sobota, 26 stycznia 2013

849

Niemal dokładnie dwa lata temu (19. stycznia 2011 roku) popełniłem ten oto tekst. I stwierdziłem, że po tych dwóch latach odniosę się do niego - szczególnie że nastał czas sesji, studenci uciekają jak najdalej od nauki, poświęcają się wszystkiemu byle nie siadać do książek - nie mam zamiaru odbiegać od tej reguły ;)

Jednym z całkiem nieoczekiwanych efektów prowadzenia przeze mnie bloga jest to, iż mogę porównać swoje myśli, poglądy, refleksje z początku studiów z tymi, które mam teraz. I przyznam, że ich konfrontacja jest momentami całkiem zabawna ;) Dziś nie posłużę się co prawda metaforą wedlowską (na odwiedziny w tym cudownym miejscu jeszcze za wcześnie, dopiero po sesji), skomentuję jedynie niektóre fakty wspomniane w poście "111". Wiele zmieniło się od momentu, kiedy postawiłem po raz pierwszy stopę na 4. piętrze akademika. W sumie patrząc na okres październik 2010 - styczeń 2013 wydaje mi się, że to proces nieustannych zmian (oczywiście z elementami stabilizacji). Czytając bloga dobitnie się o tym przekonuję.

Jedna z większych zmian dokonała się w moim podejściu do pietyzmu, ortodoksji - generalnie rzecz ujmując chodzi o pobożność. Przychodząc na studia czułem się 100% pietystą. Taką łatkę mi przypisano, specjalnie z nią nie walczyłem, odczuwałem raczej swego rodzaju dumę z tego powodu. Biblię interpretowałem w sposób dosłowny, bez problemu akceptowałem fakt, iż to Bóg dyktował jej autorom co mają pisać. Nie miałem najmniejszego problemu, by stwierdzać, czym jest lub czym nie jest grzech. Większość spraw była dla mnie czarna bądź biała, nie dostrzegałem szarości. Szczyciłem się naiwnością, gardziłem teologami, "szkiełko i oko" było dla mnie czymś obcym, wręcz złym. Zastanawiam się, czy mój radykalizm nie miał znamion fundamentalizmu... w każdym razie - byłem (używając już dzisiejszego określenia mojej produkcji) ultrapietystą.

Jeżeli chcecie wiedzieć, jak duża zmiana we mnie zaszła, zapytajcie moich kolegów z akademika. Choć w sumie boję się tego, co mogliby powiedzieć :P Na pewno stałem się zdecydowanie bardziej krytyczny wobec dosłownego odczytywania Pisma Świętego, polubiłem się z teologami (niektórzy nawet bardzo przypadli mi do gustu), przestałem kurczowo trzymać się "prawdy objawionej" i staram się nie reprezentować stanowiska, iż "moja prawda jest bardziej mojsza niż twojsza". Mam wrażenie, że moje horyzonty się poszerzyły, nie mam już tak wąskiej i ograniczonej perspektywy, widzę i staram się rozumieć, że inni myślą inaczej niż ja, reprezentują inny światopogląd i wcale nie mam ochoty wsadzać ich za to na stos. Zacząłem zagłębiać się w pietyzm, poddałem go krytyce (ale nie krytykanctwu), zajęcia na uczelni są dla mnie bardzo wartościowe, mogę poznawać naprawdę ważne rzeczy dla teologii oraz praktyki duszpasterskiej. W rubryce "typ pobożności" wpisałbym na chwilę obecną: rdzenny pietysta (to pojęcie zostanie przeze mnie w przyszłości wytłumaczone).

A co do wiary, uczuć, które silniej do mnie przemawiają niż wspomniane wcześniej mędrca szkiełko i oko... cóż. Nadal mam wrażenie, że jestem na początku duchowej drogi (w myśl słów abpa Jeremiasza, który mimo 69 lat na karku nadal nie czuje się w pełni duchowo dojrzały). Mocniej niż kiedykolwiek czuję, jak wielkim grzesznikiem jestem. Bardzo często jest mi za siebie wstyd i niejednokrotnie z moich ust czy myśli padają słowa "bądź miłościw mnie, grzesznemu" - częściej niż miało to miejsce kiedyś. Mam poczucie, że niesamowicie często daję ciała i paskudnie się z tym czuję. Wiem, jak wiele jest w moim życiu do poprawy. Często ludzie zarzucają mi hipokryzję (zresztą słusznie), co tym bardziej uczy mnie pokory i pokazuje, jak ważna ona jest w życiu chrześcijanina, w życiu studenta teologii.

Jednocześnie widzę, że poza akademikiem, uczelnią, sferą kościelną jest również życie. Staram się szukać odskoczni by nie zakisić się w tym sosie na śmierć. Potrzebuję przecież praktycznej, duszpasterskiej rzeczywistości, która nie koncentruje się wiecznie na Biblii, Bogu, ale konfrontowana jest z ludzkimi problemami, troskami - ale też i radościami, pasjami, zainteresowaniami. Przy okazji czuję, iż On mi towarzyszy. Że jest - mimo tego, że bardzo często jestem jak ten marnotrawny syn.

Coraz częściej zabawa z dziećmi przynosi mi radość. I to jest dla mnie fenomen. A gdy dzieciaki okazują radość ze wspólnej zabawy i cieszą się, że poświęcam im czas oraz uwagę - odbieram to jako jeden z największych komplementów jakie otrzymałem w życiu. Próbuję mierzyć się z obowiązkami Starszego Bursy, usiłując być kompetentnym ale zarazem niezamordystycznym. Stawiam pierwsze kroki na ambonie, przy ołtarzu, w trakcie dystrybucji, praktykując z ludźmi w różnym wieku. Czas pędzi niezwykle szybko, nie mogę uwierzyć, że połowa studiów już praktycznie za mną. I muszę przyznać, że czuję się pozytywnie zaskoczony.

Ale co dalej? Niejednokrotnie przeżywam rozczarowania związane z szarą codziennością, nieraz z obawą i wątpliwościami patrzę w przyszłość, wciąż czekam na realizację Marzeń. Mimo, iż nie doświadczyłem żadnych tragedii życiowych wiem, jak nasza wędrówka po ziemi potrafi być frustrująca i trudna. Pewnie Bóg jeszcze nieraz będzie słyszał płynące z moich ust niewygodne pytania.

Już teraz intryguje mnie, jakim będę w chwili przeżywania 1000., 1250., 1400. dnia w Warszawie. Myśląc jednak o tych momentach chcę uchwycić się tego oto przekonania:


czwartek, 3 stycznia 2013

ogień tragedii

Ogień ma wielką siłę. W moim odczuciu nawet gigantyczną, druzgocącą, bo nic po nim nie pozostaje, jedynie popiół.

I to właśnie krótka (ognista) scena z filmu "Elegia" zainspirowała mnie do krótkiego postu, dziś związanego z historią.

Józef Stalin powiedział kiedyś, że śmierć jednostki to tragedia. Śmierć miliona to statystyka. I o ile można się z sowieckim dyktatorem w 99,99% procentach nie zgadzać, można potępiać jego działalność, tak pod owym stwierdzeniem podpisuję się obiema rękami. Dlaczego?

Będąc uczniami szkół (podstawowych, gimnazjum, ponadgimnazjalnych) przyzwyczailiśmy się, że stałym elementem nauki historii jest zapoznawanie się z różnego typu wojnami. A jak wojna - to pojawia się statystyka ofiar. Być może do dziś pamiętamy, że pod Termopilami poległo 300 Spartan (choć czasem przypisuje się temu wydarzeniu znamiona legendy), podczas II Wojny Światowej zginęło 6 mln Polaków, 20 mln ludzi w całej Europie, podczas pacyfikacji kopalni Wujek w Katowicach 16 grudnia zginęło 9 górników. Dwóch polskich prezydentów zginęło w trakcie wykonywania swoich obowiązków, ponad 20 tys. polskich oficerów zostało zamordowanych przez Sowietów w lesie katyńskim (i innych miejscach) w marcu 1940 roku. W trakcie wojny chłopskiej w Niemczech w 1525 zginęło (wedle bardzo szacunkowych danych) od 100 do 130 tys. chłopów. Wskutek katastrofy smoleńskiej śmierć poniosło 96 osób. U schyłku II Wojny Światowej hitlerowcy spalili żywcem 32 żołnierzy Wojska Polskiego.

Być może znamy te daty na pamięć, nie są nam one obce. I co więcej - przyjmujemy je nadzwyczaj normalnie. Zresztą, gdy policja publikuje współcześnie dane dotyczące choćby ofiar śmiertelnych podczas świętowania Sylwestra - jest to dla nas normalne. Codziennie ktoś ginie. Czym się tu przejmować. Co z tego, że w Auschwitz zamordowano 1,5 mln ludzi?

Przyznam uczciwie, że na mnie te liczby również nie wywołują wielkiego wrażenia. Zapewne dlatego, że nie było mi dane (rany, jak to brzmi w tym kontekście...) przeżyć okropieństwa wojny. I chwała za to Bogu. Jednym z częściej powtarzanych zdań w trakcie rozmów z wczasowiczami podczas Świąt było: "Wy nie wiecie, co to wojna, co to głód, co to strach, wy sobie nie zdajecie w ogóle z tego sprawy, bo oglądacie tylko filmy i słuchacie wspomnień!". Trudno się z tym nie zgodzić. Wcale nie zamierzam rościć sobie prawa do tego, że wiem jak to jest, gdy dochodzi do wojny i cierpią na tym najbardziej cywile.

Niemniej jednak w ostatnim czasie pewne urywki, pewne obrazy, symbole poruszają mnie do głębi, przeszywają na wskroś. Choćby obejrzany wraz z wczasowiczami film przedstawiający ostatnie chwile Jana Husa, jego proces i śmierć na stosie. "Oczyszczający ogień", który pochłonął go dlatego, że głosił nauki zgodne z Pismem Świętym, ale nie będące po drodze z ówczesną linią dogmatyczną Kościoła Rzymsko-Katolickiego, dał mi do myślenia. Gdy się skończył, miałem ochotę komuś zwyczajnie po ludzku przyłożyć/ewentualnie mocno wtulić się w ramiona kogoś, kto jest mi bliski. Jako osoba urodzona, wychowana już w wolnej Polsce, gdzie panuje wolność poglądów, gdzie (takie przynajmniej mam wrażenie) nie doświadcza się cenzury nie umiem wyobrazić sobie, że kogoś zamyka się za przedstawiane opinie (poglądy faszystowskie, nazistowskie i skrajnie komunistyczne - typowe dla stalinizmu pod to nie podchodzą), co więcej - pozbawia się kogoś życia za to, iż myśli inaczej i chce Słowo Boże głosić w języku narodowym, przetłumaczył Biblię na język czeski. W mojej głowie jest to po prostu nie do ogarnięcia.

Podobnie jak to, że oglądając jedynie króciutki urywek "Elegii" obrazującej zdarzenie, kiedy hitlerowcy palą żywcem 32 żołnierzy polskich (akurat trafiłem na moment zabójstwa) po raz kolejny dostałem obuchem po głowie. Polali ich benzyną, obwiązali ręce drutem kolczastym, skupili w kole, koło obtoczyli ponownie drutem, wrzucili do stodoły i podpalili. Na tle wszystkich nazistowskich zbrodni ta wcale się nie wyróżnia. Ale ogień trawiący ciała, stodołę, ziemię po raz kolejny mnie przeszył. Po raz kolejny chciałem kogoś uderzyć albo znaleźć ukojenie dla mojej krzyczącej duszy w czyichś ramionach.

I po raz kolejny można te ofiary wtłoczyć w statystyki, umieścić na wykresie, w tabeli, oswoić się z nimi, przyjąć do wiadomości, I NIE DAJ BOŻE WYKUĆ NA PAMIĘĆ NA SPRAWDZIAN. Bo to najgorsza rzecz jaką można z tym zrobić - zazwyczaj to, czego musimy się nauczyć zupełnie do nas nie przemawia i chcemy o tym jak najszybciej zapomnieć.

A przecież 32 matki straciły swoich synów. 96 rodzin poniosło stratę, której nie da się już z powrotem wypełnić. Wierni Kaplicy Betlejemskiej w Pradzie straciły swojego duszpasterza. Wśród zabitych 9 górników byli ojcowie, synowie, bracia. Tysiące rodzin krzyczało z bólu, kiedy otrzymywały urzędowe pisma z Auschwitz informujące o śmierci najbliższych. Dla każdego, kto to przeżył, była to niewyobrażalna tragedia.

Tej tragedii nikomu nie życzę. Sobie również. Nie umiem jakoś wyobrazić sobie faktu, że wybucha wojna, jest potrzeba bym do ręki wziął karabin i ruszył do walki. Daj Boże, by hasło znajdujące się na Westerplatte "Nigdy więcej wojny" dla naszego kraju i kontynentu nigdy nie przestało być aktualne. Dlatego pamiętajmy o tym, co się stało, jak wiele rodzin, matek, ojców, synów, córek poniosło straty i doświadczyły nieporównywalnego z niczym dramatu. Pamiętajmy. I żyjmy tak, byśmy nigdy nie musieli tego doświadczyć.

Bo jak powiedział G. Santayana - kto nie zna historii, skazany jest na ponowne jej przeżycie. A to mogłoby się wiązać z tym, że wszystko i wszyscy, których kochamy, stanęli by w ogniu. Podobnie jak i my.

Dla zainteresowanych - "Elegia":