satysfakcję?

Nie brakowało oczywiście również mniej poważnych myśli.
Czy to, że większość moich znajomych hajta się/zaręczyło się/chodzi ze sobą i myśli o ślubie, powinno mnie, singla, zaalarmować, zaniepokoić?
Czy to, że niektórzy moi znajomi (nie z piątego roku) mają już tematy swoich przyszłych prac magisterskich powinno mną zdrowo wstrząsnąć?
Czy to, że ludzie dookoła mnie biorą drugi kierunek, czyni ze mnie lesera, który idzie na łatwiznę i studiuje tylko na jednym?
Gdzie widzę siebie za 5 lat? Jakiego siebie widzę za 5 lat?

Dokonałem też pewnego odkrycia. Jak już wspomniałem, ostatnio zdarza mi się częściej stawać na ambonie. Nie wiem, czy wiecie jak to jest, w każdym razie zawsze wywołuje to we mnie bardzo silne emocje. Przed każdym kazaniem modlę się o to, by Bóg działał i używał mnie jako narzędzia, nic ponadto. Wiecie, czasem piszę kazanie, które już w trakcie pisania mnie porywa, niesamowicie mi się podoba, czuję, że jest w nim moc. Takie próżne, kretyńskie myśli małego studenta, który walczy z pychą. Ale zdarzają się też fragmenty, których nijak nie da się przejść. Po prostu stoi jak ość w gardle i nie ruszy w górę ani w dół. Tak miałem też przy okazji ostatniej niedzieli. Kiedy skończyłem pisać kazanie, byłem w 100% pewien, że jest po prostu beznadziejne. Zupełnie nie czułem się do niego przekonany. Więc kiedy modliłem się tuż przed zwiastowaniem, moja modlitwa była banalnie prosta: Panie Boże, Ty widzisz, jak zupełnie nie czuję tego, co mam zaraz powiedzieć. Ty mnie znasz, widzisz cały mój syf, widzisz, że jestem niegodny by głosić Twoje słowo. Ale jesteś Bogiem cudów, więc po prostu działaj. Zbuduj tych ludzi i zbuduj mnie. I pod koniec kazania w spojrzeniu jednej pani dostrzegłem (tak mi się wydaje), że Bóg zadziałał. Sobie tylko znanym sposobem. Ale to nie koniec. Wróciłem do mieszkania. I zrozumiałem (po raz kolejny), że spoczywała (i ciągle spoczywa!) na mnie wielka odpowiedzialność. Wiecie, zwiastowanie to nie taka prosta sprawa, to nie takie hop siup, to nie jest tylko kwestia egzegezy, a potem umiejętnego wygłoszenia/przeczytania tego, co się napisało. Szczególnie wtedy, kiedy chcemy zachęcić słuchaczy do tego, by trzymali się tego, co my mówiliśmy. Mam wrażenie, że ci, którzy przychodzą do kościoła, chcą usłyszeć coś wartościowego. Coś, co ich posili, pokrzepi, doda sił czy też poruszy ich serce (może i jestem naiwnym idealistą, ale naprawdę wierzę, że ci, którzy przychodzą, nie przychodzą tylko ze względu na tradycję). Przychodzą i liczą na to, że ty, kaznodzieja, dasz im to.

A co jeśli ja nie wiem, co powiedzieć? Dodam, że raczej nie podzielam zdania, żeby wtedy "lecieć z Ducha". W mojej opinii kaznodzieja powinien być dobrze przygotowany do tego, co ma zrobić. Ale co, gdy sam ma problem? Gdy nie rozumie tekstu, który jest wyznaczony? Gdy przeżywa trudności? Jak ten, który cierpi, może pomóc innym cierpiącym? Jak ten, który szuka swojego miejsca w życiu, ma pomóc innym go odnaleźć? Jak ten, który sam ma problem z regularnym czytaniem Biblii (bo coraz częściej mi się wydaje, że Boże Słowo to kerygmat - zwiastowanie, a nie sama Biblia ;)), ma zachęcać do tego innych?

Jak? Hm. W moim odczuciu powinien starać się być autentycznym, szczerym. Nie jest powiedziane, że ksiądz musi mieć pigułki na każdą chorobę, każdy problem. A może jednak powinien mieć? Widzicie, zauważyłem problem. Problem, który jest moim udziałem. Otóż - co ze zwiastującym? Owieczkami ma się kto zająć - jest przecież ksiądz, czyli zwiastujący, jest rada parafialna, lider młodzieży. No ale kto pomoże księdzu? Kto pomoże kaznodziei, kiedy ten ma gorszy moment. Zaraz, chwila, ale to ksiądz w ogóle może takowy mieć? No ok, ksiądz może i tak, bo wiele przeżył, z wieloma ludźmi pracował i wie, jak to jest. Ale żeby student teologii miał tego typu problem? No chyba musi być jakiś słaby psychicznie lub po prostu nie nadaje się do bycia duchownym. Prawda?

To jest moje odkrycie: zwiastujący też mają swoje kryzysy. Nie mają weny na kazanie, pokłócili się z żoną, są zranieni przez parafianina, ich relacja z Bogiem stoi w miejscu. I co wtedy?

I tu dochodzimy do tytułowego best mana. W odcinku, który przywołałem na początku, Ted ochrzania swoich przyjaciół za to, że zamiast zrobić to co powinni, zrobili totalną tego odwrotność (Robin przyjęła tandetną pracę, Barney zaczął szczodrze innym pomagać, ale w trakcie się rozmyślił, a Lily i Marshall stwierdzili, że jednak nie są gotowi na dziecko i postanowili znowu wieść szalone życie) i odsyła ich, by zmienili swoje postępowanie, wskazuje im właściwą drogę (Robin przyjmuje inną, bardziej wartościową pracę, Barney ofiarowuje swoje garnitury dla fundacji dobroczynnej, a Lily i Marshall uświadamiają sobie, że są jednak gotowi i chcą mieć dziecko). W końcowej scenie Robin mówi do Teda "Fajnie, że to zrobiłeś. Wszystkim było to potrzebne, zwróciłeś nas w dobrym kierunku". Prosi go potem o to, by (o ile to kiedykolwiek nastąpi) był świadkiem na jej ślubie - z ang. best man'em.

Może czasem zwiastujący jest takim best man'em - wskazuje ludziom dobry, Boży kierunek. Ale przecież jemu też ktoś musi wskazać drogę, prawda? Ale kto?




czwartek, 9 sierpnia 2012

pustelnik

Jeszcze tydzień temu byłem otoczony 60 dzieciakami, 16 Amerykanami i 14 polskimi opiekunami. Nie miałem czasu na to, aby na chwilę siąść i pomyśleć, ciągle coś się działo. Czasem nawet udanie się do toalety wymagało precyzyjnego planu :P
Teraz, owszem, jestem otoczony kilkoma tysiącami ludzi. Problem tylko taki, że ci ludzie śpią już snem wieczystym. Tak. Mieszkam na cmentarzu.

Tydzień temu każdy posiłek rozpoczynałem śpiewaną modlitwą stołową i pozostali do mnie dołączali.
Teraz, gdy siadam do pustego stołu, nie mam nawet komu powiedzieć smacznego.

Bywały tydzień temu momenty, kiedy czas biegł tak szybko, że byłem w stanie potakiwać starszemu pokoleniu, które non stop powtarza, iż "teraz czas tak szybko leci...". Brakowało czasu żeby spokojnie pobyć z samym sobą i pomyśleć.
Teraz tego czasu jest aż nadto. I mam wrażenie, że czasem czas staje w miejscu. No i przebywam głównie sam ze sobą. I mogę w spokoju pomyśleć - brakowało mi tego.

W sumie minęło dopiero kilka dni, jak jestem w mojej pustelni. Ciężko więc w pełni oceniać ten czas, wiele przecież jeszcze może się stać. Jedno jest jednak pewne i widoczne na pierwszy rzut oka - między obozem a pustelnią istnieje olbrzymi kontrast. I teraz tylko od punktu widzenia zależy, czy jest to dobry czy zły kontrast. A może wcale nie musi być takiego rozróżnienia?

Myślę, że to wszystko, co nas spotyka, ma jakiś cel. Często dostrzegam go od początku. Czasem potrzebuję czasu, żeby go pojąć. Bywają też momenty, kiedy do dziś nie rozumiem, dlaczego się coś stało, dlaczego dane zdarzenie miało miejsce (choćby zamieszania zdrowotne w trakcie tegorocznego obozu). Myślę jednak, że wszystko ma Boży cel, którego chwilowo jeszcze nie widzę. Każde doświadczenie nas kształtuje, wzmacnia nasz charakter, pozwala uświadomić sobie, jak wiele mamy na co dzień, kogo zostawiliśmy w naszym domu i do kogo/czego będziemy wracać :) (i na co możemy mieć wciąż i wciąż nadzieję...)

P.S. Czasem brak internetu potrafi być błogosławieństwem. True story.

piątek, 3 sierpnia 2012

back to reality

Siedzę sobie na kanapie i oglądam Igrzyska Olimpijskie. Zastanówmy się jednak, jak wyglądałby mój dzień, gdyby jakimś cudem obóz JEC 2012 trwał nie 10, a np. 14 dni...

1. Na nogach byłbym już od 7.30.
2. O 8 mielibyśmy poranne spotkanie z kadrą, połączone z rozważaniem i przedstawieniem planów na dzisiejszy dzień.
3. Zjadłbym pyszną, świeżą bułkę na śniadanie.
4. O 9.30 śpiewałbym z obozowiczami różne piosenki, wysłuchałbym kolejnej historii o Eliaszu, ogłosiłbym obozowiczom, o której idą dzisiejszej nocy spać.
5. Od 11 miałbym chwilkę czasu żeby albo odsapnąć przed resztą dnia albo żeby zaplanować rzeczy na kolejne dni.
6. Zjadłbym pyszny obiadek (niemniej jednak mam nadzieję, że pomimo to dziś zjem dobry obiad ;)).
7. Posiedziałbym na warsztatach muzycznych, a potem pobiegałbym z dzieciakami na sporcie.
8. Zjadłbym dobrą kolację.
9. Zagrałbym z dzieciakami w "Prison Dodgeball", ewentualnie posędziowałbym "Capture the Flag".
10. Wysłuchałbym kolejnej części historii misyjnej.
11. Mógłbym pogadać z polskimi opiekunami o dzisiejszym dniu, wymienilibyśmy uwagi i spostrzeżenia.
12. Być może pilnowałbym dziś ciszy nocnej.
13. A na koniec dnia zagrałbym z Amerykanami w "Prawo Dżungli"/obejrzałbym z Baśką i Mają kolejne odcinki HIMYM + modliłbym się, żebyśmy nie musieli już więcej drżeć o zdrowie dzieci lub opiekunów...

Mimo że jestem przyzwyczajony do tego, że to, co dobre, niesamowicie szybko się kończy, to czuję się paskudnie. Zżyłem się z dzieciakami, Amerykanami, polskimi opiekunami. Przyzwyczaiłem się do hałasu, zmęczenia, tego, że ciągle coś się dzieje i co chwilę coś ktoś ode mnie potrzebuje ;) Bardzo lubię uczucie pozytywnego zmęczenia, które często towarzyszyło mi w trakcie obozu. Niestety, prowadzenie obozu ma jeden minus - nie ma się tyle czasu, by nawiązać dobry kontakt ze wszystkimi opiekunami i Amerykanami. Nie mówiąc już o nawiązaniu fajnych relacji ze wszystkimi dzieciakami. Tego mi chyba najbardziej brakuje. Ale i tak jestem Panu Bogu niesamowicie wdzięczny za ten czas, który mogłem przeżyć. Jestem Mu wdzięczny za każdego obozowicza, polskiego opiekuna i amerykańskiego nauczyciela.


P.S. Kolejny wpis z Pustelni.

piątek, 20 lipca 2012

It's getting started! Zaczyna się!

Ostatnie chwile ciszy. Dosłownie!
Ostatnie chwile spokoju. I to nie tylko dlatego, że w niedzielę wracają rodzice.
Ostatnie chwile mówienia tylko i wyłącznie po polsku. Rany, jak ja się przestawię na angielski? 
Ostatnie chwile samotności. O, to akurat uznaję za zmianę na plus :P
Ostatnia noc, która pozwoli się wyspać. 

Hm, ciekawe. Dominuje tu słowo "ostatni" - jeszcze przed rozpoczęciem obozu. Wolę w tę stronę ;)

Dla niewtajemniczonych - od poniedziałku gromadka (dokładnie ok. 60) uroczych, przekochanych, niezwykle grzecznych i ułożonych dzieci w wieku podstawówkowym zwali się na głowę 16 Amerykanom i 13 Polakom. I przy okazji mnie - bossowi Jawornik English Camp 2012. 

Będzie czas zabaw, gier, mówienia po angielsku, śpiewania piosenek, słuchania historii biblijnych, czas ochrzaniania za bycie niegrzecznym (no bo powiedzmy sobie szczerze - dzieci mają to do siebie, że nie słuchają dorosłych :P), czas integracji, śmiechu, wzrastania w wierze. Czas, który zwykle bywał niezapomniany i kojarzył się niesamowicie. Jak będzie teraz?

Czy Amerykanie dotrą bezpiecznie do Jawornika?
Czy potem dojadą do nich polscy opiekunowie?
Czy stworzymy jeden zgodny team?
Czy dzieciaki poczują się jak u siebie?
Czy będziemy umieli się z nimi dogadać?
Czy i tym razem obejdzie się bez wypadków?
Czy dopisze pogoda?
Czy podołam(y)?
Czy Pan Bóg odbierze sobie z tego chwałę?
Czy wszystkie nasze pomysły wypalą?

Proszę was o modlitwy. Bez tego nie ruszymy. 


środa, 18 lipca 2012

lubię to

Widok dzieci biegnących w stronę swoich rodziców po to, by się do nich przytulić i okazać w ten sposób miłość. Lubię to.
Rzucanie frisbee w ciepłym, letnim deszczu. Lubię to.
Siedzenie wieczorem, gdybanie, dumanie, filozofowanie nad własnym i cudzym losem. Lubię to.
Oglądanie "O północy w Paryżu" i utożsamianie się z głównym bohaterem. Lubię to.
Oczekiwanie na obóz. Lubię to.

To tylko skrawek tego, czemu w ostatnim czasie mógłbym dać lajka. Wydaje mi się, że ostatnio łatwiej znajdować mi pozytywy niż negatywy - co jak na mnie jest sporym osiągnięciem. Robienie kolejnych kroków naprzód, uświadamianie sobie tego, iż przeszłość mogła mieć jakiś cel, mogła do czegoś prowadzić, nie była bezcelowa - to wszystko daje coś wartościowego.

Niemniej jednak zawsze musi być jakieś ale. Tym razem dotyczy osławionej, tak często wspominanej Bożej woli. Mówi się, że by ją poznać, należy czytać Biblię i być otwartym na Jego głos. Niedługo potem (to taki książkowy przykład) Biblia otwiera się w jakimś konkretnym miejscu i należy to interpretować jako Boży znak. Albo osoba, która nie ma o całej sytuacji pojęcia, przychodzi z jakimś konkretnym wersetem. Albo w "Z Biblią na co dzień" pojawia się słowo, które doskonale pasuje do tego, przez co teraz się przechodzi. Znacie to? Doświadczyliście tego? A może słyszeliście takie opowieści? Ja poznałem ich już sporo. I wciąż jestem wobec tego sceptyczny. Ot tak. Mówi się, że przypadek to pseudonim Pana Boga. Ale czy z drugiej strony nie da się naciągnąć pewnych okoliczności lub zdarzeń do stwierdzenia, iż to interwencja/głos Boży? A co z naszym rozumem, który dostaliśmy od Stwórcy?

Hm, chyba wracam do formy, bo znowu stawiam kupę pytań. Dodatkowo mogą wydać się obrazoburcze dla konserwatywnych, świadomie wierzących osób (podkreślenie celowe). Tak samo, jak moje słowa o tym, iż świadectwa innych, świadomie wierzących osób mnie nie ruszają. Debata z cyklu "jak nie zachwyca, skoro zachwyca!". Ktoś inny woli świadectwo, ktoś inny kazanie, a ktoś inny wyjątkowo przeżywa liturgię. W końcu Kościół to zbiór ludzi, którzy są od siebie diametralnie inni i każdy ma prawo znaleźć coś dla siebie.

Jedna rzecz tylko nie daje mi spokoju - podkreślanie terminowości/momentu nawrócenia. Jak zwykle jestem przewrażliwiony, ale czy to, że nie miałem owego momentu "kiedy padłem na kolana/podniosłem rękę/wyszedłem do przodu/powiedziałem w sercu swoim" (wybrać odpowiednią sytuację) sprawia, że nie jestem nawróconym, świadomie wierzącym człowiekiem? To, że w moim wypadku był to proces, który nie wiązał się z żadnym Bożym głosem wewnątrz, żadnym abstrakcyjnym poczuciem pokoju w moim sercu, żadną olbrzymią radością i ochotą do tego, by od dzisiaj głosić innym Ewangelię i opowiadać im o Jezusie, sprawia, że coś ze mną nie tak? Że nie można mnie nazwać świadomie wierzącym chrześcijaninem? Ciekawi mnie to, skąd tak łatwo przychodzi nam szufladkowanie ludzi - ten jest wierzący, a ten nie. Ten żyje z Panem, a ten jeszcze jest nienawrócony. Ty nie jesteś nawrócony bo to, tamto i owamto. Musisz zrobić to, to i to. Mnie przypomina to momentami zabawę w Pana Boga.

Żałuję tylko jednego - że tego typu dyskusje zawsze prowadzone są w złym momencie - w pośpiechu, w niesprzyjających okolicznościach. I potem łatwo jest opacznie zinterpretować czyjeś słowa, odnieść mylne wrażenie. I wyrobić sobie opinię o kimś. Opinię niewłaściwą.

niedziela, 15 lipca 2012

dać się zaskoczyć

TE Dzięgielów 2012 to już historia.

Ale za to wyjątkowo fajna i pozytywna historia. Jechałem tam z mieszanymi uczuciami, z obawami, jakoś tak nie byłem mentalnie przygotowany i gotowy na 9 dni pośród ludzi, w miejscu, gdzie tematyka duchowości będzie na pierwszym miejscu. Czasem po prostu są chwile, momenty, gdy człowiek chciałby uciec i pobyć ze sobą sam na sam.

Jak się jednak okazuje, Pan Bóg doskonale wie, co dla człowieka jest najlepsze. Wyjście między ludzi, okazja żeby śpiewać na Bożą chwałę, czas spędzony z tymi bliższymi - lepiej znanymi (dziękuję wam, CMoki) i tymi nieco mniej (moja grupo - thx) był mi bardzo potrzebny. I im dłużej tydzień trwał, tym lepiej się na nim czułem. Wyłączając zmęczenie, które w ostatnim dniu bardzo mocno dokuczało, był to niezwykle pozytywny czas.

Nie oznacza to, że znam odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Nie skutkuje to tym, że nagle moje życie zmieniło się o 180 stopni. Czuję, że na taką zmianę nie ma szans. A przy okazji - potrzeby. Znaki zapytania nie znikają, może po prostu poszerza się perspektywa patrzenia na te pytajniki.

Czas teraz się zregenerować, bo od soboty zaczynamy znowu szaleństwo, tym razem na Jawornik English Camp 2012. Oby było tak samo jak na TE, albo i lepiej!

środa, 4 lipca 2012

Pieśń o spustoszeniu żołądka

(ostrzegam - pieśniarz ze mnie wyjątkowo kiepski, dodatkowo cierpiący na dolegliwości żołądkowe. Więc wybaczcie "formę")

Żołądek w kiepskim jest stanie - jasna to rzecz
cóż pocznie, jeśliś, drogi właścicielu, katował go fast-foodów masą?
Mać twa powtarzała: "Przyjdzie jeszcze czas nieszczęsny ten
Gdy upomni się on o prawa swe!"
I jak to mać - rację owąż miała.

Natenczas onegdaj, z próby w zbożu wracając
począł ów bohater odgłosy pierwsze wydawać
niczym młody koń wędzidła pozbawiony
"Szykuje się zabawna noc" - rzekł głupiec w sercu swoim.
I jak imć pomyślał, takowoż też stać się miało.

Słowem do rodzicieli się nie odezwawszy
pomknął do bram łazienki
(dawniej wychodkiem zwanej)
tam dokonać się miał
wieczoru akt najstraszniejszy

23.55.
To, co zwykle wewnątrz
zewnętrzne uroki świata poznać zapragnęło
i niczym Tatarów armia
hulać poczęło na wodach dotąd nieznanych

Swoiste deja vu
przyszło przeżyć 8 kwadransów później
gdy kolejne pokolenie odkryło
iż oni nie widzieli przecie nic co zewnętrzne.
Z hasłem "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma" na usty, nawałnica ruszyła

I tak minął dziś poranek i wieczór, dzień 5.
Dzień do dnia podobny - z tym samym bólem tępym
a gdy na horyzoncie
wyjątkowo nie burzliwym, lecz spokojnym. Nie sztormowym, lecz cichym
zabłysła nadzieja - głupiec głupią ręką po głupią pizzę głupio sięgnąć się odważył.

Epilog przygody tej taki:
radykalnych postanowień nadszedł przykry czas.
Pepsi, M(a)Com, Kejefom, Pizza Hutom
należy dziś farewell powiedzieć
i uczyniwszy to, gorzko zapłakać.


środa, 27 czerwca 2012

Obserwując Cristiano, czyli Hiszpania - Portugalia NA ŻYWO

Oj, działo się w końcówce, działo się. Mecz ogólnie nudny. Pierwsza połowa - 2:1 w sytuacjach dla Hiszpanii. Druga - raczej dla Portugalii, z setką Cristiano. Dogrywka zdecydowanie dla Hiszpanii, która stworzyła 4 sytuacje bramkowe, w tym jedną stuprocentową. Karne to wojna nerwów. Spaniardzi dali radę, a Bruno Alves okazał się kozłem ofiarnym.

Co do samego Cristiano - miał szanse, nie wykorzystał ich. Lider musi w takich chwilach stawać na wysokości zadania. On dziś tego nie zrobił. Nie dał ciała na całej linii, ale zawodnik aspirujący do miana najlepszego na świecie MUSI w takich chwilach zdobywać gole. CR - zagrałeś naprawdę dobry turniej, pokazałeś, że i w reprezentacji potrafisz grać świetne mecze. Ale czegoś zabrakło. Znowu. Czy będzie inny raz? Może za dwa lata w Brazylii. Ale tam będzie czekał i Messi, głodny tytułu w reprezentacji. Szykują się wielkie mistrzostwa ;)

Cristiano - pozdrawiam Cię serdecznie, życzę wiele szczęścia i zdrowia. Do zobaczenia w Superpucharze Hiszpanii.



Łoł. Nie-by-wa-łe zakończenie. Jak ochłonę, to za momencik słówko o Cristiano.

FAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAABSSSSSSSSSSSSSS!!!!!!!!!!!!
ESPANA EN FINAL!!

Bruno Alves. PUDŁO! 3:2!

Ramos. NIEEEEE... Ufff. Ma koleś cojones. Oj ma. 3:2.

Nani. Pięknie w okno. 2:2.

Chłopak Shakiry. O rany. Ufff. 2:1.

Rzeźnik. Pewnie. 1:1.

Andres. 1:0!

Moutinho. I Casillas! 0:0

Jako pierwszy Xabi Alonso. Ała. 0:0

KARNE: Przyznam, że czuję, iż to Portugalia wygra tę wojnę nerwów. Wielka odpowiedzialność spoczywa na Cristiano. Tym razem jednak powinien dać radę. Nie można w nieskończoność nie strzelać ważnych karnych. 

120': Jednych czeka wielki dramat. Kto odpadnie? Hiszpania czy Portugalia? I jedni, i drudzy dali z siebie wszystko. Wydaje mi się, że obie zasłużyły na finał, żadna na porażkę (bo Hiszpania w dogrywce pokazała, dlaczego zdobyła ME i MŚ). Oj, boję się. 

118': Chyba będą karne. A w nich trudno znaleźć faworyta. To, co tak bardzo lubię w meczu dla mnie neutralnym, spotka mnie w meczu, w którym tak mocno moje serce bije dla Hiszpanii...

116': Hiszpanio! Czemu nie grałaś tak od początku? Czy to tylko kwestia pressingu rywali, którego teraz już brak?

115': Zabrakło największego atutu Pedro - szybkości...

113': Ronaldo w dogrywce więcej leży niż gra.

111': Ależ zrobił się mecz! Moim zdaniem Pepe jednak podawał do bramkarza. Był ruch nogi w stronę piłki. 

108': Te kontry Portugalii są niesamowicie groźne... 

106': Czy tylko ja mam wrażenie, że CR się gdzieś zapodział?

Przerwa międzydogrywkowa: Ajajajaj. Obie drużyny miały sytuacje stuprocentowe. Żadna z gwiazd nie dała rady trafić do siatki. Czy dojdzie do rzutów karnych?

103': Miałeś, chamie, vol. 2. Iniesta - to miał być gol...

99': Dwa razy Cristiano po profesorsku zatrzymany przez Pique vel. chłopaka Shakiry.

91': Emocje jeszcze będą. Tylko czy pozytywne czy negatywne?

Przerwa: Oj oj oj. Takich sytuacji się nie marnuje, Cristiano. To miała być brama. Mogłeś Casillasa zapytać o miejsce w siatce. A mnie rozczarowuje gra Hiszpanii. Nasycenie ich po prostu spowalnia.

90': Miałeś, chamie, złoty róg... Ostał ci się ino sznur. ;) 

87': Xavi out? Hm. Zobaczymy. Pedro całkiem nieźle zagrał z Francją.

83': Jak to mówią Czesi - Wedla!

82': Muszę przyznać, że porównanie o portugalskiej truciźnie wyszło red. Iwańskiemu.

Kolejna szansa dla Cristiano. Będzie gorąco x2.

78': Myślę, że zadecyduje jedna bramka.

75': Mam coraz silniejsze wrażenie, że Hiszpanom wyraźnie się nie chce. Jakby już im nie zależało na kolejnym tytule. 

72': Czy to był faul? Hm. Być może. Wielka szansa dla Cristiano. Piłka po jego stronie.

Uff. Niewiele.

66': Jeżeli któraś z drużyn strzeli gola, czeka nas nawałnica tych, którzy tego gola stracą. Naczy - na pewno nawałnica Portugalii. Czy Hiszpanii? Ciężko stwierdzić.

A Cristiano próbuje asystować. Póki co, jego koledzy walą po trybunach.

61': A Rzeźnik otrzymuje pierwszą żółtą kartkę na turnieju.

(zdjęcie: mtnfootball.com)
60': Próba wymuszenia karnego? Tak. Ewidentna. 

57': O, jest. Ale bez szału.

54': Ktoś widział CR na boisku?

49': Do Bruno Alvesa lepiej nie podchodzić bez parasola ;)

46': Czy to będzie mecz Cristiano? Zobaczymy. 

Z wiadomości niepiłkarskich: Jerzy Janowicz pokonał na Wimbledonie Ernesta Gulbisa i jest w III rundzie!

Przerwa: Mistrz jest słaby. Pressing Portugalii bardzo skuteczny, czapki z głów. Ale nie popadajmy w zachwyt. Poza pressingiem nic wielkiego u żeglarzy nie widać. Ronaldo widoczny raz. Mniej niż Silva, Iniesta. 

Przerwa: zachwyt nad Portugalią. TĄ Portugalią, która rozgrywa turniej życia. W której gra Cristiano, który rozgrywa turniej życia. Krytyka Hiszpanii. TEJ Hiszpanii, która gra beznadziejnie, nudno i w ogóle do kitu. Hm. Kolejne kompleksy? Komentatorzy narzekają, że Hiszpanie nie utrzymują się przy piłce. No to w końcu jak: mają grać nudno czy nie? ZDECYDUJCIE SIĘ!

45': Pan kapitan powinien uspokoić swoich kolegów, bo robią się coraz bardziej nerwowi.

40': Faulowany taktycznie przez Ramosa, który zarobił żółtą kartkę.

37': Redaktorze Iwański, pressing Portugalii też się nie przekłada na bramki. Dlaczego więc krytykuje Pan tylko Hiszpanów za to, że ich gra nic im nie przynosi?

33': Z poświęceniem walczy o piłkę, ale wybija ją na aut.

31': No, pierwsza dobra okazja Cristiano. Strzał minimalnie obok bramki Casillasa. Niewiele, naprawdę niewiele zabrakło.

30': To teraz wywieranie presji na arbitrze, które jest takie nie fair nazywa się "zaangażowaniem całego zespołu". Dobrze wiedzieć.

26': Owacja po podaniu piętą. Chciałem zauważyć że Hiszpanie są w stanie wykonać takie podanie będąc wściekle atakowani przez portugalskich obrońców. I zrobili już to trzykrotnie w tym meczu.

24': Field Goal wykorzystany, 3 pkt. Piękny strzał Panu Bogu w okno.

22': Ronaldo źle przyjął piłkę. Ale tego już red. Iwański nie zauważył.

17': Faulowany tuż przed polem karnym. Będzie rzut wolny. Strzał?

Niewypał. Prosto w mur. Chwilę później poczarował, pokręcił nogą i oddał do Coentrao. "Wyśmienicie" - Iwański. Jak widać, można się tym zachwycać. Mnie póki co nie zachwyca.

15': Długa piłka do niego, ale za mocna. Kciuk w górę, pomysł dobry, wykonanie gorsze.

13': Rajd. Wykorzystał szybkość, zacentrował, ale za głęboko. Ale żeby od razu piać z zachwytu? Zrobił to, co umie. Rozpędził się i dograł w pole karne. Nic więcej.

11': Jest przy piłce. Podał koledze stojącemu najbliżej. 

8': Chodzi po boisku. A Hiszpania mogła prowadzić... 

5': Niewidoczny. A sędzia gwiżdże faule w sytuacjach bardzo wątpliwych. 

1': Jego włosy dzisiaj nieco przygaszone, nie stoją tak, jak w poprzednich meczach ;) czy to znak tego, jak zagra?

Jedno zagranie główką.

20:43: Czyta coś o szacunku i tolerancji dla różnorodności.

20:41: Nie fałszuje. Hm.

Macieju Iwański - Hiszpanie nie śpiewali hymnu. Hymn hiszpański nie ma słów...

20:37: Szczerzy się. To zły znak.

20:30: Chwała Bogu za Stefana Szczepłka. Bo już myślałem, że zapomniano, że CR nie jest najskuteczniejszym piłkarzem w tym sezonie. Taki jeden smerf z Argentyny, co podobno jest na dopingu, strzelił odrobinkę więcej bramek niż Cristiano. Ale żeby nie było - za tyle bramek w sezonie - szacun, Portugalczyku.

20:25: Być może jest to jeden z najważniejszych wieczorów w życiu Cristiano Ronaldo. Czy da radę? Czy wytrzyma presję?

No nie, kuchnia, bez jaj. Naprawdę się staram, jestem w miarę obiektywny, patrzę na Cristiano nieco łaskawszym okiem. Ale jak Szaranowicz rzuca teksty "Ideał doskonałości" o CR, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko siąść w fotelu i gorzko zapłakać.

20:15: Czy fakt, iż nie umiem zrozumieć fascynacji Xabim Alonso, bierze się tylko z tego, że gra on w Realu? A może jednak wcale nie rozgrywa on wspaniałego turnieju, po prostu z Francją strzelił dwa gole?

20:10: Jak dotychczas, najwięcej emocji wywołuje obecność Alvaro Negredo w pierwszej jedenastce Hiszpanów. 
(zdjęcie: sport.pl)

20:05: Mocnymi stronami Cristiano są: szybkość, motoryka, gra głową, drybling, silny strzał z dystansu. Słabą jest jego mentalność, w której nie ma śladu pokory. Jest za to wielka ambicja, mentalność zwycięzcy i porażająca pewność siebie. Aha, zapomniałem jeszcze o gargantuicznym kompleksie Leo Messiego. 

20:02: Niestety, zgodnie z moimi oczekiwaniami przewidywaniami, mecz będzie komentował Maciej Iwański. Wolałbym prawdę mówiąc Szpaka lub Jacka Laskowskiego.

20:00: Podgrzewamy atmosferę. 

 

19:55: Jak zapewne czytelnicy bloga wiedzą, rzuciłem Cristiano wyzwanie. Jeżeli dzisiaj rozmontuje Hiszpanów, ogłoszę go publicznie najlepszym piłkarzem świata i przestanę na jakiś czas go hejtować. Co sprawia, że trochę boję się dzisiejszego meczu. Nie lubię wchodzić pod stół i odszczekiwać teorii, z którymi się utożsamiam i które uważam za prawdziwe ;) 

19:50: Dzisiejszą relację dedykuję mojemu Szwagrowi. Iks, nie przejmuj się dzisiejszą porażką w Fifie. Mam nadzieję, że wynik się nie powtórzy ;) 

19:45: Głupio wyszłoby, gdyby tylko Cristiano podjął się w trakcie dzisiejszego meczu jakiegoś wyzwania. Tak więc postanowiłem skrzętnie opisać jego dzisiejszą grę - komentując każde jego dojście do piłki, każde podanie, strzał, gol, asystę itd. Będzie to ciężkie zadanie, bo zdaję sobie sprawę, że najdroższy piłkarz świata zapewne postanowi być bardzo aktywnym, ale spróbuję. Chcę obiektywnym (seriously!) okiem spojrzeć na Cristiano Ronaldo w półfinale Euro. Bo to on może dać dziś swej drużynie awans do finału w Kijowie.