wtorek, 26 lutego 2013

irracjonalny

Jak inaczej wytłumaczyć fakt tego, że kiepski mecz 11. facetów w odległej Katalonii potrafi zepsuć mi nastrój jak nic innego?

Jak pojąć to, że każdą klęskę przeżywam niemniej boleśnie niż sercowe rozczarowanie?

Cóż. To kolejny dowód na moją irracjonalność. Zamiast siedzieć w Biblii, grzebać w komentarzach, zapoznawać się z poglądami teologów wolę obserwować haratanie w gałę ludzi, którzy dostają za to kupę kasy, są znani na całym świecie, a mnie nie przynosi to większych korzyści.

Najprościej byłoby to rzucić. Skupić się na rzeczach ważnych, takich, które bezpośrednio mnie dotyczą, za które jestem osobiście odpowiedzialny, może czas wreszcie dorosnąć?



Tyle że wszystko co w życiu piękne i ważne - miłość, wiara, emocje - jest praktycznie irracjonalne. I mam wrażenie, że właśnie ta irracjonalność nadaje życiu wyjątkowy, niepowtarzalny smak, to te irracjonalne wspomnienia pamięta się całe życie.

Do tej pory najpiękniejsze chwile w życiu przeżyłem właśnie dzięki irracjonalności. I dochodzę do wniosku, że nie będę tego zmieniał. Tym samym i wam życzę irracjonalności.

piątek, 8 lutego 2013

błogosławieństwo i przekleństwo zarazem - Leap cz.4 cd.

O czym mowa? O pietyzmie.

Pozwolę sobie postawić kontrowersyjną opinię: w moim odczuciu pietyzm był (i chyba w sumie jest) największym błogosławieństwem w historii luteranizmu (a co tam se będę żałował, i Kościoła!), będąc jednocześnie największym jego przekleństwem.

Gdy w 1675 roku Jakub Filip Spener pisał swoje "Pia Desideria" (Serdeczne pragnienia), nie przeczuwał, jak GIGANTYCZNY wpływ na Kościół będzie miało jego skromne (niecałe 100 stron) dziełko. Jak to zwykle w historii bywa, przebywający wówczas we Frankfurcie teolog nie chciał zdziałać tego, co się potem podziało. Podobnie jak reformatorzy, nie chciał wzniecać rewolucji, nie chciał tworzyć podziałów, nie śnił pewnie nawet o skutkach, jakie wywoła.

W największym możliwym skrócie Pia Desideria (6 głównych postulatów Spenera) można podsumować tak: była to reakcja na skostnienie duchowe Ortodoksji (mniej więcej od 1580 roku akcentuje się praworządność, ścisłe trzymanie się tradycji wywodzącej się z Reformacji, sformalizowanie przepisów religijnych etc.). Taki był cel działań Spenera. Tchnąć nieco ducha świeżości, indywidualnego przeżycia religijnego, położenie nacisku na studiowanie Pisma Świętego samemu lub w tzw. konwetyklach (m.in. grupach domowych). Ważnym motywem była również osobista modlitwa, edukacja najuboższych, próby ewangelizacji ludzi niewierzących, podkreślenie nowego, nawróconego życia i akcentowanie bardzo moralnego, niezwykle pobożnego życia, które nie tylko jest aktywne w głoszeniu - mówieniu, ale przede wszystkim jest aktywne w działaniu.

Ogólnie rzecz biorąc - takie postulaty wydają się bez zarzutu. I takimi też są. Taki miał być pietyzm w swoim założeniu. I takie założenie, które akcentuje indywidualność, relację człowieka ze swoim Stwórcą ale też bardzo mocno dowartościowuje znajomość teologii, dogłębne studiowanie Pisma, w którym zachodzi równowaga między fides qua (czyli właśnie tą indywidualną wiarą - uczuciem, zaufaniem) a fides quae (wiarą jako wiedzą, pewnymi poglądami, które mają podparcie w Piśmie, poglądach Ojców Kościoła itd.) jest dla mnie wielkim błogosławieństwem i wspaniałym dziedzictwem Jakuba Spenera. To jest dla mnie rdzenny pietyzm, którego próbuję się trzymać, z którym się utożsamiam.

Natomiast to, co zrobili z nim następcy Spenera... Doszło do tego, że po napisaniu swojego dzieła Spener już do śmierci musiał walczyć na pióra z tymi, którzy zbyt radykalnie zrozumieli jego przesłanie. Tak radykalnie, że zacny Jakub Filip był zmuszony do tego, by stwierdzać, iż on pietystą nie jest i że on nie jest twórcą tego, co ukształtowało się m.in. we Frankfurcie w Halle pod wodzą Augusta Hermanna Franckego oraz w Herrnhut u hrabiego Mikołaja Ludwika Zinzendorfa.

Słów kilka o wyżej wspomnianym pietyzmie Franckego i Zinzendorfa. Przejęli oni ideę Spenera i ją podrasowali. Jak? Motyw konwetykli był dla nich niezwykle istotny, tak że stały się one kościółkami w Kościele, które czasem nie potrzebowały nawet społeczności z pozostałymi wierzącymi podczas niedzielnych nabożeństw. Zaczęto bardzo mocno podkreślać nawrócenie, jako moment decyzji pójścia za Jezusem - tak mocno, iż liczył się nawet termin (rok, miesiąc, dzień, czasem nawet godzina), kiedy dany osobnik powiedział Bogu "tak". Ta decyzyjność do dziś jest kluczem w rozumieniu pietyzmu - "to była moja decyzja, nawróciłem się" - podkreślenie celowe. A skoro mowa o nawróceniu, to musi być też mowa o tych nienawróconych. No właśnie - tu zaczyna się problem. Nawróceni, przekonani o tym, iż zostali raz na zawsze przez Boga oczyszczeni, mają z nim teraz wyjątkową relację, zaczęli energicznie ewangelizować tych, którzy w ich mniemaniu nie byli jeszcze nawróceni. Gdy ich działanie nie przynosiło skutku, zaczęli na nich patrzeć z niechęcią, czasem wręcz nienawiścią. Dochodziło w Halle (we Frankfurcie chyba też...) do takich sytuacji, gdy podczas Komunii pół zboru wychodziło z kościoła "bo oni nie będą uczestniczyć w Komunii z tymi grzesznikami". Idąc dalej - twierdzili, że skoro są nawróceni, to nie potrzebują często przystępować do Stołu Pańskiego, bo tego potrzebują przede wszystkim ci nienawróceni. W późniejszym czasie ewoluowało to w stronę sytuacji, gdy pietysta uczestniczył w Wieczerzy Pańskiej cztery razy do roku, więcej przecież nie potrzebował.

Zaczęło się ocenianie, zabawa w Pana Boga, atakowanie tych, którzy pili alkohol (i nie chodzi tu o bycie pijakiem) - nie wiedzieć dlaczego jedynym słusznym stanem była całkowita abstynencja. Ci, którzy pili piwo lub wino, zasługiwali na miano grzeszników. Pojawiła się nowy typ pobożności, który potrafił przeradzać się również momentami w ekstatyczny mistycyzm, namacalne (zmysłowe, dotykowe) odczuwanie Jezusa Chrystusa przez niektórych pietystów. Zaczęła się troska o moralny, uduchowiony żywot członków zboru, wspólnoty, danego konwetyklu - napominanie, a czasem nawet jeżdżenie po kimś jak po burej kobyle było na porządku dziennym. Podziały nawróceni/nienawróceni, ocenianie ludzi, troska o bliźniego przeradzająca się w szykany - to dla mnie mimo wszystko przekleństwo związane z pietyzmem.

Nie umiem jednoznacznie ocenić pietyzmu. Zbyt szerokie jest to pojęcie, zbyt wiele można mu przypisać. Z pewnością jeszcze nie raz odniosę się do niego na blogu, dziś tylko pewne historyczne tło dla moich zainteresowań. Z góry przepraszam za wszelką generalizację, uproszczenia, braki w opisach. Prezentowana wizja jest moim subiektywnym odbiorem pietyzmu, który w żadnym stopniu nie rości sobie praw "naukowego opisu zjawiska pietyzmu". Tym zajmują się fachowcy (polecam wstęp do Pia Desideria - kapitalny!), jako kaczorek - mały student koncentruję się na tym, co mnie bezpośrednio porusza i intryguje.