sobota, 26 listopada 2011

szukając i starając się ufać

Kiedyś, kiedy Kaczorek był jeszcze beztroskim chłopcem (gimnazjum/liceum), lubił przesiadywać w dawnym pokoju siostry i słuchać jej kasetowej kolekcji. To miejsce było mu szczególnie bliskie, kiedy był zmuszony pisać wypracowania na polski lub kiedy chciał przyszykować jakąś pisemną niespodziankę dla drogich mu osób. W tych pracach często towarzyszył mu Varius Manx (jakiś czas temu wspomniany i zaprezentowany na blogu) lub również wspaniały zespół The Corrs ze swą wybitną płytą "In blue". Dzisiaj jakimś dziwnym trafem ją odkurzył. I momentalnie wróciły wspomnienia.

Kiedyś Kaczorek złożył pewną obietnicę na tym blogu i aż dotąd jej nie dotrzymał. Otóż kiedy Kaczorek wraz ze swoimi kolegami ze studiów był w Braunschweigu i na warsztatach z homiletyki dramaturgicznej tworzył opowiadania do tekstu z Ewangelii Marka 1,32-37, obiecał po powrocie, że zamieści na blogu swoje opowiadanie. Cóż, czas się z tej obietnicy wywiązać. Zapytacie - jaki związek mają ze sobą te 2 akapity? Otóż wbrew pozorom mają. Jaki? O tym później. Najpierw opowiadanie.

Niespełnione nadzieje


Tuż po zachodzie słońca matka, prowadząc za rękę swą niewidomą córkę do drzwi domu, w którym przebywał Jezus, odczuwała nadzieję.
- Córeczko, on uzdrowił teściową Szymona! On ma moc! Plotkują, że jest Mesjaszem! On cię uleczy! Ja to wiem!
- Mamo, będę mogła widzieć wszystko to, co ty? Słońce, gwiazdy, naturę?
- Tak, córeczko. Twoje cierpienie dobiegnie końca i od dzisiaj będziesz zdrową dziewczynką.

Matka i córka, pełne nadziei i z podekscytowaniem na twarzy dotarły do domu. Jezus krzątał się dokoła chorych, rzeczywiście uzdrawiał, miał moc. Matka mocniej ścisnęła rękę córki i ruszyła do przodu, w stronę Jezusa. Zauważył je. Ale na jego twarzy nie było uśmiechu. Spojrzał na córkę, jej matkę, westchnął, odwrócił się i gdzieś się oddalił. W oczach matki pojawiło się zdezorientowanie.

- Co się dzieje? Dlaczego on odchodzi? Szymonie, zatrzymaj go! Niech uzdrowi moją córkę! Proszę! Szymonie, zawołaj go z powrotem!
- Mamo, czemu ja ciągle nic nie widzę?
- Córeczko, poczekaj jeszcze. Szymonie, gdzie on jest?
- Nie wiem, Miriam. Po prostu gdzieś poszedł. Przepraszam, nie mogę ci pomóc. Przyjdź może później.
- Ale dlaczego? Czemu on nie mógł uzdrowić mojej córki? Innym przecież pomógł, co to dla niego za problem? To ma być niby ten Mesjasz?

Ze łzami w oczach matka, powoli prowadząc córkę za rękę, wracała do domu. Rozgoryczona, zawiedziona i zrozpaczona.  

Zastanawiałem się, czemu akurat z tej strony postanowiłem ugryźć ten tekst. Pamiętam, że bardzo uderzyło mnie to, iż w Ewangelii czytamy, że Jezus uzdrowił wielu. Nie wszystkich. Tak więc musieli prawdopodobnie być tacy, którzy nie zostali uzdrowieni, którzy rozczarowali się i odeszli z niczym. 

Mam poczucie, że w minionym roku (świadomość, że zbliża się koniec roku kalendarzowego zmusza mnie do różnego rodzaju podsumowań), ba, w minionym tygodniu przeżyłem sporo rozczarowań. Niektóre z nich były bardziej, niektóre mniej bolesne. Niektóre były powodowane przez moją głupotę, niektóre przez perfidię i wredotę innych ludzi. A niektóre po prostu się działy. Wiem jedno - ten rok dał i wciąż daje mi mocno w kość. Staram się widzieć w tym coś szerszego, coś co ma mnie czegoś nauczyć, przygotować do czegoś w przyszłości. Czasem jednak nie umiem i buntuję się przeciwko takiemu porządkowi. Czasem zwyczajnie puszczają mi nerwy, czasem jestem bezsilny, rozczarowany, rozgoryczony, mam poczucie, że odchodzę z niczym (jak bohaterki wcześniejszego opowiadania). 

Zawsze byłem przeciwnikiem mówienia o procesie "poszukiwania siebie", porad typu: "musisz zrobić coś dla siebie, musisz odnaleźć siebie". A dziś... czuję, że właśnie przez taki proces przechodzę. Szukam siebie. Tego, kim jestem. Jakkolwiek dziwnie to brzmi. Szukam swojego miejsca w świecie, próbuję jakoś to wszystko ogarnąć. I nie jest to jakaś próba zwrócenia na siebie uwagi, głośne wołanie o pomoc. Po prostu coś ostatnio we mnie zaczęło pękać. Pewne skorupy się rozpadły, skruszyły i w ich miejsce pewnie wyrosną nowe. Jakie? Nie wiem. Ale mam nadzieję, że Pan Bóg to wie. I że będą to dobre, wartościowe skorupy.

Wiecie, będąc tym beztroskim chłopcem, siedzącym przy biurku starszej siostry, pisząc sobie różne pierdoły i słuchając sobie "In blue", byłem szczęśliwy, myślałem, że znam siebie, znam to, na czym mi zależy, pewne rzeczy traktowałem jako pewnik. Ciekawe, że pamiętam moje skojarzenia i myśli z wieloma piosenkami "In blue" z tamtego czasu. Dziś wywołuje to już tylko sarkastyczny śmiech. Dziś również siedzę przy drewnianym biurku, również coś piszę, również słucham "In blue", również jest to nieco depresyjny, jesienny wieczór. Truizmem byłoby powiedzieć, że znajduję się w zupełnie innym punkcie mojego życia. Tyle, że wtedy czułem, że mam swoje życie pod kontrolą, że zmierza ono do określonego celu. Że wszystko jest na swoim miejscu, wszystko ma swój cel i wszystko pójdzie tak, jak sobie zamierzyłem. 

Dziś wiem, że zdecydowana większość tego wszystkiego poszła zupełnie odwrotnie. Nie wiem, dlaczego. Trochę czuję się rozczarowany. Ale nie odchodzę zrozpaczony, jak bohaterki mojego opowiadania. Wierzę (jeszcze :P), że Pan Bóg ma w tym jakiś cel. I że pomoże mi odnaleźć siebie, moje miejsce w tym świecie, żółtą parasolkę. Że pomoże mi dojrzeć i dorosnąć. 

Ojć, rozpisałem się. Więc żeby nie przedłużać... Piosenka, która wtedy działała na mnie najmocniej. I wciąż działa. :) (choć tamte 2 również są wyjątkowe)




sobota, 19 listopada 2011

PRowsko + drobne zmiany

W ramach Instytutu Pastoralnego mieliśmy zajęcia z Public Relations. Zainspirowany przykładami prowadzącego, dyrektora ds. komunikacji społecznej Warszawskiej Grupy Doradców PR, postanowiłem nieco pozmieniać na swoim blogu.

Jeżeli zmiany te się nie spodobają - wyraźcie swoją opinię w komentach. ;)

Co do samych zajęć - były naprawdę bardzo inspirujące. Na potwierdzenie wrzucam tu notkę prasową, jaką mieliśmy przygotować na temat minionych dwóch dni:


Studenci, PR i Kościół  

W dniach 18-19 listopada studenci teologii w ramach Instytutu Pastoralnego mieli okazję doskonalić swoje umiejętności w ramach bardzo modnego w ostatnim czasie tematu – Public Relations. Podczas kursu, prowadzonego przez Maurycego Seweryna, doświadczonego PR-owca, dyrektora ds. komunikacji społecznej Warszawskiej Grupy Doradców PR, uczestnicy mieli okazję poznać ogólną charakterystykę i zagadnienia Public Relations, dowiedzieć się, jak tę wiedzę przełożyć na realia kościelne.

Prowadzący zaznajomił zebranych z metodami i zasadami, w oparciu o które można zbudować dobrą, wartościową strukturę kontaktów z różnego rodzaju mediami, organizacjami samorządowymi, stowarzyszeniami, w jaki sposób zainteresować dziennikarzy, osoby publiczne działalnością parafii czy kościoła. W interesujący i ciekawy sposób zachęcał studentów do czynnego brania udziału w zajęciach, czego dowodem była praca w grupach (dotycząca m.in. próby określenia grupy docelowej, do której chcą dotrzeć jako ludzie pracujący w Kościele czy parafii), ćwiczenia z zakresu organizowania konferencji prasowej czy nagrywania wypowiedzi odnoszącej się do wybranego wydarzenia mającego miejsce w Kościele. Te praktyczne ćwiczenia z pewnością lepiej uzmysłowiły uczestnikom, na czym polega kształtowanie wizerunku nie tylko swojej osoby, ale również (a może przede wszystkim) Kościoła, jak wykorzystać środki przekazu – Facebook, blogi, jak stworzyć interesującą stronę internetową np. parafii. 

Pomimo intensywności zajęć, sporej dawki nowych informacji oraz ćwiczeń praktycznych, studenci mogli zaliczyć spędzony na Instytucie czas do udanych. - Wreszcie mogłem zobaczyć, jak wygląda ten, szeroko komentowany we współczesnych mediach, PR. Nie sądziłem, że często prostymi środkami, w nieskomplikowany sposób, przy niekoniecznie dużych kosztach można zbudować wartościową sieć kontaktów, zainteresować działalnością Kościoła i jego aktywnością dziennikarzy, różne grupy społeczne i przede wszystkim wiernych, parafian. Myślę, że ten kurs wiele mi dał i postaram się wykorzystać sporo cennych uwag, impulsów w przyszłości. PR staje się coraz istotniejszy w życiu publicznym. Dobrze jest znać jego tajniki. Bardzo wartościowo spędziłem czas – przyznał jeden z uczestników kursu.

Całość odbyła się dzięki zaangażowaniu ks. Adriana Korczago, dyrektora Instytutu Pastoralnego.

piątek, 18 listopada 2011

alternate reality

Dzisiejszy dzień to typowy przykład obcowania z alternatywną rzeczywistością - no ale czego się spodziewać po dniu spędzonym z dwoma komediami romantycznymi? (tak się składa, że te komedie należą do jedynych trzech komedii romantycznych, które naprawdę mi się podobają)

I po takiej porcji pięknej, acz nierealnej rzeczywistości człowiek ma jednocześnie niedosyt i dość tego, co zobaczył i co ewentualnie może przeżyć. Wszyscy doskonale wiemy, że to, co dzieje się w komedii romantycznej, nie ma praktycznie żadnego przełożenia na nasze życie. Więc może dlatego tak bardzo je lubimy? Tak lubimy uciekać w świat przedstawiony w nich?

Szczególnie, że akurat "Listy do M." kończą się we wszystkich wątkach happy endami. (pod tym względem "Love actually" nie jest już takie ckliwe i wspaniałomyślne) Wychodząc z kina człowiek nie wie, co ma myśleć. Naczy, inaczej. Wie. "Rany, rany, rany, też chcę się tak zakochać, też chcę od razu to poczuć i od razu wiedzieć że ona/on to ten".

A nie?

Ale czy tak naprawdę o to chodzi? Czy nie lepiej poznać osobę, pospędzać z nią trochę czasu, pogadać, poodkrywać jej wady, zalety i dopiero potem stwierdzić, czy pójść dalej czy jednak sobie odpuścić? Czemu trzymać się tylko i wyłącznie tego pierwszego wrażenia? Owszem, jest to wtedy cholernie romantyczne. Ale nie zawsze ten idealistyczny romantyzm wychodzi na zdrowie...

Komedie romantyczne mogą być fajne. "Listy do M." były wręcz zarąbiste. Ale pamiętajmy, że życie bywa inne. Bardziej zawiłe, wymagające więcej wysiłku, starań, zmagań. No i (to już moja typowo konserwatywna, prywatna opinia) nie trzeba na pierwszej randce koniecznie iść do łóżka (zdążyłem się już przyzwyczaić, że w kinie to norma. Ale pal licho), nie trzeba również iść na 10., ale można również czasem poczekać do ślubu...

Przykro mi było, że powód, dla którego świętujemy Boże Narodzenie został w "Listach do M." wymieniony tylko raz. Choć i tak rejczel nie powinienem narzekać, bo wymieniono go AŻ raz. Przyzwyczaiłem się, że popkultura woli Mikołajów, politycznie poprawne "Happy holidays", renifery, a centrum handlowe to kościoły XXI wieku. Pomijając już rytuał Wigilii, który dla Polaków jest chyba świętszy niż niepokalane poczęcie i polskość Maryi. Są święta i musi być inaczej, lepiej, musimy ze sobą rozmawiać, musimy być dla siebie uprzejmi, musimy mieć choinkę, musimy mieć prezenty, musi być fajnie.

Kurde, a przez resztę roku bądźmy znowu wrednymi, bezuczuciowymi ludźmi. Wybaczajmy sobie w Wigilię, ale przez resztę roku się nienawidźmy. Mam wrażenie, że w naszym kraju kult Wigilii rozrósł się do niewyobrażalnych rozmiarów. I boli mnie to. A jako że lubię robić często na przekór wszystkiemu - przyznam publicznie, że od lat po prostu Wigilii nie lubię. Ot co. To jest moja alternatywna rzeczywistość.

Wiem, odbiegłem od meritum i zacząłem narzekać. Poniosły mnie trochę emocje. Ale no ludzie! Pan Jezus został zesłany dla nas, żeby nas zbawić. To dzięki Niemu mamy w ogóle co świętować. To nie Mikołaj się urodził, nie girlandy ani choinki, nie prezenty... no ale co tam. Dzisiejszy świat już po prostu tego nie rozumie. Nie potrzebuje. Wszystko sprowadza się do seksu, konsumpcji i przyjemności, przerywanej zasuwaniem w korporacjach i zarabianiem kupy kasy.

Panie Jezu, nie da się inaczej? Naprawdę się nie da? Czemu Twoja wartość tak gwałtownie spada? Czemu konsumpcja usuwa Ciebie i Twoje przyjście w cień? Czemu czuję się tak bardzo zdominowany przez ten mainstreamowy potok tandety i taniego zadowolenia? Pomóż...


poniedziałek, 14 listopada 2011

powrót do początku (Projectu)

Ostatnio znowu zdarza mi się dużo myśleć. Biorąc pod uwagę, jak wiele rzeczy zmienia się w moim życiu, jak czasem wydarzenia nabierają niesamowitego tempa, jak sytuacje się komplikują, bywają nieprzewidywalne... już dawno moja perspektywa się nie zmieniała na tak wiele spraw. Czasem mam wrażenie, że to nawet niekorzystnie na mnie wpływa. Choć z drugiej strony...

Jesienna pogoda sprzyja nostalgii, rozważaniom. I dzisiaj w sumie przypadkowo wróciłem do początku. Jakiego początku? Do "Projectu" Michaela W. Smitha. Natrafiłem w necie na jedną piosenkę, która tak mną poruszyła, że aż musiałem sprawdzić, z jakiego okresu i z jakiej płyty MWS'a ona pochodzi. No i okazało się, że to ze starego, dobrego Projectu - czyli pierwszej jego płyty z roku Pańskiego 1983. Kiedy to było? ;) Moje rodzeństwo miało odpowiednio 5 i 3 lata. Czyli... (no jakiś czas temu :P)

Przypomniałem sobie pierwsze chwile fascynacji MWS'em (które w sumie zawdzięczam mojemu bratu, gorliwemu fanowi Michaela), słuchanie Projectu na starej wieży, skoczne kawałki pokroju "You need a Savior", "Be strong and courageous" no i oczywiście nieśmiertelne, legendarne wręcz "Friends" (jeszcze w zupełnie prymitywnej, prościutkiej wersji, która z upływem lat była upiększana, poszerzana...). Kurczę, to były czasy. Aż chciałoby się rzecz "kiejsi to było lepiej" :P Czy rzeczywiście?

Beztroska, dzieciństwo, zabawa, radość, więcej uśmiechu, mniej bycia niejadkiem. Podobno byłem bardzo uśmiechniętym dzieckiem, dużo jadłem (i nie wybrzydzałem), umiałem się bawić z innymi dziećmi, nie miałem oporów żeby wszystkim kolegom opowiadać o Panu Jezusie. A teraz? Mój wyraz twarzy (podobno) często wskazuje na to, że chciałbym kogoś zabić, więc uznaje się mnie ogólnie za odulonego, bardzo wybrzydzam, ciężko mi dogodzić pod względem kulinarnym (a w dodatku wg moich babci jestem strasznie chudy), mam problem, żeby bawić się z dziećmi (i za cholerę nie umiem dojść do tego, dlaczego), mam momenty, kiedy w moim życiu mam problem aby dostrzec powód do radości, bardzo dużo się stresuję i martwię. Nawet na zabawę nie mam już tak ochoty. A bezpośrednie mówienie o Bogu w niesprzyjającym środowisku mnie krępuje.

Co się stało z tym uroczym Piotrusiem? Uroczym, ślicznym, roześmianym dzieckiem, dumą rodziców i dziadków? Wydoroślał? (rejczel nie, wręcz usłyszałem ostatnio że przechodzę wciąż okres buntu) Spoważniał? (tu może prędzej, bo nie mam przekonania do robienia jakichkolwiek szalonych rzeczy, które teoretycznie pasują 20-latkowi) Zamknął się w sobie? (oj tak, to na pewno. Nawiązywanie znajomości przychodzi mi z trudem, kosztuje mnie dużo stresu. Moje grono dobrych znajomych czy przyjaciół również jest wąskie)

Tak naprawdę sam nie jestem w stanie stwierdzić, kim do końca jestem i w jaką stronę poszedłem. Wiem, że bardzo się zmieniłem. Albo to sytuacja i okoliczności, których doświadczyłem, bardzo na mnie wpłynęły. Ale wiem też, że gdzieś w głębi siebie mam tego uroczego, słodkiego Piotrusia, który czasem ma straszną ochotę, żeby się ujawnić. Pokazać jasną stronę oblicza tego starszego, niby dojrzalszego, ale niekoniecznie lepszego Piotra.

Podświadomie czuję, że czas trochę powrócić do przeszłości. Poszukać w sobie uśmiechu, radości, zabawy. To wszystko gdzieś tam jest. Kilka bodźców mnie do tego skłania. Są motywy, które niesamowicie inspirują do bycia innym, przyjemniejszym, bardziej otwartym i ujmującym. I czasem nie umiem się im oprzeć. I widzę, że warto. ;) Może jednak nie wszystko stracone? Może jednak jest jeszcze dla mnie szansa?


Elf skradł moje serce. A czy wasze? W roku 1995 (wtedy postała płyta "Elf") miałem 4 lata. I byłem uroczym chłopcem :P Piękny kawałek. Tak, jak piękne było wtedy moje życie.

A teraz? Jakie jest? A może trzeba zadać sobie ważniejsze pytanie - jakie ono będzie? Chciałbym, by było piękne i wspaniałe jak moje dzieciństwo, do którego wracam wspomnieniami z nieukrywanym wzruszeniem. Może będzie mi to dane.

A od tej piosenki się wszystko zaczęło. "Too many times". Ciary mnie przechodzą. Ale spokojnie, nie utożsamiam się w pełni ze słowami i nie chcę umierać. Zdecydowanie nie ;)

sobota, 5 listopada 2011

Kaczor na konferencji kobiet

Sobota. Godzina 10 rano (czyli pora, kiedy Kaczor zwykle śpi). Natężenie 8 kobiet na metr kwadratowy. Dookoła same kobiety (no ok, było jeszcze 5 innych facetów), ogólnie rzecz biorąc, stosunek 250:5 (o ile nie było ich więcej). Temat spotkania: Czy jestem piękna? No wszystko cudnie, wspaniale, w końcu to doroczna Ogólnopolska Konferencja Kobiet organizowana przez CME. Ale co tam robi Kaczor?

Wiecie, parę razy w trakcie konferencji zadawałem sobie to pytanie... :P Główny powód dla którego tam byłem - obsługiwałem projektor (inaczej mówiąc, puszczałem słowa piosenek, coby panie mogły sobie pośpiewać). Wiązało się to z tym, że byłem obecny na wszystkich punktach programu, bo kiedy akurat nie puszczałem słów, to trzeba było rzucić plakat spotkania na ekran albo obsłużyć główną mówczynię konferencji, dr Pracką (pal licho, że projektor, nawiasem mówiąc, mający już swoje lata, nie wytrzymywał tempa ani ilości zdjęć pojawiających się w prezentacji - co sprawiało, że panie musiały się pewnie zastanawiać, dlaczego na przemian ze slajdami wyskakuje kod kreskowy projektora i nazwa firmy, a w dolnym rogu pojawiał się komunikat, że nie ma imputu na RGB1...).

Ogólnie lajcik, puszczanie piosenek jest całkiem przyjemne ;) (choć chyba jednak wolę śpiewać) atmosfera imprezy również bardzo przyjazna, fajne piosenki, bardzo interesujące wykłady dr Prackiej, poruszająca opowieść fryzjerki Ani na temat pewnych przeżyć ze swojego życia, ciekawa dyskusja z pozostałymi facetami na temat naszych wrażeń dotyczących spotkania i wykładów.

Ale mimo wszystko, czułem się jakoś dziwnie :P

I na koniec dowcip (trochę seksistowski): Dlaczego Jezus po zmartwychwstaniu najpierw pokazał się kobietom? Bo chciał, żeby ta wieść szybko się rozniosła :P