niedziela, 15 grudnia 2013

Bohaterski wpływ

Gdy 14 grudnia 1953 roku w okolicach leszniańskiego kamieniołomu rozlegał się płacz małego chłopca, nikt nie przypuszczał że to małe istnienie tak mocno wpłynie na los wielu ludzi.

Podejrzewam, że Józef i Helena, rodzice chłopca nie sądzili, jak wiele dumy, radości przysporzy im ich syn. Oczywiście, oprócz tych pozytywnych uczuć pojawiały się zapewne i złość, gniew – każde dziecko lubi się czasem zbuntować, zrobić coś po swojemu. Niemniej jednak spokojny, dzielny malec uczęszczający co niedziela do kościoła pokonując wraz ze swymi rodzicami kilkanaście kilometrów mógł być chlubą, mógł być dumą, był oczkiem w głowie. A gdy wbrew ówczesnemu politycznemu systemowi postanowił realizować Boże powołanie, opierając się na bogobojnym wychowaniu, mimo obaw i wątpliwości – jeszcze mocniej nasi dziadkowie dziękowali w modlitwach i prosili o siły oraz wsparcie.

Jestem przekonany, widzę to bardzo często, że niezwykle mocno wpłynął na życie pewnej młodej dziewczyny z Goleszowa. Nie przejmując się (nie, wróć, zapalenie korzonków nie wzięło się znikąd) początkowymi niepowodzeniami walczył o jej serce. Wierzę, iż była to walka zwycięska. A i owa młoda dziewczyna, która od 36 lat stoi u jego boku traktuje go jak wielkie Boże błogosławieństwo. I mimo wielu przeciwności, mimo momentów trudnych, doświadczających – nie żałuje obranej drogi, podjętych decyzji.

Wiem, że Tatuś bardzo mocno wpłynął na życie swoich dzieci. Nie tylko jest odpowiedzialny za ich istnienie – chwała mu za to, że na tym się nie skończyło. Bycie księdzem i jednocześnie ojcem jest niezwykle wymagające. Życie zawodowe ojca wpływa w wielkim stopniu na życie żony i dzieci. Moje rodzeństwo zmieniało szkoły dwukrotnie, trzykrotnie miasto zamieszkania, ja tylko raz. Różnie mogło to wpływać na nasze relacje z rodzicami, mogliśmy czuć się zawiedzeni, źli, rozczarowani że porzucamy kolegów, znajomych – mam jednak wrażenie, iż wsparcie ze strony rodziców, zapewnienia, iż pojawią się nowi przyjaciele, nowe, wartościowe środowisko – to pomagało radzić sobie z tymi zmianami. Wiem, że gdyby rodzice tak w nas nie inwestowali – dziś być może nikt z nas publicznie nie zabrał by głosu, nic byśmy nie zaśpiewali… Wiem, że gdyby nie ich wychowanie, wskazywanie na Jezusa w codzienności – nasz duchowy życiorys mógł być o wiele bardziej pokręcony. Wiem, że gdyby nie przykład Tatusia – nie obrałbym tej drogi, na której się obecnie znajduję. Gdyby nie jego zaangażowanie, oddanie w służbie, gdyby nie jego codzienny przykład życia z Bogiem, wiecznego optymizmu i zaufania – dziś prawdopodobnie borykałbym się z ciężkim dylematem „co robić w życiu”. Jestem – i myślę, że nie tylko ja jestem za to Bogu wdzięczny – że możemy być waszymi dziećmi, że On obdarzył nas tak wspaniałymi rodzicami.

Wierzę, iż poziom oddziaływania nie kończy się tylko na najbliższych. Wierzę, iż są w Działdowie, Ustroniu, Cieszynie, Goleszowie, Wiśle, Jaworniku domy, ludzie, którzy również odczuli Boże działanie poprzez swego duszpasterza. Wierzę, że nie tylko poprzez służbę kaznodziejską, ale poprzez odwiedziny, rozmowy duszpasterskie, lekcje religii, zwykłe spotkania w sklepie – wpływałeś na tych, których spotykałeś. Wierzę – bo takiego cię odbieram, takiego chcę cię naśladować – że widzą w tobie przede wszystkim Bożego człowieka, który jest normalny. Który się nie wywyższa, ale jest pokorny, świadom swoich wad i zalet, świadom swojej grzeszności – ale i świadom tego, iż Bóg akceptuje i przyjmuje każdego grzesznika. I ty chcesz tę wieść nieść przez całą długość trwania swego życia – w bardzo różnorodny sposób, nie ograniczasz się tylko do niedzieli. Pracujesz 24 godziny na dobę – albo inaczej – służysz nieustannie. Mam nadzieję, iż Pan to widzi, wspiera, a ludzie… starają się to szanować. Choć ty najlepiej wiesz, jak wiele stresu kosztuje cię ta służba, jak wiele niepokoju potrafi wnieść do naszego domu. Podziwiam was że trwacie. Podziwiam was, że ciągle składacie świadectwo. Im dłużej was obserwuję, tym mocniej widzę, jak to trudne, jak wielki ciężar leży na waszych barkach.

Przepraszam was, rodzice, przepraszam cię Tatuś za to, że tak często nie cenię tego, co dla mnie robisz. Przepraszam że nie doceniam twoich wypraw do Bielska na dworzec po mnie, że denerwuję się, gdy nie łapiesz od razu jakiś kwestii komputerowych. Przepraszam że na mojej twarzy tak rzadko gości uśmiech – mimo że nie mam na co narzekać, bo o wszystko się zatroszczyłeś, niczego mi nie brakuje.
Dziękuję za to, kim jesteś dla mnie. Dziękuję, że jesteś moim bohaterem. Dziękujemy, że jesteś naszym bohaterem.

wtorek, 12 listopada 2013

Gorączka medialna - kaczorek-ekolog cz.2


Pierwszy raz doświadczyłem na własnej skórze gorączki medialnej - i udało mi się dostać w sam jej środek. Wszystko ze względu na niezwykłe postanowienie Yeb'a Sano, przedstawiciela delegacji Filipin, który w swoim emocjonalnym przemówieniu podczas otwarcia COP19 postanowił podjąć post (polskie media nazwały to niefortunnie i niewłaściwie strajkiem głodowym) ze względu na to, że jego brat, doświadczony przez straszny kataklizm nic nie jadł od kilku dni. Swoją postawą Yeb chce dotrzeć do decydentów szczytu klimatycznego by osiągnąć jakieś znaczące postanowienia. Postawa z pewnością szlachetna, odważna - tyle że czy coś to przyniesie? I zanim ktoś stwierdzi że jestem nieczuły, brak u mnie empatii etc. chciałbym powiedzieć, że rozumiem heroiczny akt Yeb'a. Tyle że obawiam się, iż COP19 nie podejmie żadnych znaczących decyzji (wszystko jest przygotowane pod COP21 w Paryżu, który ma przynieść jakieś konkretne decyzje, redukcję emisji gazów cieplarnianych od 2020 roku). Boję się, że media zrobią z Yeb'a czystą sensację medialną, o której zapomną jeszcze w trakcie trwania szczytu.

Dlatego też część organizacji postanowiła wesprzeć Yeb'a w jego postanowieniu i dołączyła do dobrowolnego postu. Również Światowa Federacja Luterańska postanowiła utworzyć łańcuch postu, do którego zaprosiła Światową Radę Kościołów, Act Alliance oraz również organizacje międzyreligijne. Również luteranie na całym świecie zachęceni są do dobrowolnej solidarności z Yeb'em i do jednodniowego postu.

I mimo, że idea stara się być jak najmniej łączona religijnie (by w mniemaniu niektórych nie urazić grona osób, które nie są związane z jakimkolwiek wyznaniem), ja uważam, iż należy podkreślić fakt zakorzenienia postu w chrześcijańskiej tradycji. Podczas krótkiej rozmowy z arcybiskupem prawosławnego Kościoła Zimbabwe zostałem pokrzepiony i niezwykle zainspirowany jego pojmowaniem postu. Odwołując się do Biblii, tradycji kościelnej Serafim Kykotis zwrócił uwagę, że post nie może być traktowany jedynie jako wydarzenie medialne, by jakoś zaistnieć czy coś (a tak czasem próbuje się go sprofanować). Przede wszystkim post to czas nie tylko wstrzemięźliwości cielesnej. Człowiek poświęca również więcej czasu na modlitwę. Komunikuje się z górą, by Duch Święty zstąpił na dół. Niezwykle sugestywny opis. Wytłumaczył to tak prosto, że zostałem poruszony jego bezpośredniością. Wierzę, że właśnie ten Duch Święty kierował jego słowami.


Tym samym zachęcam również was do postu. Nie tylko by solidaryzować się z Filipinami i innymi krajami, które obecnie doświadczają piekła na ziemi. Ale również po to, by nadać (a może w sumie przede wszystkim?) temu duchowy sens, pewną niepowtarzalną atmosferę niezwykłego spotkania z Bogiem, oczekiwania na działanie Jego Ducha. Nie po to, by zwrócić na siebie uwagę mediów. By modlitewnie wspierać tych, którzy cierpią, doświadczają bólu ale i by samemu odnaleźć w Bogu uciszenie i wzmocnienie. Taki post, taka solidarność mnie przekonuje. Do takiego postu bardzo chętnie dołączę. Aby kontemplować, wyciszyć się, skoncentrować na tym, co jest najważniejsze. Z dala od polityki, zgiełku mediów, blasku fotoreporterów, wywiadów, radości z tego, że ktoś nas zauważył. Wierzę, że właśnie czegoś takiego oczekuje od nas Bóg.

poniedziałek, 11 listopada 2013

kaczorek-ekolog = COP19 cz.1

Szybkie pierwsze spostrzeżenia z COP19 na Stadionie Narodowym.

Pierwsze wrażenie COP19 – to jest tak ogromne! Gdzie pójść najpierw? Gdzie potem? Tyle ludzi różnych narodowości, ras, religii, politycy, delegaci spoza rządów. Około 15-20 tysięcy ludzi. Imponujące. I gdzieś w środku – ja, mały student teologii Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce. Sprawiedliwość klimatyczna, emisja węgla, obniżenie jego zawartości, próba wpływania na negocjacje, zmiana klimatu, katastrofa na Filipinach – te słowa są odmieniane na wszystkie możliwe sposoby przez delegatów...

Szczyt ma znaleźć odpowiedź, rozwiązanie na zmiany klimatyczne. Ale czy rzeczywiście tak jest? Czy rzeczywiście wszyscy mają na uwadze klimat, ludzi cierpiących w związku z emisją gazów cieplarnianych? Może patrzymy tylko na własny interes – tylko by uniknąć wyższych podatków i opłat za emisję węgla, tylko by przyzwyczaić się do zmian klimatu – bo to przecież w końcu nieunikniony proces, może by uzyskać nieco więcej kasy podczas negocjacji… Dlaczego cała uwaga Polaków skupia się na Marszu Niepodległości a nie na zagadnieniu: „co Polska, co Polacy mogą zrobić by ograniczyć np. emisję tych szkodliwych gazów?”

A może to wszystko nasza wina? Może środowisko nas nie obchodzi? Może pomysły oszczędzania wody, recyklingu, nie wyrzucania plastiku do pieca nas nie interesują? Może inni powinni to robić? Może tylko ekolodzy powinni się tak zachowywać? Czemu chrześcijanie mają się zajmować ekologią? Czemu klimat powinien ich interesować?

Może takie pytania są stawiane w polskim luterańskim Kościele. Dyskusja dotycząca środowiska nie jest domeną synodu. Skupiamy się przecież na innych, bardzo ważnych zresztą, tematach. Ale czy środowisko nie jest istotne? Czy temat odpowiedzialnego zachowania wobec ziemi nie występuje w Biblii? Siedząc w sali plenarnej i obserwując ludzi zastanawiam się – co ja, mały student z Polski, mogę zrobić dla środowiska? Powinienem zostać wegetarianinem? Może powinienem brać krótsze prysznice?

Ale może powinienem również mniej konsumować? Czy potrzebuję wszystkiego, czego używam i nawet jeżeli – czy rzeczywiście powinienem tego używać w tak dużych ilościach? Ile jedzenia zdarza mi się marnować? To tylko moje refleksje. Mogą wydać się śmieszne. Ale ja naprawdę chciałbym zobaczyć że coś zmienia się w polskiej mentalności. Naprawdę chciałbym być pewien, że moje dzieci i wnuki będą w stanie żyć na tej planecie – że coś dla nich zostawimy. Jest pewne stare powiedzenie: nie odziedziczyliśmy Ziemi od naszych dziadków i rodziców. Pożyczyliśmy ją od naszych dzieci i wnuków. Będziemy w stanie oddać ją im w przyszłości?

Postaram się znaleźć na to odpowiedź. Bądźcie na bieżąco.

poniedziałek, 4 listopada 2013

zacisze

Marzycie czasem by znaleźć się w miejscu, gdzie słychać ciszę?
Szukacie spokoju, odosobnienia, prywatności, intymności?
Istotny jest dla was komfort, przytulność, zaciszna atmosfera?

Jeżeli tak, to nie będziecie mieli problemu zrozumieć mojego dzisiejszego posta. Miniony weekend był wyjątkowy. Bardzo udany. Cechował się sporą intensywnością zdarzeń, każdego dnia działo się coś innego, niepowtarzalnego, nie było czasu na nudę. Ma to swoje plusy i minusy, tych pierwszych było jednak zdecydowanie więcej.

Chcę się tym razem skupić na jednej migawce, jednym wspomnieniu. W sobotę uczestniczyłem w niezwykłych odwiedzinach. Śliczny domek położony na urokliwym uboczu, Dom, w którym czuć zapach aromatycznej kawy. Dom pełen życia, okrzyków, wypowiadanych historii oraz wyśpiewywanych piosenek przez uroczego malca. Te historie nie biorą się znikąd - są owocem czasu poświęconego przez mamę oraz dziadków, symbolem szczęśliwego, pięknego dzieciństwa. Są dowodem na miłość, poświęcenie, oddanie, bliskość.

Dom jest przytulny. Dający sposobność by zarówno pogrążyć się w pięknej, otaczającej go przyrodzie, ale i by zaszyć się w potrzebie zadumy, schronienia przed napierającą rzeczywistością. Czuć ciepło - nie tylko dlatego, że konstrukcja jest dobrze docieplona. Ciepło bije ze ścian, zbioru książek, architektonicznych detali - ale co najważniejsze - przede wszystkim z twarzy domowników.

Dom, który przyjął mnie (i moich znajomych) tak serdecznie, otwarcie - i relację z domownikami przeniósł na inny poziom. Dom, który po raz kolejny zaprasza. I mam nadzieję, że po raz kolejny uda mi (nam) się stanąć w jego progach. Dom. Zacisze. Szczególne miejsce.

P.S. Coś czuję, że będę za takim zacisznym miejscem w najbliższej przyszłości wyjątkowo tęsknił - szykuje się intensywny listopad. Na szczęście można snuć plany na to, co będzie potem (o ile Pan Bóg pozwoli na ich realizację) - oby znowu mogło być (tym razem w innej scenerii, z innymi bohaterami) zacisznie, blisko, ujmująco.

wtorek, 29 października 2013

Cudownych rodziców mam

Dziś mija 36. rocznica ślubu moich Rodziców. Z tego powodu postanowiłem coś od siebie napisać, zrobić im niespodziankę (choć podejrzewam, że woleliby coś bardziej praktycznego - choćby to, żebym wreszcie posprzątał swój pokój... :P).

Znali się od dziecka, należeli do tej samej, goleszowskiej, parafii. Oboje byli zaangażowani w służbę na chwałę Pana Boga. I przyszedł moment, kiedy mój Tata zapytał moją Mamę, czy ta byłaby zainteresowana (nie wiem, czy tak się wtedy mówiło...) chodzeniem, ogólnie rzecz biorąc - związkiem.

I tu klops. Moja Mama dała Tacie kosza.

Mój Tata, jak to facet po otrzymaniu kosza, postanowił zrobić coś głupiego. Wykąpał się, a potem otwierając na oścież okno zupełnie niewysuszony postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza. Dopadło go potem paskudne zapalenie płuc korzonków. Minęło jednak trochę czasu, punkt widzenia mojej Mamy się zmienił, rozpoczęła studia... i postanowiła dać mojemu Tacie szansę. Jak się okazało, chyba było warto, bo spędzili ze sobą już 36 lat.

Ich życie nie było usłane różami. Niedługo po ślubie Tata został skierowany do pracy na Mazurach i przez bodaj 10 miesięcy mieszkał w Działdowie sam, moja Mama z moim bratem została w Goleszowie, kończąc studia w Katowicach. Potem przeniosła się już na stałe na Mazury, gdzie urodziła się moja siostra. Często musiała być sama w domu z dwójką dzieci, gdyż służba bardzo pochłaniała ówczesnego młodego wikariusza nidzickiej parafii. Biorąc pod uwagę późniejsze przeprowadzki (zliczyliśmy ich bodaj 7), ich związek niejednokrotnie przeżywał trudne wyzwania, momenty próby, tworzenie domu pastorskiego to zadanie niezwykle trudne. Bycie na świeczniku, życie w mieszkaniach, domach które bezpośrednio do was nie należą, borykanie się z różnymi oczekiwaniami parafian, prowadzenie otwartego domu - uważam, że nie każda relacja, nie każdy związek małżeński jest w stanie temu podołać.

To, co ujmuje mnie chyba najbardziej w ich postawie - mam wrażenie, że stoją za sobą murem, wspierają się wzajemnie, utwierdzają się w przekonaniu, że to ciągle ma sens, że to uczucie, miłość trwa stale tak blisko jak na początku. Ich relacja wciąż ewoluuje, rozwija się, np. od pewnego czasu moja mama regularnie otrzymuje bukiet pięknych, świeżych kwiatów od taty. Są czynni w miłości, ich relacja nie zawiera się tylko w słowach, ale przede wszystkim w czynach - z każdym dniem widzę to coraz czytelniej.

Odchowali trójkę wspaniałych, grzecznych, zdolnych dzieci (żeby nie było - to opinie osób postronnych. Ja w siebie nie jestem zapatrzony, ale o moim rodzeństwie śmiało mogę powiedzieć, że jest wspaniałe i zdolne), które wychowywali w duchu posłuszeństwa Bogu i Jego Słowu, zachęcali je do służby w Kościele - i tak się składa, że każde z nas w tym Kościele jest, działa i nie wyobraża sobie życia bez Boga. Od 2009 roku uwaga Rodziców mocno skupiła się na wnukach - Kubie, Emilce i Nice. Rodzice-dziadkowie za wnukami wprost szaleją, wnuki za dziadkami również.

Zdaję sobie sprawę, że często przynosiłem im wstyd, doprowadzałem do złości, nadal muszą się ze mną użerać jeżeli chodzi o moje bałaganiarstwo, ranne humorki i odulenie - za co się kajam i przepraszam. Wiem, że wiele brakuje mi do dobrego syna. Ale kiedy myślę o przyszłości, o tym, że kiedyś i mi będzie dane być ojcem, rodzicem, mężem, dziadkiem (daj Panie Boże) - wiem, że chciałbym wziąć co najlepsze z cech moich Rodziców. Chciałbym stworzyć taki dom jak oni, chciałbym tak wychować dzieci jak oni. Chciałbym, by moje dzieci kochały mnie tak mocno, jak ja kocham swoich Rodziców. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez nich. Dziękuję Bogu za to, że ciągle są, ciągle są aktywni, że mogę na nich polegać, że są dla mnie wielkim wsparciem, towarzyszą mi w moich smutkach i ostatnich radościach.

Mamuś, Tatuś - kocham was. :*


piątek, 11 października 2013

right direction

Mały student wrócił do wielkiego miasta, po raz trzeci w swoim życiu. Czwarty rok studiów rozpoczął się... naprawdę dobrze :)

W ostatnim czasie przeglądałem swoje wpisy sprzed trzech lat, z początku studiów. W jednym miesiącu byłem w stanie napisać więcej postów niż w całym 2013 roku. Dodatkowo ich tematyka skupiała się na - delikatnie ujmując - pierdołach. Co zjadłem na śniadanie, ile miałem zajęć, o której poszedłem spać. Po czasie widzę tę, tak często komentowaną przez moją rodzinę, niezwykłą skłonność do uzewnętrzniania się. I przyznaję im rację.

Nie sądziłem że okres studiów będzie związany z tyloma zmianami w moim życiu. Niezwykle interesującym jest możliwość obserwowania tych zmian - blog jest czymś w rodzaju lustrzanego odbicia, odtwarza emocjonalny stan, życiową sytuację.

Zauważyłem, że wiele się zmieniło. Nie sądziłem, że aż tyle.

Ale z perspektywy czasu, 175 postów które powstały spod pióra małego kaczorka, emocji które przetaczały się przez mój umysł oraz serce z mocą huraganu, widzę jedno: jest inaczej. Wierzę, że minął czas postów, w których eksponowałem dezorientację, dołek, frustrację, niepewność, nieustanne podkreślanie przygnębienia i zniechęcenia.

Czuję, że po raz pierwszy od naprawdę dłuższego czasu moje życie zmierza we właściwą stronę.


czwartek, 19 września 2013

urywek Wiednia

Urywek - bo ileż można zobaczyć w 16 godzin? Ktoś powie - dużo. I owszem, w moim odczuciu zwiedziliśmy całkiem sporo. Ale i tak to tylko mały wycinek austriackiej stolicy.

Już sama podróż dała nam w kość. Połączenie Katowice-Wiedeń Polskim Busem jest naprawdę wypaśne, szczególnie że udało nam się wyhaczyć nie najdroższe bilety. Tyle że siadłem akurat w takim miejscu, gdzie było mało miejsca na nogi. Więc co jakiś czas łapały mnie skurcze (?), co mocno utrudniało podróż. Daliśmy jednak radę.

Tyle że Wiedeń przywitał nas deszczem, który z minuty na minutę przybierał na sile. Ale w sumie deszcz to nie koniec świata - pomyśleliśmy i ruszyliśmy metrem (tam mają 6 linii!! Warszawo - bierz i się ucz!) do ogrodów Schoenbrunnu, letniej rezydencji Habsburgów. Pałac jak pałac, największe wrażenie zrobiła na mnie Glorietta i widok z niej na Wiedeń. Mimo deszczu - kapitalne miejsce i świetna panorama. Do Schoenbrunnu nie wszedłem, bo ruszyliśmy dalej - do Muzeum Historii Wojskowości.

Niecałe 3 godziny w przepięknym (pod względem wnętrza) budynku przedstawiającym militaria od wojny trzydziestoletniej do II Wojny Światowej. Mimo iż nie jestem wielkim fanem broni, kilka elementów zrobiło na mnie spore wrażenie - ekwipunek turecki, szaty księcia Eugena, malowidła dotyczące odsieczy wiedeńskiej, gigantyczne popiersie Napoleona. Niemniej jednak największym przeżyciem było zobaczenie na własne oczy samochodu, w którym został zastrzelony następca tronu arcyksiążę Franciszek Ferdynand wraz z żoną Zofią, zakrwawiony mundur arcyksięcia ze śladami po kulach oraz pistolet, którym został zabity. Takie coś zapada w pamięć. Podobnie jak haftowana poduszka z czasów Anschlussu, na której widnieje piękny napis otoczony kwiatkami "Heil Hitler".

Muzeum zajęło nam dłużej niż planowaliśmy, więc dosyć szybko zwijaliśmy się w okolice katedry św. Szczepana, ale wskutek naszej pomyłki odnoszącej się do godzin otwarcia nie udało nam się do niej wejść. Cóż. Może innym razem :P Stamtąd już niedaleko do krypty, która skrywa szczątki cesarzy, cesarzowych, ich dzieci - wszystkie umieszczone w ozdobnych trumnach bądź gigantycznych sarkofagach. Największym zainteresowaniem (widocznym po ilości kwiatków położonych w okolicach trumien) cieszyły się miejsca pochówku cesarza Maksymiliana (rozstrzelanego w Meksyku w 1867 roku), cesarzowej Sisi (zasztyletowanej w 1898 roku) oraz cesarza Franza Josepha I (zmarłego w 1916 roku).

Po krypcie nadszedł czas na (chyba największą) atrakcję - Hofburg - główną rezydencję cesarską. Począwszy od skarbca, staraliśmy się intensywnie go zwiedzić. Skarbiec skrywał przechowywane klejnoty koronne Czech, Niemiec, Austrii, Węgier, a także mnóstwo relikwii, ozdobnych szat i innych niezwykle kosztownych detali. Od ilości złota mogło się w głowie zakręcić. Potem przyszedł czas na samą rezydencję. Pierwsza część ekspozycji to masa różnego typu zastawy stołowej. Nuuuuuda. To z Francji, to przejęte od Napoleona, to wykonał jakiś Czech, to na koronację cesarza, to w prezencie ślubnym. Ci to mieli kasy... na szczęście niedługo później weszliśmy do sal przedstawiających postać cesarzowej Sisi - i tu w sumie doszło do demitologizacji tej jakże uwielbianej postaci. Okazało się, że medialny obraz Elżbiety Bawarskiej został polukrowany po jej śmierci. Za życia była samotniczką, unikała Wiednia, bardzo dużo podróżowała. Tylko z jedną córką łączyła ją bliższa relacja, z pozostałą dwójką nie utrzymywała zbyt zażyłych kontaktów. Została zasztyletowana przez włoskiego fanatyka. Ostatnia część to apartamenty cesarskie - fajnie było zobaczyć w jakich warunkach mieszkali Habsburgowie. No, mieli wypas, nie ma co. Co ciekawe, cesarz Franciszek Józef pracował 16 godzin dziennie, był pracoholikiem - co w owych czasach nie często się zdarzało.

Po Hofburgu przerwa w parku, po której zrealizowało się moje ciche zamierzenie - moi kompani przystali na to, żeby podjechać pod stadion Ernsta Happela. Tam w 1995 roku Ajax pokonał Milan w finale Ligi Mistrzów, tam zremisowaliśmy z Austrią na Euro po kontrowersyjnych decyzjach Howarda Webba. Stadion nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia, ale sam fakt że mogłem pod nim się pojawić - super :)

Stadion położony jest na terenie olbrzymiego parku - Prateru, znanego najbardziej z wesołego miasteczka i diabelskiego młyna, skąd rozpościera się widok na cały Wiedeń. Jest tam od groma szybkich kolejek, domów strachów i innych rzeczy typowych dla wesołego miasteczka. Nie skorzystaliśmy z tych atrakcji, ale już sam widok robił wrażenie.

Wiedeń zrobił na mnie wrażenie. Może nie tak wielkie, jak oczekiwałem, ale na pewno zapadł mi w pamięć. Co więcej - chcę tam wrócić. Mimo iż zwiedziliśmy sporo, nie udało nam się zrealizować kilku planów, więc już teraz planujemy rewizytę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Niemniej jednak - austriacką stolicę polecam wszystkim, którzy chcą spędzić wyjątkowy czas :)

niedziela, 1 września 2013

1. września.

Dziś 1. września. Data, której Polakowi (tak mi się przynajmniej wydaje) nie trzeba tłumaczyć, samo przez się jest zrozumiała. 74. rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Jednego z największych kataklizmów, który spotkał nie tylko nasz kraj, ale i cały świat.

Przy okazji 1. września to dzień rozpoczęcia roku szkolnego (w tym roku jest nieco inaczej - ale to akurat mało istotne). Pamiętam że gdy byłem młodszy to 31. sierpnia modliłem się o to, by 1. września nie nadszedł, tak bardzo nie chciałem końca wakacji, tak bardzo nie chciałem iść do szkoły. Być może nawet modliłem się o wybuch wojny - wtedy na pewno nie poszlibyśmy do szkoły (choć tego nie pamiętam, mam nadzieję, że tak daremnych modlitw nie kierowałem w stronę Boga...)

Od małego lubiłem pytać moich dziadków, wujków (szczególnie wujka Ludwika) o to, jak przebiegała wojna, co się z nimi działo, jak to wszystko wyglądało. Patrząc na to z perspektywy czasu, jestem dla nich pełen podziwu, że chcieli mi o tym opowiadać. Babcia opowiadała, jak 1. września w Goleszowie rozległy się syreny, cementownia stanęła, niedługo później wjechało wojsko niemieckie i zaczęła się okupacja. Hitlerowcy utworzyli w Goleszowie w okolicach kamieniołomu filię obozu w Auschwitz - Golleschau. Czasem moja babcia ze swoim rodzeństwem pomagała więźniom, rzucając im jedzenie. Tyle że taka pomoc karana była śmiercią - czasem żołnierze strzelali w ich kierunku, raz babcia została mocno pobita przez jednego SS-manna. Niewiele brakowało, by została wysłana jako 14-letnia dziewczyna do Niemiec do jednej z niemieckich rodzin by tam przejść germanizację (ciekawe jak wtedy potoczyłyby się losy naszej rodziny). Nie umiem sobie tego wyobrazić. Na szczęście żona jednego goleszowskiego gospodarza zgodziła się wziąć ją na służbę, więc babcia została w swojej rodzinnej miejscowości.

Inaczej potoczyły się losy jej męża (wtedy jeszcze nie, dzieliła ich różnica 25. lat, pobrali się po wojnie), mojego dziadka, którego nigdy nie miałem okazji poznać. Całą wojnę spędził w obozach koncentracyjnych, przez miesiąc był w Auschwitz, potem trafił do Dachau (o ile dobrze pamiętam, podmonachijski obóz był pierwszym obozem koncentracyjnym w Niemczech, utworzony w 1933 roku). Z opowieści babci wynikało, że przeżył taką traumę, że o tym co przeżył, generalnie o wojnie nic nie mówił. Jedyne, co babci udało się od niego wyciągnąć to fakt, że księża katoliccy otrzymywali paczki, w których były m.in. ziemniaki, ale nie chcieli się nimi dzielić. Nic więcej nie chciał powiedzieć.

Drugi dziadek był za to na froncie. Opowiadał mi kiedyś, że miał karabin, ale nigdy do nikogo nie strzelił.

Ostatnio przy okazji praktyk w Bydgoszczy miałem okazję trzymać w swoich rękach oryginały listów księdza tamtejszej parafii wysłanych podczas uwięzienia w Oranienburgu (również obóz koncentracyjny) i Dachau. Było ich kilkanaście, pierwsze z 1940 roku, ostatnie z 1944. Pełne czułości zwroty, troska o najbliższych oraz nadzieja na to, że Bóg się zatroszczy o losy jego i jego rodziny. Ów duchowny przeżył wojnę, przeżył eksperymenty pseudonaukowe. Ale niewiele brakowało, by w drodze do domu, jadąc pociągiem, zginął. Jeden z podróżnych chciał go okraść, przy okazji wyrzucając go z pędzącego pociągu do rzeki. Ksiądz cudem przeżył tę sytuację i powrócił do domu.

Ale znam również historie z mojej rodziny, gdy ojciec rodziny, mąż, syn nie wrócili. Padli na froncie, w więzieniu, w obozie koncentracyjnym. Inni tracili cały majątek, musieli całą wojnę się ukrywać, za swoją działalność po wojnie nie mogli uczyć się, studiować, byli niejednokrotnie wrogami systemu. Niezwykłą ironią losu był fakt, iż wyzwoliciel tuż po wojnie stał się okupantem. I w opinii wielu ludzi wojna, która skończyła się w 1945 roku nie zakończyła okupacji. Czy to prawda? Nie mnie to oceniać.

Bo ja nie żyłem w tych czasach. To nie ja musiałem chować się w piwnicy podczas nalotu. To nie mnie groziła wywózka do Niemiec. To nie mnie prześladowano za używanie w miejscu publicznym języka polskiego. To nie mnie bito, torturowano w obozach koncentracyjnych. To nie ja jadłem obierki, cierpiałem głód. To nie ja bałem się, czy dożyję jutra, czy ujrzę jeszcze moją żonę. I kiedy myślę o tych wszystkich przeżyciach, ludzkich tragediach i dramatach - wtedy jestem w stanie zgodzić się z moją babcią, która powtarzała, że nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, co oni wówczas przeżywali. Zawsze denerwowała się, gdy zostawiałem resztki z (pysznego zresztą) obiadu. Nie mogła zrozumieć faktu, że marnotrawi się jedzenie. Znała jego wartość - przez 6 lat nie miała okazji zjeść porządnego posiłku. A i po wojnie nie było o to łatwo.

Dziś problemem jest brak wi-fi, zasięgu, zbyt wolny komputer, obraz bez jakości HD. Mam wrażenie i widzę to po sobie, że moje pokolenie jest zdecydowanie słabsze fizycznie jak i psychicznie. Nie mam złudzeń, że nie poradziłbym sobie z funkcjonowaniem w wojennej zawierusze. Wiem, że nie mam w sobie tej mocy i siły, jaką mieli oni. I dlatego jeszcze mocniej dziękuję Bogu za wolność, pokój w naszym kraju. Dziękuję, że nie ma w nim takich zamieszek jak w Egipcie, że nikt nie używa broni chemicznej jak w Syrii. Cieszę się, że można planować wyjście do kina bez obaw, że jutro wybuchnie wojna i filmu "Świat jest piękny" kino już nie wyemituje...

sobota, 3 sierpnia 2013

spokoju i tego tchnienia

Lipiec był niezwykle intensywnym miesiącem, obfitującym w wiele ciekawych sytuacji i zdarzeń. Wykłady w trakcie TE, śpiew, potem mała przerwa i zaraz potem obóz. Obóz wymęczający zarówno fizycznie jak i psychicznie.

Był to też czas, kiedy często stałem z przodu, kiedy niemal bez ustanku mówiłem, śpiewałem, świadczyłem. Dawałem. Ludzie patrzyli na mnie, słuchali, być może wyciągali wnioski, być może czuli się zbudowani, a być może się do mnie zrażali. Niemniej jednak - tym razem to ja byłem tym, od którego czegoś oczekiwano, którego słuchano, byłem narzędziem, którym Bóg miał budować słuchaczy. 

I teoretycznie powinienem się do tego przyzwyczajać - do rosnącej odpowiedzialności, do słuchaczy, do publicznego dzielenia się swoimi przemyśleniami i przekonaniami. Coraz częściej tak jest, a będzie tego jeszcze więcej, to dopiero początek. Jestem tego świadomy. Ale... zaczynam odczuwać presję. Presję oczekiwań - podobno poprzeczkę postawiłem sobie dosyć wysoko. Wiadomo już, na co mnie stać, raczej dobrze radzę sobie z wyzwaniami. Usłyszałem wiele pozytywnych opinii na swój temat. Tak wiele, że nie wiem co z nimi zrobić. Trochę się ich boję - bo pochlebstwa są motorem napędowym pychy. A pycha, jak wiadomo, poprzedza upadek. 

Dzięki jednak Bogu za Jego Słowo, przeznaczone na sobotę 3. sierpnia:

Jak długo wzbraniać się będziesz, by się przede mną upokorzyć? 2 Mż 10,3 

Każdy, kto siebie wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Łk 18,14

Ostatni czas mógł obfitować w pewne duchowe uniesienia, poczucie, że Bóg jest bardzo blisko, że jest tak jakoś bardziej. Że można było podładować duchowe baterie. Że te modlitwy były prawdziwsze, uwielbienie było bardziej szczere, że wreszcie na wierzch wyszły tak bardzo potrzebne emocje. No i że w tym wszystkim na przedzie byłem ja - bo to ja głosiłem Słowo, bo to ja opowiadałem o Bogu, bo to mnie ludzie dziękowali za moją służbę. Bo to przeze mnie Bóg działał. Lubimy tego typu egocentryzm. Niby wszystko się zgadza - Słowo Boże jest zwiastowane, Bóg działa poprzez Dobrą Nowinę, no ale tego wszystkiego by nie było, gdyby nie my. I kluczowym elementem układanki stajemy się... my. Podobnie jak i kluczowa staje się nasza decyzja, by służyć Bogu, by oddawać Mu swoje życie.

Ale czy tak właśnie ma być? Czy to my mamy być w centrum? Czy to nasza decyzja staje się najważniejsza? Myślę że nie. Dlatego że to Bóg jest Tym, który pierwszy wyciąga do nas rękę, jest Tym, który nas wybiera, jest Tym, który nas szuka, dla którego jesteśmy cennym skarbem. Niezwykle cenna okazała się dla mnie chrystologiczna interpretacja przypowieści o ukrytym skarbie i perle (tekst kazalny z ostatniej niedzieli), którą zwiastował ksiądz James Irwin, duchowny z Lincoln w Nebrasce. Jak co roku podczas swojego pobytu w Polsce na obozie miał kazanie. Jak co roku wykorzystywał pewne wizualne pomoce by łatwiej przedstawić zebranym treści zawarte w zwiastowaniu. Jak co roku miałem okazję go tłumaczyć. I byłem poruszony jego kazaniem. Było proste, konkretne, treściwe. I jednocześnie niezwykle mi bliskie.

Bo ja nie czuję się na siłach, by opowiadać się po stronie wielkiego, niezmiennego, świętego Boga. Grzech, który we mnie tkwi, który tak często zniechęca ludzi patrzących na mnie, stoi mi na przeszkodzie. O własnych siłach nie jestem w stanie Go wybrać. Ale to, co mnie pociesza, to fakt, iż to On opowiada się po mojej stronie. To On daje mi talenty, które mogę wykorzystywać w służbie dla Niego. To On obdarza mnie swoim Duchem Świętym, który daje fajne pomysły jak ciekawie przekazać ewangeliczną treść. To On pozwala mi się Jego ręki uchwycić, to On pomaga zaufać. To On stoi na parterze z otwartymi ramionami i czeka na mój skok.

To On daje kolejne szanse. To On cierpliwie znosi moje trudne pytania, moje kryzysy. I co chyba w tym momencie dla mnie najważniejsze - po takim intensywnym okresie, dla wielu ludzi wspaniałym okresie uniesienia, On daje nadzieję, że skoro wzmocnił innych, skoro inni czuli Jego działanie, to i mnie pozwoli w nieco innym miejscu, w nieco inny, spokojniejszy sposób odczuć swoją obecność.

I na koniec tego przydługawego wpisu: dziękuję Panu Bogu za twórczość Michaela W. Smitha. Ostatnio częściej słucham płyty "I'll lead you home" i znajduję w niej wiele niezwykle cennych momentów. I niech właściwym podsumowaniem posta będzie modlitwa "Breathe in me" - w wolnym tłumaczeniu "tchnij we mnie Ducha", "włóż swe tchnienie".


Niczym w Adama, tak teraz we mnie. Potrzebuję Twojej obecności, potrzebuję Twojego wsparcia każdego dnia. Potrzebuję, byś we mnie wzrastał. Potrzebuję pokory, którą miał Twój syn. Tchnij swego Ducha. 

czwartek, 18 lipca 2013

pożegnanie z Kamieńcem

Zazwyczaj babcia witała nas już od progu, nawet wychodziła przed nas na schody. Spomiędzy kwiatków prześwitywał mały krokodylek, który dla mnie był wielkim, strasznym, obrzydliwym aligatorem. We wiadrach pełno było deszczówki. A drzwi do mieszkania skrzypiały.

Dywan. Na którym graliśmy z dziadkiem w kręgle. Oj, babcia była czasem zła, że zagradzamy jej przejście... Dywan i ciasny korytarz. Na prawo kamerlik - nie chciałem tam trafić, bo tam było ciemno, mało przyjemnie. Na szczęście nigdy nie byłem na tyle niegrzeczny, by się tam znaleźć. Ale i tak raczej unikałem nawet spojrzenia w jego kierunku. Tam wchodził tylko dziadek lub babcia.

Na lewo łazienka. Początkowo dwuizbowa, po remoncie już tylko jedno. Łazienka jak to łazienka - w każdym domu musi być. Zwana też co prawda wychodkiem - na szczęście nie trzeba było wychodzić na pole ;)

Po prawej mniejszy pokój. Pokój historii Jonki, Jonka i Kleksa, czytanych przez niestrudzonego dziadka. Pokój z tapczanem, na którym tak często mogłem się wyłożyć i się kimnąć. Pokój książek - o piłce nożnej, Igrzyskach Olimpijskich, Krzyżaków, Quo Vadis. Pokój charakterystycznych poduszek.

Kuchnia. Jako szkrab rzadko tam bywałem, potem im częściej odwiedzałem dziadków (a potem już samą babcię), tym dłużej spędzałem w niej czas. Ciasta, torty, obiady, zupy, przepyszne kulki-ziemniaczane-robione-tak-samo-jak-frytki, wyczekiwana Coca-Cola możliwa do wypicia dopiero po kompocie - wszystkie te dobroci powstawały i czekały właśnie tam. W królestwie babci. Tam czuła się jak królowa. A spiżareczka to kolejne miejsce niedostępne dla ciekawskich wnuków. Pełno słoików, form do ciasta, druga lodóweczka - wszystko to, czego prawdziwa i doskonała kucharka potrzebuje. No i stół. Stół historii, opowieści, wylewania żalów, ale też zapewnienia, że "jo sie o wos modlym, każdego wieczora, o wszystkich".

Szafy w korytarzu - księgowy zakątek dziadka. Wszystkie papiery, kartki, długopisy, obliczenia, wspomnienia z minionych lat. Wyniki skoczków narciarskich, pocztówki z zagranicznych wojaży.

Sypialnia. Tam było najważniejsze - wyciągane spod szafy cudo, które za każdym razem musiałem wziąć w swoje ręce - drewniany... hm. Chyba Pinball - innego słowa nie umiem znaleźć. Wykonane z drewna, gwoździ sprawiało tyle radości, trzeba było trafić w setkę (miał on otwory, w których kulka zostawała), wtedy się wygrywało. Obraz Jezusa nad łóżkiem. Na szafce nocnej Biblia, modlitewnik, czasem śpiewnik.

Pokój główny. Gdy stawiało się kroki, półki z zastawą trzęsły się niezmiernie. Tapczan, fotel bujany tak przeze mnie lubiany, mały stolik - najczęściej z ciasteczkami, "Życiem na gorąco" i "Teletygodniem" wraz z dziadkowymi zapiskami ciśnienia. Duży Stół - przy którym mieścili się wszyscy i przy którym każdy miał swoje wyznaczone miejsce. Stół z kotletem, rosołem z kluskami wątrobianymi, kołoczami, murzynem (zapiekaną szynką lub kiełbasą w cieście), tutti frutti. No i moje wafle (andruty) z bitą śmietaną lub suche. Jasnego, jadłem to jak dziki. Ale jak smakowało! Aż dziw, że nigdy ów stół nie ugiął się pod ciężarem smakołyków i pyszności. I telewizor, dzięki któremu Karol Strasburger był coniedzielnym gościem na Kamieńcu. Na tym telewizorze pierwszy raz widziałem Znachora.

Piękne wspomnienia. Wspomnienia cudownego, błogosławionego dzieciństwa. Obraz dziadków, którzy daliby wszystko, by wnukom przychylić nieba. Obraz modlicieli, którzy swoje modlitwy wcielali w życie. Obraz... którego już nie ma.
Pierwszy raz uczestniczyłem w porządkowaniu rzeczy po zmarłych. Nie wiedziałem, że to potrafi tak dać do myślenia. Wróciły wszystkie chwile spędzone w tym mieszkaniu. Wszystkie śmiechy, odgłosy, dziadek w bujanym fotelu, babcia biegająca z kolejną już potrawą, mamusia sprzątająca naczynia ze stołu, robiąca miejsce na nowe. Piękne momenty. Których nie byłem świadomy lub których sobie nie ceniłem.

I dziś jest mi smutno. Tak wiele wspomnień, pięknych chwil zapakowaliśmy dziś w kartony i worki. Tak wiele rzeczy, które babcia używała przez tyle lat - dziś kończą swoją przydatność. Kamieniec - miejsce zaciszne, spokojne, pełne dziadkowego i babcinego blasku - zgasł.

Oby mój dom, który kiedyś dany mi będzie tworzyć, nie tylko jako miejsce fizyczne, ale jako duch, atmosfera tego miejsca, był choć w małym stopniu odzwierciedleniem tego, jaki stworzyli moi dziadkowie. Oby mój dom choć trochę przypominał Kamieniec.

niedziela, 2 czerwca 2013

westchnięcie podziwu i dziękczynienia

(geolocation.ws)

Nie należę do osób, które obcując z architektonicznymi cackami padają na twarz z zachwytu. Zazwyczaj mój podziw wywołują obiekty sportowe, mosty, ładnie oświetlony miejsko-rzeczny krajobraz (np. prawobrzeżna Warszawa widziana z Pragi). Ładne kościoły owszem, przykuwają moją uwagę, ale nie zapierają dech (dechu?) w piersiach.

Dziś było inaczej.

I to jest swego rodzaju fenomen, nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć. Miałem okazję dziś przeżywać czas nabożeństw w dwu miejscowościach w województwie łódzkim. Była to swego rodzaju podróż sentymentalna - w Zgierzu dwa lata temu odprawiłem swoje pierwsze nabożeństwo w życiu, dlatego z dużą radością wracałem tam, gdzie przyjęto mnie bardzo ciepło. Dodatkowo miałem również okazję zwiastować Boże Słowo w pobliskim Ozorkowie. Nie wiedziałem, co mnie tam czeka.

Ujrzawszy kościół, westchnąłem.

Ktoś powie - przecież on nie jest wcale taki okazały. Ot, taki sobie kościół, nieco zaniedbany, mało funkcjonalny. I co w ogóle robi obok niego ta wieża? Cóż. Może i mają rację. Ale ja tam wiem, co czułem. A gdy wszedłem do środka...
(diec.warszawska.luteranie.pl)

Zamiast przywitać się z organistką, żoną pana kościelnego, skupiłem się na podziwianiu wnętrza. Wiem, to bardzo nieelegancko. Ale niech to będzie dowód na moje niewychowanie wrażenie, jakie kościół na mnie zrobił. Pewnych rzeczy nie da się opisać, pewne rzeczy trzeba przeżyć i poczuć. Życzę wam, abyście w jakimkolwiek innym kościele poczuli taką niezwykłą, sakralną (w pełnym, pozytywnym i głębokim tego słowa znaczeniu) atmosferę, takiego Bożego Ducha w tym wszystkim.

Westchnąłem.

Ale jak wiemy, kościół to nie tylko budynek. Kościół to przede wszystkim ludzie. A ci byli niezwykle serdeczni, otwarci i zachęcający. Mogłem z kilkoma z nich porozmawiać po nabożeństwie i były to dla mnie wyjątkowe rozmowy (mimo że trwały dosłownie chwilę). Dziękuję Bogu za to, że stawia na mojej drodze ku służbie takie osoby, które uśmiechną się, mocno uścisną rękę życząc Bożego błogosławieństwa, szczerze odniosą się do treści kazania, ale i podziękują za to, że mogli współtworzyć społeczność wierzących. I mimo, że uczestników nabożeństwa mógłbym zliczyć na palcach rąk i nóg, to czułem z nimi wyjątkową wspólnotę. Kontakt był zupełnie inny, niepowtarzalny. Całkowicie odmienny niż podczas nabożeństwa gromadzącego kilkadziesiąt czy kilkaset osób. 

Po raz kolejny westchnąłem, pełen wdzięczności.

(krodo.pl)

Od dziś Ozorków będzie zajmował w moim sercu miejsce szczególne. Wszystko znakomicie się zgrało - 1. Niedziela po Trójcy Świętej, tekst kazalny dotyczący powołania apostołów wygłoszony w Kościele Dwunastu Apostołów (jedyny taki w Polsce). Mam nadzieję, iż nie zakończy się na wspomnieniach, pięknych słowach. Oby Pan wcielał przesłanie dzisiejszego dnia w życie zebranych zborowników oraz małego studenta, kaczorka, który po raz kolejny doświadczył wielkości, niepojętości Tego, który powołuje i uzdalnia do służby.

poniedziałek, 27 maja 2013

wyjątkowa wspólnota rodzinnego gniazda

Przeżyłem wyjątkowy weekend. Należałoby go podsumować.

Nie zrobię tego jednak chronologicznie, bo zacznę od niedzieli. Nabożeństwo z wartościowym kazaniem, oświecenie dotyczące wykładów na TE, pośpieszne pakowanie, pośpieszne jedzenie zupy, droga do Skoczowa, śpiew na 150-leciu poświęcenia kościoła,, w biegu prowadzone rozmowy, pośpieszny powrót, pośpieszne jedzenie kotleta, pośpieszne pożegnania z rodzicami, podróż z kuzynostwem do Warszawy, czytanie o Grekach Filipkowi... sporo dziś się działo. Mój stosunek do dzieci wciąż się krystalizuje, niemniej jednak to przyjemne uczucie kiedy widzi się uwagę malca wsłuchującego się w treść czytanej książeczki.

Piątek to prezentacja Warszawy, Wedel, deszcz, wzruszający "Mój rower" oglądany wraz z rodzicami. Dużo skrajnych emocji, niezwykle ubogacających i zapadających w pamięć.

No i sobota. Dzień, który na trochę pozostanie mi w pamięci. I to nie tylko dlatego, iż na Wembley rozgrywany był finał Ligi Mistrzów. Mogłem wziąć udział w uroczystości rodzinnej, zjeździe (cóż, z tego gniazda się w zasadzie wywodzimy) Sztwiertniów. Dziękowaliśmy za 80 lat życia naszej kochanej cioci Milki. Jako że coraz rzadziej udaje mi się bywać na tego typu spotkaniach, coraz rzadziej jest okazja pobyć z długo niewidzianym kuzynostwem, wujostwem etc, jako że coraz mniej jest duchowych bohaterów wiary w naszej rodzinie (z pokolenia moich dziadków została ciocia Milka i wujek Józek) - tego typu momenty są wyjątkowo cenne. A kiedy dochodzi jeszcze świadomość, iż wszyscy gromadzą się w celu, by oddać Bogu chwałę, by uwielbiać Jego imię w rodzinnych szlagierach - można poczuć wyjątkowe dotknięcie innej rzeczywistości. Można powspominać dawne czasy, można pooglądać fotografie z minionej epoki, można na chwilę się zadumać, roześmiać, wzruszyć. Abstrahując od jedzenia (które swoją drogą było wyśmienite), przeżyłem osobiście ucztę duchową. A moim pierwszym i najlepszym skojarzeniem dotyczącym mojej rodziny, wywodzącej się z pnia Sztwiertniowego będzie jedno słowo - bogobojność. To, co moi pradziadkowie wpajali dziadkom, oni przekazali swoim dzieciom, a nasi rodzice w tym duchu wychowali nas. Tak bardzo się między sobą różnimy, w tak różnych okresach historii żyliśmy i żyjemy, mamy tak różne poglądy i zapatrywania na Kościół, politykę - a to nas łączy. Łączy nas świadomość, że nad nami znajduje się Ten, który wprawia w ruch słońce i gwiazdy. Ten, który kieruje naszymi krokami. Ten, dzięki któremu nasza rodzina się wspiera, jest ze sobą w chwilach dobrych i złych. Nad nami czuwa Bóg, do którego w każdym momencie ktoś ze Sztwiertniowej gałęzi się zwraca. Niezwykła wspólnota. Ceńmy ją sobie. Przecież życie jest tak kruche. "Z Bogiem bądźmy, aż się zejdziem znów...".

Jestem niezwykle Bogu wdzięczny za to, iż mogę być częścią tej wspólnoty. Ma ona na mnie duży wpływ, jest bardzo inspirująca. Chciałbym, aby kiedyś i mnie było dane budować (w myśl Varius Manx) najmniejsze państwo świata w duchu bogobojności, modlitewnej wytrwałości, otwartości na tych, którzy są wokół. Ale, paradoksalnie, pomimo tak wielu pozytywnych impulsów, takiego bogactwa pozytywnej obfitości, nadal czuję jakiś niedosyt.

Czegoś jest za mało.

piątek, 10 maja 2013

wysłuchana modlitwa

Trudno pisać o pomnikach. Pomniki się stawia, a nie o nich dyskutuje. I właśnie z tego powodu od wtorku mam problem, żeby napisać o Niej.

Pomniki stawiamy w związku z wygranymi bitwami, ważnymi wydarzeniami, upamiętniamy znane, ważne persony, chcemy, by ich dziedzictwo, by pamięć o nich przetrwała. Nie wystarczy świadomość, iż przebywają (te wydarzenia/osoby) w naszych sercach, chcemy by inni przekonali się o ich wartości. Dlatego pozwalam sobie na kolejny bardzo osobisty wpis - po części abyście cenili sobie tych/abyśmy cenili sobie tych, którzy jeszcze tu z nami są i tak nas inspirują.

Jej całe życie można podsumować jednym słowem - poświęcenie. Poświęcała się swojej rodzinie, poświęcała się Bogu, poświęcała się swojemu mężowi, synowi i synowej, poświęcała się swoim wnukom, poświęcała się tym, którym gotowała na weselach, konfirmacjach, komuniach, pogrzebach, urodzinach. Była człowiekiem czynu, używając nomenklatury epoki, którą wspominała z rozrzewnieniem - była przodownikiem pracy.

Do tego wszystkiego była nie-sa-mo-wi-cie konserwatywną luteranką. Prawdę powiedziawszy, nie umiem w mojej pamięci przywołać nikogo innego, kto tak ściśle trzymałby się tego, co słyszał przez całe życie w Kościele, kto z takim zapamiętaniem powoływałby się na Biblię i perorując emocjonalnym tonem zawzięcie dyskutował z tymi, którzy przebywali nieopodal. Ciężko mi było też znaleźć osobę, z którą tak mocno w kilku kwestiach bym się nie zgadzał, ale z racji jej wieku, niezmienialności poglądów nie dążyłem do dyskusji.

Mimo że niejednokrotnie zwyczajnie nie umiałem jej zrozumieć, miałem przeświadczenie, że swój luterański konserwatyzm okazuje przede wszystkim w kwestii najistotniejszej - modlitwa była dla niej tym, czym oddech. Tak została wychowana, taki ideał realizowała również w swoim dojrzałym życiu. I mimo iż często przychodziła do Boga ze swoimi żalami, bólami i nie umiała zrozumieć pewnych Jego zrządzeń - cały czas dążyła do kontaktu z Nim. Ona gromadziła się POD Bożym Słowem - doskonale rozumiała to, że obcuje ze Świętością, że to jest inna rzeczywistość, która wymaga innego zachowania, powagi, koncentracji, że to nie jest takie hop siup. I myślę, że również jej przykład sprawił, iż w kształtowaniu się mojej pobożności zacząłem kłaść większy nacisk na to, by nie zapominać o tym, że Bóg jest Święty. Owszem, możemy traktować Go jako przyjaciela, ale obcujemy z mysterium - siłą tajemną, potężną, mysterium tremendum - siłą, której należy się bać, ale jednocześnie, idąc za Lutrem, należy tej sile, temu transcendentnemu Bogu ufać i miłować Go. Ona nie potrzebowała wielkich teologicznych i filozoficznych dysput by to zrozumieć. W takim duchu ją wychowano i tak też wychowywała swojego syna oraz próbowała wpływać na wnuki, które tak często nie umiały jej zrozumieć, bo funkcjonowały już w innej epoce i innej hermeneutyce - inaczej interpretowały Boga.

I tak sobie myślę, i to też pewnie zajmie moje myśli gdy stanę nad jej mogiłą, czy nasze młode pokolenie nie podchodzi zbyt lajtowo do Boga - naszego kumpla, przyjaciela, który poklepie po plecach, podrapie się w swą siwą brodę, pośle naszego braciszka Jezusa który zaświeci swoim błyszczącymi zębami w szerokim uśmiechu i przybije nam piątkę... a może to Ona miała rację? Może zapomnieliśmy o potędze, transcendencji, mocy naszego Boga? Może powinniśmy traktować Go z większą czcią i szacunkiem?

Ona była pomnikiem. Była instancją, która nie była nauczona by panikować w trudnych sytuacjach, by sobie z czymś nie dawać rady. Była tą, która inspirowała innych do większego wysiłku, do tego by zakasać rękawy i zmierzyć się z problemem. Może i była momentami trochę surowa. Ale wiem też, że i w ten sposób okazywała miłość, której doświadczała od Boga. Przywoływała do porządku - ale wypływało to z jej troski o jej najbliższych. Była pomnikiem, których dziś już coraz mniej. Pokolenie duchowych gigantów (tak, nie zawaham się tak powiedzieć!), modlitewnych bojowników, bohaterów wiary, domowych przywódców kończy się. Jest ich już coraz mniej. A czy nowe pokolenie wyrasta? Patrząc na siebie... mam duże wątpliwości. Żałuję, że tak rzadko udaje mi się naśladować przykład, który moi dziadkowie mi zostawili.

We wtorek w mojej najbliższej rodzinie w zasadzie skończyła się pewna epoka. Moi dziadkowie przebywają już w innej rzeczywistości. Wierzę, że są tam, gdzie i ja wierzę po śmierci się znaleźć. U potężnego, niczym nieograniczonego, ale i miłosiernego Boga. Bo właśnie o to, by mogła się u niego znaleźć, by On zabrał już ją do siebie, Babcia Hela prosiła swojego Pana. I we wtorek o 16.45 jej ostatnia modlitwa została wysłuchana.

P.S. Babciu, dzisiaj wszystko będzie tak jak należy. Spokojne, poważne pieśni przy organach, dużo ludzi w Kościele (w tym sporo młodych!), wszyscy ludzie elegancko ubrani, wszyscy pełni powagi, zadumania, świadomi tego, że stoją wobec Nieobjętego i nieuniknionego.

piątek, 3 maja 2013

kazanie na 3. Maja


(ostatnio miałem okazję je wygłosić na nabożeństwie studenckim. Trochę długie, ale chciałem w nim zawrzeć parę cennych myśli)

V – Mk 12,13-17
13.I posłali do niego niektórych z faryzeuszów i Herodianów, aby go pochwycić w mowie. 14.Przyszli więc i rzekli do niego: Nauczycielu, wiemy, że jesteś szczery i na nikim ci nie zależy; nie oglądasz się bowiem na żadnego człowieka, ale po prawdzie nauczasz drogi Bożej; czy wolno płacić podatek cesarzowi, czy nie? Mamy płacić czy nie płacić? 15.A On przejrzawszy obłudę ich, rzekł do nich: Czemuż mnie kusicie? Przynieście mi denar, abym go obejrzał. 16.Tedy mu przynieśli. A On rzekł do nich: Czyj to wizerunek i napis? A oni mu odpowiedzieli: Cesarski. 17.Wtedy Jezus powiedział im: Oddawajcie, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co jest Bożego, Bogu.


A więc świętujemy. Zanim jednak przejdę do tego, z jakiej okazji, co to dla nas oznacza, zauważmy jedną rzecz. Święto – wyjątkowa okazja. Chwila, by zatrzymać się, by wspomnieć to, co się stało. By znaleźć czas na refleksję nad tymi wyjątkowymi wydarzeniami. Uważam, że w dzisiejszym świecie powinniśmy świętować jak najczęściej. Dlaczego? Z własnego doświadczenia wiem, iż w zwykłej szarości trudno o zatrzymanie się. Dni mijają, my żyjemy w wielkim pędzie, trudno uchwycić to, co wartościowe. A święta mobilizują nas do tego, by choć na moment się zatrzymać i nabrać sił do mierzenia się z rzeczywistością. Normalny tryb życia ustępuje świątecznemu spowolnieniu. A to spowolnienie my, chrześcijanie, możemy wykorzystać na zbliżenie się do naszego Boga.

W sumie nie chciałbym dzisiaj za dużo miejsca poświęcać historycznym wydarzeniom, które nas dziś tu gromadzą, ale nie mogę ich pominąć. Święto uchwalenia Konstytucji 3. Maja w 1791 roku jest radosne, pełne dumy narodowej, to przecież w końcu była druga uchwalona konstytucja na świecie. Problem w tym, że nasz kraj – Rzeczpospolita Obojga Narodów (sprawdzić oficjalną nazwę) znajdował się już na skraju upadku. Pierwszy rozbiór 19 lat wcześniej, degrengolada magnaterii, niezwykle nieudolne próby ratowania Rzeczypospolitej, marny polityk i kochanek carycy Katarzyny na tronie polskim – o przyczynach można by dyskutować długo. Generalnie rzecz ujmując – podpisanie Konstytucji ze słynnym zawołaniem „Wiwat król, wiwat sejm, wiwat wszystkie stany!” było łabędzim śpiewem Polski, ostatnimi podrygami państwa będącego w stanie agonii. Do tego wcale nie musiało dojść, gdyby kraj miał lepszych liderów. Gdyby jego obywatele potrafili ze sobą współpracować i dążyć wspólnie do jednego celu – silnej Rzeczypospolitej, która potem może zapewnić dobrą sytuację swoim ludziom. Zamiast tego, kierowali się oni własnymi interesami, kolaborowali z sąsiadami, zrywali sejmy. Nie pomogło zawierzenie Polski Matce Boskiej. Aż na 123 lata zniknęliśmy z mapy Europy.

Tyle o historii. Pochylamy się dziś nad tekstem z ewangelii Marka, w którym odnajdujemy wątki polityczne, w którym widzimy konfrontację Jezusa z liderami narodu żydowskiego. Doskonale z pewnością znamy ów fragment. Faryzeusze i herodianie chytrze próbują postawić Jezusa pod ścianą, zadając mu (w ich mniemaniu) pytanie pułapkę: czy mamy płacić podatki cesarzowi? Inaczej mówiąc – czy mamy uznawać fakt, że jesteśmy podbici, czy mamy poddać się okupantowi i dla naszego dobra płacić mu należność? Czy w ten sposób powinniśmy okazać mu naszą zależność od niego? „A może nauczycielu, który właściwie nauczasz drogi Bożej, krążą plotki, że jesteś Mesjaszem, może powinniśmy przestać? Może ty staniesz na czele rebelii, która sprawi, że już nigdy nie będziemy musieli płacić podatków? A może dasz nam przykład do sabotażu – powiesz, że to są poganie, okupanci, nasze pieniądze do nich nie należą? Co mamy robić, czcigodny nauczycielu?”

Trzeba przyznać, iż faryzejsko-herodiańska intryga nosiła znamię majstersztyku. Sytuacja była o tyle zadziwiającą i niebezpieczna zarazem, gdyż oba te stronnictwa delikatnie mówiąc nie przepadały za sobą. Współpracowały jedynie w sytuacjach skrajnych. Zapewne przeciwnicy Jezusa przygotowani byli na dwie jego odpowiedzi: Tak lub nie. Faryzeusze byli gotowi rozpatrzyć oskarżenie o brak lojalności wobec prawa. Jezus jako nauczyciel musiał odpowiadać na trudne pytania od swoich przeciwników, nie mógł uchylić się od odpowiedzi. Herodianie natomiast, jako zwolennicy obecnego ustroju, który zapewniał im jako taką autonomię (prawo do króla, zachowania własnych zwyczajów), jako poddani Rzymowi byli zaniepokojeni jakąkolwiek tendencją mesjanistyczną, która mogła zagrozić idei panowania rodziny Heroda i mogła spowodować większą rzymską kontrolę nad tym obszarem.

Potwierdzenie Jezusa „tak, macie płacić podatki”, jak relacjonuje Józef Flawiusz, faryzeusze mogliby uznać za wyraz poddańczości Rzymowi, skompromitowanie Jezusa w oczach ortodoksyjnych Żydów, którzy przecież nienawidzili okupanta (hasło „żadnego podatku dla Rzymian” stało się zawołaniem fanatycznych patriotów), który stacjonował w ich ziemi obiecanej, profanował święte miejsca Izraelitów. Negatywna odpowiedź mogła doprowadzić nawet do aresztowania Jezusa, gdyż dwadzieścia lat wcześniej bunt wywołany płaceniem podatków zakończył się tragicznie dla jego przywódców. Mówiąc krótko – Jezus był pod ścianą.
Uczniowie zamarli, być może nawet westchnęli słysząc to pytanie, herodianie i faryzeusze oczekiwali na odpowiedź rabbiego z Nazaretu. Ten przejrzał zamysł swoich przeciwników, ale poprosił o denara. Denara, monetę, która była znakiem potęgi Rzymu, gwarancję jego panowania i władzy. Monetę, która przedstawiała wizerunek konkretnego władcy, cezara Tyberiusza. Wziąwszy denara do ręki, Jezus zapytał zgromadzonych: czyj to wizerunek? Usłyszawszy odpowiedź postanowił odpowiedzieć przeciwnikom. „Używając monet Tyberiusza w każdym wypadku uznajecie jego władzę w Palestynie. Moneta należy do niego, gdyż to jego podobizna na niej widnieje. Dając mu ją, dajecie to, co jest jego. Pamiętajcie jednak, dając tę monetę, że istnieje taka strefa życia, która należy tylko do Boga, a nie do cezara”. Jezus w naszym tekście w zdecydowany sposób rozdziela władzę świecką oraz duchową – i można powiedzieć że jest to swego rodzaju fenomen, bo w starożytnym świecie często władca utożsamiany był z liderem duchowym, a często wręcz z synem bożym lub bogiem (taki status dotyczył choćby cezarów rzymskich). Wskazuje sobie współczesnym, że człowiek podlega nie tylko Bogu, ale i władzy państwowej, następuje tu swego rodzaju legitymizacja rządów ludzkich – ale z Boskiego ustanowienia, bo przecież w rozmowie z Piłatem Jezus stwierdza „nie miałbyś władzy, gdyby nie została ci ona dana z góry”.

Naturalnym wydaje się teraz być pytanie o to, jak ten tekst odnosi się do nas, ludzi żyjących w XXI wieku i jak odnosi się do naszego święta narodowego. Wydaje mi się, że jest on niezwykle istotny dla naszej perspektywy, mimo iż od jego powstania minęło już 2000 lat. I w moim odczuciu jest to fragment rewolucyjny, przełomowy. Dlaczego? Tak jak już wcześniej wspomniałem, w starożytnym świecie nie było rozdziału między władzą świecką a duchową. Najczęściej władca stał na szczycie obu tych gałęzi, skupiał w swym ręku władzę absolutną jako najwyższy sędzia i najwyższy kapłan zarazem. Zauważmy, że w samym Izraelu faryzeusze byli zarówno elitą polityczną jak i duchową. I Jezus, wychowując się w takiej a nie innej kulturze, znając doskonale sytuację polityczną wypowiada takie przełomowe słowa. I te jego słowa mają wielkie znaczenie dla losów świata, również i dla nas.

Śledząc bieg historii widzimy, jak najpierw apostoł Paweł w swoich listach porusza temat posłuszeństwa władzy zwierzchniej (chyba że godzi ona w Boże przykazania – wtedy możliwy jest bunt) i rozróżnia za Jezusem władzę świecką i duchową. Opisuje to, jak ma wyglądać podejście chrześcijan do władzy – w 13. rozdziale Listu do Rzymian. Niemniej jednak potem sytuacja się zmienia. Obserwujemy w dziejach zmagania władzy świeckiej i duchowej o prymat – słynne spory cezaro-papistyczne w średniowieczu. Idea posłuszeństwa władzy jest bardzo bliska Marcinowi Lutrowi, który sam ma swego świeckiego protektora, Fryderyka Mądrego, dzięki któremu jest on bezpieczny i może głosić swe nauki. Gwałtowny, rewolucyjny wręcz powrót do zdecydowanego rozdziału państwa od Kościoła następuje dopiero w czasach rewolucji francuskiej, który szczególnie w dzisiejszych czasach jest akcentowany w coraz bardziej zsekularyzowanej Europie. Choć w naszym kraju… sami dobrze wiemy, iż Kościół większościowy próbuje brać czynny udział w polityce i często zamiast zwiastować Dobrą Nowinę skupia się na politycznej walce z odmienną wizją państwa.

Dzisiejszego wieczora, spoglądając wstecz na zachowanie Jezusa w rozmowie z faryzeuszami i Herodianami, na uchwalenie Konstytucji 3. Maja musimy popatrzeć też na siebie, inaczej – przede wszystkim na siebie. Jesteśmy chrześcijanami, luteranami, żyjącymi w Rzeczpospolitej Polskiej, jesteśmy obywatelami Polski. To jest nasze konkretne miejsce, nasza konkretna rzeczywistość. I wobec kraju mamy pewne obowiązki – co do tego chyba wszyscy się zgodzimy. W ostatnim czasie wiele mówi się o nowoczesnym patriotyzmie, powstaje wiele definicji tego, co to znaczy być patriotą w dzisiejszych czasach. Osobiście uważam, iż minęły czasy wywijania szabelką i bycia Mesjaszem czy Winkelriedem narodów – a taki model patriotyczny jest chyba najlepiej utrwalony w naszej literaturze (szczególnie romantycznej), taki model często promuje się w szkołach, podręcznikach, rocznicach wybuchu nieudanych powstań. Generalnie w opinii wielu patriota to ten, który jest w stanie oddać życie dla ojczyzny. Mi to podejście nie jest jednak aż tak bliskie. Uważam, że nasze oddanie naszemu państwu i posłuszeństwo władzy, o którym czytaliśmy w dzisiejszym tekście kazalnym możemy okazywać np. poprzez płacenie podatków. Np. poprzez branie udziału w wyborach parlamentarnych, samorządowych itd. Np. poprzez wspieranie organizacji pozarządowych, które robią wiele dobrego dla rozwoju naszego kraju. Poprzez dopingowanie naszej drużyny narodowej w rywalizacji sportowej. Poprzez sprzątanie po swoim psie w parku. Poprzez niewylewanie ścieków do pobliskiego strumyka. Poprzez krzewienie wielu charakterystycznych polskich zalet – gościnności, solidarności, zapału do poświęcania się swoim ideałom, a nie kultywowanie stereotypów czy naszych narodowych przywar. Drodzy, przykłady tego, jak wielki potencjał ma nasz kraj, a jak często go nie wykorzystywał, znajdujemy w naszej historii. Demokracja szlachecka – ewenement na skalę europejską u schyłku XVI wieku – i to on, nieodpowiednio wykorzystany doprowadził pośrednio do upadku Rzeczypospolitej. Wielka miłość do kraju, do barw – i w imię tego podjętych wiele powstań, z których większość była skazana na porażkę i kończyła się rzezią. Baczyński pisał „umrzeć przyjdzie, gdy się kochało wielkie sprawy głupią miłością”. Nasze czasy, nasza polska rzeczywistość wymaga dojrzałej miłości do Polski jako takiej. Wymagają naszej odpowiedzialności, naszego dojrzałego podejścia. Wymagają tego, byśmy jako luteranie (którym tak często odmawiano miana prawdziwych Polaków) byli solą tego narodu. Abyśmy byli inspirujący dla tych, którzy nazywają siebie prawdziwymi patriotami. Czasem zastanawiam się, w jaki sposób najlepiej pokazać to, że kocham swój kraj, że jestem dumny z bycia Polakiem. I patrząc na historię, która po raz kolejny przychodzi z pomocą oraz pytając o to Boga – wydaje mi się, iż powtarzając za Wojciechem Młynarskim „róbmy swoje”. Zaczynając od siebie, wcielajmy w życie odpowiedzialne postawy, respektujmy władzę, przepisy. Nie dążmy wiecznie do zrywów, ale rzetelnie, sumiennie i stale pracujmy nad sobą, nad tymi, wśród których postawił nas Bóg, by nasz kraj mógł rosnąć w siłę. Nie kochajmy Polski pełną patosu romantyczną ofiarą – bo jeżeli wszyscy oddadzą życie za kraj, kto będzie stanowił nasz naród? Kochajmy go miłością pozytywistyczną, która wiąże się z podjęciem rozsądnej, zgodnej z naszymi możliwościami odpowiedzialnością.

Bo wierzę, że każdy z nas, jak tu jesteśmy, ma przed sobą określone zadanie. Zadanie związane też z pomyślnością Polski. Ale w myśl słów Jezusa – będąc chrześcijanami wiemy, że ponad Polską jest jeszcze Ktoś inny. Ktoś, komu ślubowaliśmy wierność przy konfirmacji. Dzisiejszy świat i Polska potrzebuje ludzi, którzy będąc szafarzami Bożego dziedzictwa będą mocnym głosem w naszym kraju. Jako chrześcijanie jesteśmy podwójnie zobowiązani do odpowiedzialności. Zarówno za Kościół, jak i za kraj, w którym ten Kościół się znajduje. Tu te dwie rzeczywistości się zazębiają. Jezus postawił nam wyzwanie. Mamy respektować władzę świecką. Ale cały czas mamy pamiętać, że jest jeszcze osoba wyżej. Bóg czuwa i nad władzą świecką jak i nad duchową. Powinniśmy więc też modlić się o naszych liderów, by nie szukali własnego interesu, ale kierowali się dobrem wspólnym. Drodzy – znając przykład trzeciomajowy – działajmy póki nie jest za późno. Nie zdradzajmy naszych ideałów. Nie tchórzmy jak targowiczanie rok po uchwaleniu Konstytucji. Ale bądźmy solą ziemi, tej naszej, polskiej ziemi. A wtedy wierzę, że Bóg będzie obficie Polsce błogosławił.  

Amen.

wtorek, 30 kwietnia 2013

(nie?)możliwe cuda

Dziś o rewanżowych meczach w półfinałach Ligi Mistrzów.

Generalnie rzecz biorąc, za bardzo nie ma o czym pisać. Wydaje się, że znamy już finalistów. Przynajmniej ja tak uważam. Będziemy mieli 25. maja na Wembley pojedynek wewnątrz germański - bawarski mistrz Niemiec Bayern Monachium zmierzy się z byłym już mistrzem Niemiec Borussią Dortmund, przez polskich dziennikarzy zwaną Polską Borussią. Tak być powinno, nie ma zbyt wielu przesłanek (czy są jakiekolwiek?) do tego, by na najświętszą angielską murawę wybiegły inne jedenastki. Wyobraźmy sobie jednak...

Dziś o 21.05 Cristiano Ronaldo strzela gola z rzutu wolnego i podwyższa prowadzenie Królewskich na 2-0. Ustępujący mistrz Hiszpanii ma jeszcze 70 minut by strzelić jedną bramkę i trafić do finału na Wembley. Dodatkowo, o 22 Mats Hummels fauluje wychodzącego sam-na-sam z Weidenfellerem Angela Di Marię i otrzymuje czerwoną kartkę. Real ma pół godziny by strzelić jednego gola, gra w przewadze. Niemożliwe?

1. maja też może zapisać się wyjątkowymi zgłoskami w historii piłki nożnej. Pięć bramek Leo Messiego, z czego dwie w ostatnich 10. minutach meczu, a ostatnia w drugiej minucie doliczonego czasu gry. Niemożliwe?

Co ciekawe, pierwsza wersja - alternatywny przebieg wydarzeń na Santiago Bernabeu - jest dla dziennikarzy jak najbardziej do zrobienia. Natomiast show Messiego na Camp Nou graniczy już z cudem porównywalnym do wskrzeszenia Łazarza z martwych. Dlaczego?

To pytanie bardzo mnie ostatnio intryguje. Dlaczego dziennikarze dają Realowi tak duże (rzućcie okiem na sportowe nagłówki witryn internetowych w Polsce, o hiszpańskich już nie wspominając) szanse na remontadę, a o barcelońskim powrocie z wyniku 0-4 nie są w stanie się zająknąć? Z mojego punktu widzenia obie hiszpańskie drużyny zagrały tak samo beznadziejnie w pierwszym meczu i obie nie mają, racjonalnie patrząc, szans na Wembley. Dlaczego więc Jose Mourinho, który po raz kolejny posłużył się kłamstwem na konferencji prasowej (wg niego Ronaldo był faulowany 5. razy, a Lewandowskiego gracze Realu nie faulowali. Cóż. Lewandowski był faulowany już w 9. minucie, CR dopiero w 22. Viva Mou!) i jego ekipa wciąż są w grze, a Barcelona może się już pakować? Moim zdaniem na chwilę obecną 3-0 w Madrycie jest tak samo prawdopodobne jak 5-0 w Barcelonie.

Czyli praktycznie w ogóle. Ale... już raz w tym sezonie przekonałem się, iż remontada jest możliwa. Barcelona zdołała wygrać 4-0 z Milanem. Ale teraz to Bayern, najmocniejsza drużyna w tym sezonie w Europie. Na zdrowy rozsądek nie ma na to szans. I tak samo na zdrowy rozsądek nie ma szans, by Real dziś nie stracił bramki z Borussią.

Ale gdzie jak gdzie, w futbolu cuda się zdarzają. Hm. Jeżeli Barca jutro awansuje do finału, wracam piechotą z Malinki do Jawornika.

Natomiast jeżeli dzisiaj Real awansuje do finału... przyznam publicznie - tu i na Facebooku - że Mourinho jest najlepszym trenerem i motywatorem na świecie. Rzekłem.

czwartek, 11 kwietnia 2013

odpowiedzialność wyszła z mody - moralność związkowo-małżeńska w XXI wieku okiem naiwnego kaczorka

Długo nie pisałem. W sumie za bardzo nie było o czym. Ale dzisiaj zostałem zainspirowany wykładem dotyczącym socjologii moralnej do tego, by dać upust mojej narastającej frustracji, mojemu zdezorientowaniu, zaniepokojeniu. Wiecie, zastanawiam się, w jaką stronę zmierza ten świat. I już teraz, na wstępie, postawię tezę, że w złą.

Przyznam szczerze, że szokiem było dla mnie stwierdzenie, które padło w jednym artykule w "Wysokich Obcasach", że w XXI wieku, szczególnie w drugiej dekadzie, nie ma już czegoś takiego jak miłość ponad wszystko, miłość na całe życie. Została nam, ludziom, już tylko przyjaźń. Dzisiejszy świat (szczególnie Zachód) dochodzi do wniosku, że prędzej czy później ludzie zaczną rozmijać się w swoich celach, spojrzeniu na świat, ich związek zwyczajnie się wypali, seks z jedną osobą przestanie im wystarczać, będą potrzebowali mocniejszych doznań.

Równie skołowany poczułem się, gdy we Francji jedna z prawniczek zaapelowała, by ze słów przysięgi małżeńskiej wyrzucić wierność. Wierność przestaje już dziś być cechą konstytutywną małżeństwa. "Być wiernym komuś przez całe życie? Nawet w złych chwilach, kiedy związek przechodzi poważny kryzys? Dajcie spokój, to nie dla nas".

Podobnie trudno jest mi zaakceptować przeforsowanie związków partnerskich (i nie chodzi mi tu o związki jednopłciowe - to jest temat na inną dyskusję, inny czas). Zdaję sobie sprawę, iż w tym momencie ktoś gotów jest zmieszać mnie z błotem, twierdząc iż jestem nietolerancyjny, homofobiczny i co nie tylko, niemniej jednak pozwólcie mi uzasadnić swoje wątpliwości. Obserwujemy obecnie kryzys poczucia odpowiedzialności. Młodzi ludzie (ale nie tylko oni) nie chcą brać za siebie pełnej odpowiedzialności - przynajmniej ja tak to widzę. Nie chcą zawierać małżeństw, ślubować sobie (czy to w kościele czy w USC) wierności, towarzyszenia sobie w dobrych i złych chwilach. Wolą móc swobodnie się schodzić i rozstawać, bez żadnych prawnych komplikacji, wyrzutów sumienia. Bez walki o związek, bez próby przezwyciężania swoich słabości, bez próby poświęcenia się, zmiany dla tej drugiej osoby. I co ciekawe - chcą teraz ten brak odpowiedzialności zalegalizować - proszą państwo o pomoc. Może i jestem zacofanym konserwatystą, ale nikt nie każe im się pobierać. Nikt nie każe im ślubować sobie wierności. Ale dlaczego państwo powinno w takim razie im, bojącym się odpowiedzialności, błogosławić i nadawać przywileje? Przecież jeżeli chodzi o kwestię podawania danych w szpitalu, dziedziczenia majątku - można to załatwić w inny sposób, poprzez notariuszy itd itp. Związek partnerski to w moich oczach małżeństwo minus odpowiedzialność. Pójście na łatwiznę. Obniżenie standardów. Jak mi się przestanie dziewczyna podobać - rozstaniemy się. Jak mój facet przestanie być interesujący - rzucę go. A gdzie tu praca, gdzie poświęcenie, gdzie towarzyszenie sobie w trudnych momentach i wzajemne wspieranie się? Robert Górski w kabarecie przyrównał związek partnerski (nazywany gdzieniegdzie konkubinatem lub związkiem na kocią łapę) do relacji lochy i knura. Cóż. Śmieszne. Ale dla mnie w pewien sposób prawdziwe. (oj, chyba będą flejmy....)

W Skandynawii za to seks staje się czymś w rodzaju joginggu, pójścia do kina lub teatru, wspólnym obejrzeniem meczu - ludzie spotykają się by się ze sobą przespać. I nic więcej. Taki typowy one night stand, ale ku ogólnemu przyzwoleniu społecznemu (i co ciekawe - obecne to nawet na teologicznych uczelniach. Choć w sumie... czemu mnie to dziwi?). Widocznie źle mnie moi rodzice wychowali, bo uważam seks za coś wyjątkowego, odpowiedniego dla małżeństwa, element który spaja dwójkę kochających się ludzi (pomijam teraz seks przedmałżeński - tu też można długo dyskutować). Seks pozamałżeński, seks traktowany jako sport, jako tylko i wyłącznie zaspokojenie swoich potrzeb wywołuje wiele moich pytań. Nie wiem, czy powinno to zmierzać w tę stronę.

A w Holandii zaczyna walczyć się o to, by pedofilia została zalegalizowana i by nie ścigano pedofilów z urzędu. Doprawdy, nie wiem jak to skomentować.

Wszystkiemu winny jest mój konserwatyzm. Jestem nietolerancyjny, zacofany, pełen żółci w stosunku do ludzi, którzy przecież nie robią mi żadnej krzywdy. Wszystkiemu winna jest Biblia, która przecież powinna uczyć nas miłości do siebie nawzajem, a nie stygmatyzacji grzechem. Wszystkiemu winne jest nasze pruderyjne podejście do etyki seksualnej (choć przyznaję - średniowiecze wyrządziło seksowi, cielesności, intymności pomiędzy małżonkami olbrzymią krzywdę). Ktoś inny powie - słuchaj, ty nie jesteś w związku, nie sypiasz z dziewczyną, nie musisz się z nią użerać, wytrzymywać jej gorszych dni. Nie ponosisz za niej odpowiedzialności, nie ubiegasz się o kredyt, jesteś singlem - więc co o tym możesz wiedzieć? Z jednej strony racja. Z drugiej jednak mam swoje wyobrażenia co do związku, o którym marzę i liczę, że dane będzie mi kiedyś poznać osobę, z którą spędzę resztę swojego życia. Staram się również w przesłaniu Jezusa odnajdywać wskazówki, które pomogą mi tę ewentualną relację odpowiednio prowadzić. Owszem - nie mam teraz praktyki, co niejednokrotnie mnie dołuje, niemniej jednak uważam, że nawet w XXI wieku istnieje miłość, która trwa całe życie, że ludzie potrafią być ze sobą na dobre i na złe, że są w stanie się wspierać, że pracują nad swoim związkiem, że nadal są w sobie zakochani. Nie wierzycie? Cóż. Małżeństwo moich rodziców i mojego rodzeństwa niech będzie tu przykładem. Jestem dla nich wszystkich pełen podziwu i marzę o tym, by i mi było dane tworzyć tak wartościowe i inspirujące relacje, jakie mogę obserwować w moim rodzinnym domu oraz w domostwach mojego brata i bratowej oraz mojej siostry i szwagra.

Boję się tego, w którą stronę zmierza ten świat. Wierzę w małżeństwo, które oparte na fundamencie Chrystusa potrafi przetrwać wielkie burze. Wierzę, że gdy ludzie się kochają, Bóg jest obecny w ich relacji, pracują nad związkiem - wtedy nie muszą zawierać intercyz, myśleć o ewentualnym rozwodzie. Budują wtedy dom na skale. I ciągle nie umiem zrozumieć, dlaczego tak bardzo dzisiejszy świat (coraz częściej polskie media) promuje budowanie na piasku. Czy boimy się odpowiedzialności? Tak wygodni się staliśmy? Małżeństwo (to heteroseksualne) przestaje być modne. A nawet jak ludzie się hajtają, to niedługo potem spora część z nich się rozpada. Koniec miłości. Tylko przyjaźń, ewentualnie skrajny hedonistyczny seks. W porządku, ludzie mają do tego prawo, są wolni, mają wolną wolę. Ale dokąd zmierzasz, świecie? Zastanawia mnie tylko czy są w tym szczęśliwi. Czy czują, że to ma sens.

Bo gdy patrzę na moją rodzinę, to widzę w nich (w ich dzieciach) to, że małżeństwo, miłość na całe życie, świadomie podjęta (i wcale niełatwa) odpowiedzialność ma sens. I pobłogosławiona przez Boga daje szczęście. Tego chcę się uchwycić. I w sumie wam wszystkim (niezależnie od poglądów) tego życzę.

poniedziałek, 11 marca 2013

Dźwięki Spoza Zasłony cz.2 - "Obecny" Live!

That was just pure awesome, mindblowing.

Czasem tego typu stany łatwiej jest mi wyrażać po angielsku. Dawno nie przeżyłem tak fantastycznego wieczoru.

Był on - Kuba Badach.
Była jego świetna ekipa - Luty, Piskorz, Barański i reszta. No i wyborny saksofonista z imponującymi solówkami...
Były smyczki - Pani Pierwsze Skrzypce. Ech.
Było wspaniałe towarzystwo - Mona i Hania.
Były kapitalne miejsca - 4. rząd, niemal na wprost Kuby.
Ogółem - wszystko, co jest potrzebne by zaistniał wyśmienity koncert.

Chciałbym tu opisać wszystkie reakcje, jakie wywołały we mnie poszczególne kawałki. Ale nie jestem w stanie. Bo było to niepojęte, acz zarazem ulotne. Dlatego (niestety) kilka zajawek spustoszenia, które Kuba poczynił w mojej duszy i mózgu:

  1. Zapamiętam schrzaniony przez akustyków mój ulubiony "Bądź moim natchnieniem", początkowy numer koncertu - Kuba większość piosenki słyszany był ze swojego odsłuchu, dodatkowo wszystko się sprzęgało...
  2. Zaraz potem wybrzmiało "Jak na lotni" - bałem się, że skoro na samym początku usłyszałem swoje dwa ulubione kawałki, to potem już będzie tylko gorzej. Na szczęście - myliłem się.
  3. Piękne "C'est la vie", od którego się wszystko dla Kuby z albumem "Obecny" zaczęło. Aż zachciało mi się wybrać do Paryża. 
  4. Dynamiczni, świeżutcy "Zakochani staruszkowie".
  5. Kapitalnie zinterpretowany "Leniwy diabeł", charyzma w głosie Kuby wręcz powalająca.
  6. "Masz przewrócone w głowie" całkowicie przewróciło mi głowie jeżeli chodzi o możliwości śpiewacze Badacha. To, jak ten facet opanowuje przejścia tonacyjne... impressive.
  7. Okazja pośpiewania podczas "Byłaś serca biciem".
  8. Końcowy "Siódmy rok", nostalgicznie.

Zostałem przeniesiony w inny wymiar muzyczny. Muzycy znakomicie czuli się ze sobą na scenie, komunikacja non-werbalna skuteczna w 100%. Widać było, że ich to bawi, sprawia wielką przyjemność. Nie da się opisać tego inaczej, jak tylko = chemia. Kuba zagadywał publiczność, był spontaniczny, naturalny, niezwykle ujmujący i czarujący. Podczas koncertu odebrał również złotą płytę za 15 000 sprzedanych egzemplarzy "Obecnego" - bardzo miły moment.

Żałuję, że już po, to wszystko minęło tak szybko... żałuję, że nie jestem w stanie przelać tu większej ilości detali, które mi utkwiły, które mnie zaczarowały. Ale wrażenia i przeżycia niezapomniane. Zachęcam do tego, by zapoznać się z twórczością Badacha, na YT jest cały album "Obecny. Tribute to Andrzej Zaucha" - naprawdę WARTO!

P.S. Ja chcę jeszcze raz! 10.03.2013 Klub Palladium - Where amazing Kuba Badach happened.


sobota, 2 marca 2013

Dźwięki spoza Zasłony cz. 1

Mój blog to miejsce, w którym staram się uchwycić większość ważnych dla mnie rzeczy. Być może czasem dominuje tu teologia (ale nie oszukujmy się - pochłania chyba największą część mojego życia), ale uważam, że jednowymiarowość, monotematyczność mogą być ogromnym zagrożeniem dla psychicznej kondycji człowieka, dla jego funkcjonowania między ludźmi, mogą odbić się na jego relacjach, rozwoju. Nie chcę zamykać się tylko i wyłącznie w jednej dziedzinie. Dlatego tak wiele uwagi w swoim życiu poświęcam sportowi, muzyce - moim pasjom, które potrafią mnie nakręcać, które czasem czynią ze mnie irracjonalnego człowieka. Te przemyślenia doprowadziły do tego, że chciałbym zainaugurować drugi już, po Leap'ie, cykl tematyczny na blogu: "Dźwięki spoza Zasłony".

Parę razy spotkałem się z określeniem, że słucham dobrej muzyki. Dla niektórych zabrzmi to jako symbol mojej próżności i zapatrzenia w siebie, ja jednak jestem przekonany o słuszności tego stwierdzenia :P Muzyka, której słucham, bardzo mocno na mnie wpływa, kształtuje mnie, uwrażliwia, porusza, jest kolejnym puzzlem będącym niezwykle istotnym (omal nie fundamentalnym) elementem całej mozaiki składającej się na małego studenta. Jest dla mnie ważna - dlatego chcę o niej pisać, chcę dzielić się z wami tym, co mnie porusza i inspiruje, powoływać się na zespoły, artystów, których cenię i bez których nie wyobrażam sobie swojego funkcjonowania. Bo muzyka ma wielką moc - nie bez powodu tak często dzięki niej przechodzą mi po plecach ciary.

Tyle tytułem wstępu. Czas na pierwszych inspiratorów, pierwszych geniuszy muzycznych.

Poznałem ich jeszcze w gimnazjum. Zazwyczaj jest tak, że zaczyna się od błahostek - wystarczył jeden filmik na YT, jedno tło muzyczne i zostałem poruszony. Trochę poszperałem by dowiedzieć się kto mnie tak zauroczył. Odpowiedź była taka: E.S. Posthumus.

(pure awesome.)

"Ulaid" było pierwszym kawałkiem, jaki poznałem. Do dziś mam do niego wielki sentyment i chciałbym kiedyś udać się w ten rejon Irlandii (bo nazwa wzięła się od tego oto regionu), stanąć na zielonych łąkach rozwiewanych przez łagodny powiew, głęboko odetchnąć, zamknąć oczy i ... uronić łzę wzruszenia.

Po nitce do kłębka - szybko znalazłem ich stronę internetową, z której dowiedziałem się, iż formacja E.S. Posthumus to dzieło dwóch braci - Helmuta i Franza Vonlichtenów (to ich pseudonimy, jeżeli chcecie wiedzieć jak dokładnie się nazywają - poszperajcie), archeologów i muzyków. Pasja do tych obu rzeczy skutkowała tworzeniem arcydzieł muzycznych, inspirowanych pobytem w szczególnych miejscach, związanych z dawnymi cywilizacjami (niektóre tytuły z płyty "Unearthed": Cuzco, Harappa, Isfahan, Pompei). Ich wytwory były wykorzystywane również przez NFL do tworzenia wyjątkowych kompilacji zapowiadających ważne wydarzenia (jak choćby Super Bowl).

Zostałem ich fanem. Po pewnym czasie jednak pochłonęli mnie inni twórcy, tym samym E.S. Posthumus spadł na dalszy plan. Nie trzeba było jednak długo czekać na powrót.

(lubię wyobrażać sobie płynący statek po spokojnym oceanie...)

"Nolitus" wywołał u mnie ciary. Tym razem Vonlichtenowie postanowili współpracować z Luną Sans, włoską artystką, która swoim śpiewem ubarwiła ich kompozycje. Oprócz "Cartographera" (tu znajdziecie historię Piri Reisa, kartografa) nagrali również instrumentalnego "Cartographera Pi" - odtąd towarzyszącego mi w moich samochodowych wyjazdach. Po raz kolejny udało im się mnie zauroczyć.

Sytuacja, która nastąpiła z "Unearthed", powtórzyła się z "Cartographerem" - został odstawiony na półkę. Niedawno jednak zastanawiałem się, co słychać u E.S. Posthumus. Okazało się, że nagrali kolejną płytę. Ostatnią. Dlaczego ostatnią? W maju 2010 roku Franz zmarł. Ich ostatnią wspólną kompozycją było "Christmas Eve".

(co ciekawe - melodia chyba identyczna jak "Na skale Kościół stoi" ;))

Nim jednak Franz odszedł, stworzyli "Makarę". Na YT cała płyta jest zamieszczona, polecam do słuchania. Jednak w związku z tym, że tym razem ciar nie odczułem, nie wrzucam tu wybranego kawałka. I w sumie wyglądałoby na to, że w tym miejscu należy skończyć, gdyż E.S. Posthumus ze śmiercią Franza Vonlichtena zakończyło swoją działalność. Ale...

No właśnie. To nie koniec. I chwała Bogu. Bo powstało coś, co zainspirowało mnie do cyklu "Dźwięki spoza Zasłony".

Helmut Vonlichten przestał tworzyć. Zaczął... cóż. Moje słownictwo jest zbyt ubogie, aby opisać to, jakie uczucia wywołuje jego... esencjonowanie. Tak. Esencjonowanie. Tworzę na mój użytek neologizm. Helmut osiągnął muzyczną esencję - to, co wywołuje mój zachwyt, co mnie rozwala na pół, co pustoszy moją duszę i sprawia, że doznaję swoistego katharsis.

(Wobec "Sunday" mam wyjątkowe plany w swoim życiu ;))

Les Friction to póki co moje największe odkrycie 2013 roku. Zakochałem się w tym od pierwszego usłyszenia, z niecierpliwością czekam na kolejne esencjonowane kawałki od Helmuta i reszty jego grupy. Nie umiem wytłumaczyć tego fenomenu, po prostu nie umiem. Takie rzeczy się czuje. Słuchasz i wiesz, że to jest to. Irracjonalność. Bo to ona nadaje życiu smaku.

Nie wytłumaczyłem jeszcze skąd taki tytuł dla cyklu. W bardzo osobistym kawałku Les Friction "Come back to me" wokalista (Paint) pyta (zakładam, że to słowa Helmuta kierowane do nieżyjącego Franza) czy go słyszy. Czy jeżeli będzie śpiewał z aniołami, to czy wtedy będzie dla niego słyszalny? Czy przebije/rozedrze zasłonę? Wykorzystałem te słowa oraz motyw rozdartej zasłony w świątyni jerozolimskiej. Zasłona oddzielała ludzi od Boga, to co było za nią, było już sacrum. Dlatego "Dźwięki spoza Zasłony" traktuję jako dar od Boga, jako wyraz jego rzeczywistości, wierzę, że to On inspiruje do tworzenia muzyki.

(kapitalnie słychać tu tęsknotę, ból, łzy. Niezwykle autentyczna piosenka i świetne, emocjonalne wykonanie.)

wtorek, 26 lutego 2013

irracjonalny

Jak inaczej wytłumaczyć fakt tego, że kiepski mecz 11. facetów w odległej Katalonii potrafi zepsuć mi nastrój jak nic innego?

Jak pojąć to, że każdą klęskę przeżywam niemniej boleśnie niż sercowe rozczarowanie?

Cóż. To kolejny dowód na moją irracjonalność. Zamiast siedzieć w Biblii, grzebać w komentarzach, zapoznawać się z poglądami teologów wolę obserwować haratanie w gałę ludzi, którzy dostają za to kupę kasy, są znani na całym świecie, a mnie nie przynosi to większych korzyści.

Najprościej byłoby to rzucić. Skupić się na rzeczach ważnych, takich, które bezpośrednio mnie dotyczą, za które jestem osobiście odpowiedzialny, może czas wreszcie dorosnąć?



Tyle że wszystko co w życiu piękne i ważne - miłość, wiara, emocje - jest praktycznie irracjonalne. I mam wrażenie, że właśnie ta irracjonalność nadaje życiu wyjątkowy, niepowtarzalny smak, to te irracjonalne wspomnienia pamięta się całe życie.

Do tej pory najpiękniejsze chwile w życiu przeżyłem właśnie dzięki irracjonalności. I dochodzę do wniosku, że nie będę tego zmieniał. Tym samym i wam życzę irracjonalności.

piątek, 8 lutego 2013

błogosławieństwo i przekleństwo zarazem - Leap cz.4 cd.

O czym mowa? O pietyzmie.

Pozwolę sobie postawić kontrowersyjną opinię: w moim odczuciu pietyzm był (i chyba w sumie jest) największym błogosławieństwem w historii luteranizmu (a co tam se będę żałował, i Kościoła!), będąc jednocześnie największym jego przekleństwem.

Gdy w 1675 roku Jakub Filip Spener pisał swoje "Pia Desideria" (Serdeczne pragnienia), nie przeczuwał, jak GIGANTYCZNY wpływ na Kościół będzie miało jego skromne (niecałe 100 stron) dziełko. Jak to zwykle w historii bywa, przebywający wówczas we Frankfurcie teolog nie chciał zdziałać tego, co się potem podziało. Podobnie jak reformatorzy, nie chciał wzniecać rewolucji, nie chciał tworzyć podziałów, nie śnił pewnie nawet o skutkach, jakie wywoła.

W największym możliwym skrócie Pia Desideria (6 głównych postulatów Spenera) można podsumować tak: była to reakcja na skostnienie duchowe Ortodoksji (mniej więcej od 1580 roku akcentuje się praworządność, ścisłe trzymanie się tradycji wywodzącej się z Reformacji, sformalizowanie przepisów religijnych etc.). Taki był cel działań Spenera. Tchnąć nieco ducha świeżości, indywidualnego przeżycia religijnego, położenie nacisku na studiowanie Pisma Świętego samemu lub w tzw. konwetyklach (m.in. grupach domowych). Ważnym motywem była również osobista modlitwa, edukacja najuboższych, próby ewangelizacji ludzi niewierzących, podkreślenie nowego, nawróconego życia i akcentowanie bardzo moralnego, niezwykle pobożnego życia, które nie tylko jest aktywne w głoszeniu - mówieniu, ale przede wszystkim jest aktywne w działaniu.

Ogólnie rzecz biorąc - takie postulaty wydają się bez zarzutu. I takimi też są. Taki miał być pietyzm w swoim założeniu. I takie założenie, które akcentuje indywidualność, relację człowieka ze swoim Stwórcą ale też bardzo mocno dowartościowuje znajomość teologii, dogłębne studiowanie Pisma, w którym zachodzi równowaga między fides qua (czyli właśnie tą indywidualną wiarą - uczuciem, zaufaniem) a fides quae (wiarą jako wiedzą, pewnymi poglądami, które mają podparcie w Piśmie, poglądach Ojców Kościoła itd.) jest dla mnie wielkim błogosławieństwem i wspaniałym dziedzictwem Jakuba Spenera. To jest dla mnie rdzenny pietyzm, którego próbuję się trzymać, z którym się utożsamiam.

Natomiast to, co zrobili z nim następcy Spenera... Doszło do tego, że po napisaniu swojego dzieła Spener już do śmierci musiał walczyć na pióra z tymi, którzy zbyt radykalnie zrozumieli jego przesłanie. Tak radykalnie, że zacny Jakub Filip był zmuszony do tego, by stwierdzać, iż on pietystą nie jest i że on nie jest twórcą tego, co ukształtowało się m.in. we Frankfurcie w Halle pod wodzą Augusta Hermanna Franckego oraz w Herrnhut u hrabiego Mikołaja Ludwika Zinzendorfa.

Słów kilka o wyżej wspomnianym pietyzmie Franckego i Zinzendorfa. Przejęli oni ideę Spenera i ją podrasowali. Jak? Motyw konwetykli był dla nich niezwykle istotny, tak że stały się one kościółkami w Kościele, które czasem nie potrzebowały nawet społeczności z pozostałymi wierzącymi podczas niedzielnych nabożeństw. Zaczęto bardzo mocno podkreślać nawrócenie, jako moment decyzji pójścia za Jezusem - tak mocno, iż liczył się nawet termin (rok, miesiąc, dzień, czasem nawet godzina), kiedy dany osobnik powiedział Bogu "tak". Ta decyzyjność do dziś jest kluczem w rozumieniu pietyzmu - "to była moja decyzja, nawróciłem się" - podkreślenie celowe. A skoro mowa o nawróceniu, to musi być też mowa o tych nienawróconych. No właśnie - tu zaczyna się problem. Nawróceni, przekonani o tym, iż zostali raz na zawsze przez Boga oczyszczeni, mają z nim teraz wyjątkową relację, zaczęli energicznie ewangelizować tych, którzy w ich mniemaniu nie byli jeszcze nawróceni. Gdy ich działanie nie przynosiło skutku, zaczęli na nich patrzeć z niechęcią, czasem wręcz nienawiścią. Dochodziło w Halle (we Frankfurcie chyba też...) do takich sytuacji, gdy podczas Komunii pół zboru wychodziło z kościoła "bo oni nie będą uczestniczyć w Komunii z tymi grzesznikami". Idąc dalej - twierdzili, że skoro są nawróceni, to nie potrzebują często przystępować do Stołu Pańskiego, bo tego potrzebują przede wszystkim ci nienawróceni. W późniejszym czasie ewoluowało to w stronę sytuacji, gdy pietysta uczestniczył w Wieczerzy Pańskiej cztery razy do roku, więcej przecież nie potrzebował.

Zaczęło się ocenianie, zabawa w Pana Boga, atakowanie tych, którzy pili alkohol (i nie chodzi tu o bycie pijakiem) - nie wiedzieć dlaczego jedynym słusznym stanem była całkowita abstynencja. Ci, którzy pili piwo lub wino, zasługiwali na miano grzeszników. Pojawiła się nowy typ pobożności, który potrafił przeradzać się również momentami w ekstatyczny mistycyzm, namacalne (zmysłowe, dotykowe) odczuwanie Jezusa Chrystusa przez niektórych pietystów. Zaczęła się troska o moralny, uduchowiony żywot członków zboru, wspólnoty, danego konwetyklu - napominanie, a czasem nawet jeżdżenie po kimś jak po burej kobyle było na porządku dziennym. Podziały nawróceni/nienawróceni, ocenianie ludzi, troska o bliźniego przeradzająca się w szykany - to dla mnie mimo wszystko przekleństwo związane z pietyzmem.

Nie umiem jednoznacznie ocenić pietyzmu. Zbyt szerokie jest to pojęcie, zbyt wiele można mu przypisać. Z pewnością jeszcze nie raz odniosę się do niego na blogu, dziś tylko pewne historyczne tło dla moich zainteresowań. Z góry przepraszam za wszelką generalizację, uproszczenia, braki w opisach. Prezentowana wizja jest moim subiektywnym odbiorem pietyzmu, który w żadnym stopniu nie rości sobie praw "naukowego opisu zjawiska pietyzmu". Tym zajmują się fachowcy (polecam wstęp do Pia Desideria - kapitalny!), jako kaczorek - mały student koncentruję się na tym, co mnie bezpośrednio porusza i intryguje.