wtorek, 30 listopada 2010

śnieg dodaje uroku.

Oj tak. Dodaje. Szczególnie wąskim uliczkom Starego Miasta. Fantastyczny klimat. W takich chwilach żałuję, że nie mam fotograficznego zacięcia. Tyle wyjątkowych fotek mógłbym dzisiaj nacykać... Można śniegu nie lubić, można narzekać, że jest go w Warszawie za dużo, ale można się nim również zachwycać. Współczuję tylko tym, którzy 2,5km odcinek pokonywali dzisiaj przez 6 godzin...

Wracając do wczorajszego wieczoru: nigdy jeszcze nie oglądałem meczu w polskim pubie. Kiedyś tam ze skoczowianami i Szymonem oglądaliśmy w Wittenberdze mecz Barcy z Chelsea. Ale to nie było to. Tym razem był to wyjątkowy wieczór. Ten ryk po każdym golu, ręce podniesione do góry... Przy okazji poznałem Kamila, który umilił nam wieczór swoimi ciekawymi anegdotkami na tematy piłkarskie i damsko-męskie. (blokers? Może. Kark. Rozumiecie? Na tym polegały jego "ciekawe" anegdoty). Na szczęście był kibicem Barcelony, więc chyba nic mi nie groziło;) W każdym razie - piękny wieczór. Głównie dzięki Barcelonie. Manita rzadko się zdarza. Nie sądziłem, że stanie się to akurat w tym meczu. Ale przez to, że było to tak nieoczekiwane, sprawiło mnóstwo radości.

poniedziałek, 29 listopada 2010

MANITA!!!!

Gdy ochłonę, napiszę więcej o samym meczu i towarzystwie, w jakim śledziłem mecz w Irish Pubie. Ale póki co - 5:0!!! :):):)

zimowo

Biorąc pod uwagę opady śniegu w Warszawie chyba trzeba zapaść w zimowy sen...

(i zmienić interfejs)

P.S. http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,95190,8734232,Zima_zaatakowala_Warszawe__snieg_i_korki__WIDEO_.html

wtorek, 23 listopada 2010

tester

Wracając do akademika zaczepiła mnie pewna pani, prosząc o udział w ankiecie. Zgodziłem się, gdyż miałem chwilkę czasu. Okazało się, że będę testował jogurty truskawkowe ;)

Usiadłem w jakiejś sali, przy innym stoliku jakaś kobieta próbowała tychże jogurtów. Po napiciu się wody miałem spróbować trzech różnych jogurtów. (prawdopodobnie była to Jogobella, Danone i jeszcze jakiś) Zdecydowanie najbardziej smakował mi pierwszy z nich. Miałem określać konsystencję, zapach truskawkowy, słodkość, kwaskowatość, smak truskawkowy, wielkość owoców i ich ilość. Ogólnie całkiem przyjemna zabawa, ale ten ostatni jogurt był daremny... Przy okazji dowiedziałem się od pani spraszającej na te badania rynku, że teologia to bardzo ciekawy i nietypowy kierunek, bardzo dobry do studiowania. Hehe. Znając życie wzięła mnie za kogoś z seminarium, przyszłego kapłana w kościele rzymsko-katolickim;) Choć, kto wie, może gdzieś kiedyś słyszała, że istnieje Kościół Ewangelicko - Augsburski...

Było całkiem przyjemnie, dostałem Toffifee (lepsze to niż Cafe Prima - przynajmniej kogoś poczęstuję), pomogłem tym babkom (bo podobno miały mało osób do testowania). A teraz wracam do Deuteronomistycznego Dzieła Historycznego.

Spać...

czwartek, 18 listopada 2010

aktywnie. biegiem. wartościowo. tęskno

W tych 4 słowach mogę opisać dzisiejszy dzień, w sumie czas, jaki mam tu od poniedziałku. Jest aktywnie - gonię po mieście za różnymi rzeczami (czasem skutecznie, czasem nie), dziś np. byłem w BUW-ie. I nawet mi się spodobało, znalazłem to, czego szukałem :) Ogólnie rzecz biorąc, dzisiejszy dzień pod względem wykładów był jak do tej pory najlepszym dniem od 1. października. Na niemieckim powtórzyłem sobie gramatykę związaną z wo? i wohin? (ale i tak się nudziłem...), na wstępie do NT było naprawdę super. Szkoda tylko, że były to dopiero nasze trzecie zajęcia w tym roku. Ale mamy nadzieję, że ta tendencja się zmieni;) Zastępstwo z greckiego również było bardzo wartościowe, a przy tym wprawiło nas w głupawkę (szczególnie naszego kolegę z Białorusi...). Wstęp do ST jak zwykle fachowo, sumiennie i starannie, ale i tu nie zabrakło elementów humorystycznych.

Zaczyna się. Rozkręca się. I dobrze. Przecież w końcu jestem na studiach, prawda? Trochę nauki też musi być :P A, ostatni wyraz z tytułu. Tęskno. A owszem. I want to be (t)here. Cause I'm holding a mystery. Wierzę w dobry, udany weekend. Oby Pan go pobłogosławił.

Zanim to jednak nastąpi, czeka nas jeszcze łacina... canto, cantare. Laudate Domini Jesu Christe. In secula seculorum. I takie tam jeszcze ;)

wtorek, 16 listopada 2010

Bądź zawsze

Ogrzej serce me miłością swą. Nie pozwól mi odejść. Mocno. Trzymaj.

Proszę.

P.S. Nika, musiałem je wykorzystać ;)

poniedziałek, 15 listopada 2010

Miłość żądą ofiary.

Czy rzeczywiście tak jest? Czy miłość rzeczywiście żąda ofiary?

(tytuł zaczerpnięty z dwu miejsc, w których to zdanie widziałem. I dotknęło mnie to w dosyć mocny sposób...)

niedziela, 14 listopada 2010

Golden

Wpis dedykowany N.

Siedziałem dzisiaj w kościele, użalałem się nad sobą, słuchałem Etiopczyka, który zwiastował dzisiaj Boże Słowo w swoim ojczystym języku (swoją drogą, niesamowite doświadczenie. Również fajnie było z nim posiedzieć przy stole;)). Ot, normalne nabożeństwo, normalne moje zachowanie w trakcie kazania. I w pewnym momencie przyszło do mnie jakieś oświecenie. Dodam tu, że często podczas zupełnie niewinnych sytuacji, błahych momentów przychodzą mi do głowy świetne (subiektywnie mówiąc) pomysły na jakieś rozważanie, spotkanie itd. itp. Tym razem napotkałem refleksję, za którą jestem wdzięczny Panu Bogu. A to, że jest ona związana i ze Switchfootem, i z Lutrem, i z New Life M., to już świadczy o tym, jak potrzebna była ta myśl, jak aktualna i uniwersalna okazała się zarazem.

Zapominamy o tym, że jesteśmy zbawieni. Zapominamy o tym, że czeka nas wspaniała przyszłość w niebie. Zapominamy o tym, że Pan Bóg szykuje dla nas coś, co przerośnie w swojej wspaniałości wszystko, co dotychczas widzieliśmy, przeżyliśmy bądź jeszcze doświadczymy. Zapominamy o tym, że wszystkie nasze ziemskie problemy i troski nie mają wpływu na naszą cudowną przyszłość z Ojcem. Zdaję sobie sprawę, że generalizuję, ale czy tak nie jest? I skąd się to bierze? Dlaczego tak bardzo troszczymy się o nasze problemy? Dlaczego tak wiele nas to kosztuje (stresu, nerwów, emocji, łez i wątpliwości)? Dlaczego mamy problem, żeby w pełni oddać wszystkie zmartwienia w Boże ręce? Dlaczego tak trudno jest nam Mu zaufać? Dlaczego nasza wiara i nadzieja nie mogą być naiwne (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu)? Dlaczego nie trzymamy się tego, że jesteśmy zbawieni, jesteśmy Jego dziećmi i On ma nad naszym życiem kontrolę? Dlaczego nie umiemy w codziennym życiu cieszyć się na całą wieczność w niebie? Czy jest to dla nas zbyt abstrakcyjne? A może po prostu nie umiemy się tym cieszyć, będzie szkoda nam tego wszystkiego, co mamy tu, na ziemi?

A przecież w niebie nie będzie śmierci, nie będzie grzechu, nie będzie łez... ulice będą ze złota, a nasza wieczna egzystencja będzie polegała na uwielbianiu Boga. Czyżby nie było to nic fajnego, że umartwiamy się w naszej codzienności? Nie wiem. Dużo pytań, mało odpowiedzi. Staram się wierzyć w jedno - dla Boga jesteśmy drodzy i cenni. On nas kocha. Jesteśmy Jego dziećmi. Jesteśmy dziećmi najpotężniejszego absolutu na świecie. Czyż to nie wspaniałe? Luter w momentach największego zwątpienia mówił "Jestem ochrzczony". Inaczej mówiąc - jestem zbawiony. No właśnie. Czego nam jeszcze potrzeba? Czy w ogóle potrafimy się radować w Panu? Przecież On ciągle jest blisko nas, a my tęsknimy za Jego duchem. Czyli jednak! Ale dlaczego tak rzadko się na Nim skupiamy?

You are golden.

wtorek, 9 listopada 2010

przytul mnie mocno

Nie wiem kto
Dopisał tekst
Do naszych ról

Nie wiem skąd
W tych rolach błąd
I żal i ból

Prowadź mnie
Do prostych słów
Przez każdy dzień
Prowadź mnie
Gdy światło drży i gdy pada cień

Przytul mnie
I połam lód
W opłatki kry

Przytul mnie
Nadejdzie znów
Wiosenny świt

Dopóki żal
Naprawia błąd
Nadzieję mam

Dopóki łza
Jest jeszcze łzą
Nie jestem sam

Jeśli łza
Jest jeszcze łzą
Nie jestem sam

niedziela, 7 listopada 2010

wyjaśnienie

Byłem dzisiaj na spacerze po Warszawie. Najdłuższym spacerze jak do tej pory. Ponad 2 godziny łaziłem tam, gdzie jeszcze nie byłem. Więc w największym skrócie:

palma na Świętokrzyskiej, Plac Trzech Krzyży, Ministerstwo Gospodarki, pomnik Witosa, Kancelaria Prezydenta, Sejm, ambasada Niemiec, Łazienki (ale i tak muszę tam pójść, żeby pochodzić tylko po nich) - pomnik Sienkiewicza, pomnik Chopina; Belweder, Kancelaria Premiera, ambasada Szwajcarii, ambasada USA (chyba najbrzydsza ze wszystkich, jakie dzisiaj widziałem), Ministerstwo Pracy. Przy okazji dowiedziałem się, że Smyk życzy wszystkim Wesołych Świąt. No tak, już po święcie zmarłych, więc można reklamować Święta Bożego Narodzenia;)

Pomimo zimna, pomimo deszczu, pomimo niewygodnych butów było warto. Po miesiącu mogę powiedzieć, że zakochałem się w Warszawie. A magicznie poczułem się na Brackiej. Nie wiem, dlaczego. Po prostu poczułem tam ciepło, na chwilę przystanąłem i rozmarzyłem się. Mam wiele fajnych miejsc w Warszawie, ale to chyba stało się moim ulubionym. Nie jest tam ślicznie, ale atmosfera jest naprawdę wyjątkowa.

Warto było poświęcić to niedzielne popołudnie na ten spacer.

zakochałem się...

w Warszawie :)

sobota, 6 listopada 2010

zimno

Szaro, buro i ponuro. Tak też się czuję. Pół biedy, że istnieje coś tak wspaniałego jak muzyka Coldplay. Pozwala mi przyjąć ten przygnębiający nastrój jakoś łatwiej.

Coś czuję, że będę chory. Staliśmy dzisiaj 1,5 godziny z Darkiem w kolejce do Centrum Nauki Kopernik. Warto było, polecam ten obiekt, można wiele ciekawych rzeczy zobaczyć, zrozumieć i odkryć. Ale to zimno, deszcz... Zrobiło swoje. Muszę wziąć coś, co postawi mnie na nogi. I w sumie nie tylko na nogi, ale i psychicznie przydałoby się jakieś wzmocnienie. Niezrozumienie, kłótnia, zaborczość, zarzuty, źle odbierane poglądy i ostrożność... Nie znoszę takiej melancholicznej, dołującej i wpieniającej jesieni. Bo to chyba jej wpływ, prawda? Lepiej, żeby to ona za tym wszystkim stała.

Rosa na sercu. Bardzo jej teraz potrzebuję. Z nią będzie łatwiej. Chyba. Pieśniarz mówi: "lights will guide you home and ignite your bones". Oby.

czwartek, 4 listopada 2010

negatywne emocje

Te towarzyszą mi ostatnio wyjątkowo często. Odkąd wróciłem do Warszawy, coraz częściej zdarzają się sytuacje frustrujące oraz wpieniające. Wczorajsze zajęcia z hebrajskiego oraz dziejów biblijnego Izraela były tego dobrym potwierdzeniem.

W dniu dzisiejszym po raz kolejny rozczarował mnie niemiecki. Chyba będę musiał sam coś dodatkowo sobie robić. Dołożywszy do tego pogodę, bezsensowny spacer na Uniwersytet Muzyczny tylko po to, by dowiedzieć się, że wf nie będzie, zgagę - no normalnie żyć nie umierać...

Wiem, trochę narzekam. Ale raz na jakiś czas trzeba. A na deser moja myszka okazała się być w bucie mojego współlokatora. Czasem człowiek jest wobec tego bezsilny. No cóż. Keep holding on, jak śpiewała niegdyś Avril. Chyba tak zrobię.

poniedziałek, 1 listopada 2010

I remember you like yesterday...

Powoli dzień 1. listopada dobiega końca. Utarło się, że jest to dzień poświęcony wspominaniu zmarłych, bliskich, którzy już odeszli. Wszystko to potęguje atmosfera cmentarza, który ostatnio często odwiedzałem. Postanowiłem poświęcić ten wpis dwóm bliskim, którzy odeszli już do Pana i śpiewają w Jego chórze.

3 lata temu do Pana odszedł wujek Ludwik, brat mojej babci. Pamiętam go z wielu sytuacji z dzieciństwa. Nagrywał na kasetach mój śpiew, opowiadał mi o II Wojnie Światowej, graliśmy razem w cymbergaja oraz na stare pieniądze w oczko i wojnę. Plus grill na balkonie... Do dziś pamiętam Jego ciepło, uśmiech, umiejętność naprawienia wielu rzeczy i biały kapelusz.

Niecałe 2 lata temu niebiański chór zasilił mój dziadek Józef. Dziadek nie był typem duszy towarzystwa, rozgadywał się i ożywiał natomiast, gdy temat schodził na cementownię i chór. Ileż to razy wnuki słyszały, że kościół w Jaworniku został wybudowany za pomocą cementu z goleszowskiej cementowni, dziadek wydał cement Antoniemu Piechniczkowi, by ten mógł wybudować dom w Wiśle. Śpiew i bycie prezesem, a potem skarbnikiem chóru było jego największą pasją. Pamiętam momenty, gdy zabierał mnie do pokoju obok i czytał mi przygody Jonka, Jonki i Kleksa.

Teraz pozostały już tylko wspomnienia. Piękne, dziecięce wspomnienia. Jakby to było wczoraj. A teraz? Mogę tylko starać się, by doceniać czas z tymi, którzy też powoli zbliżają się do granicy... Obym umiał to zrozumieć i zastosować. Nie bez przyczyny ks. Twardowski napisał: "śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą"...