czwartek, 27 stycznia 2011

słodko, choć z odrobiną goryczy

Wydawałoby się, że po laniu, jakie sprawiłem sesji (7-0), wszystko powinno być cacy, cały świat powinien wyglądać cudownie i wspaniale. Niemniej jednak znalazłem parę rys na ogólnym obrazie moich zmagań. Po raz kolejny za przykład posłużą mi delicje z kawiarni Wedla.

Jestem niesamowicie zadowolony i szczęśliwy. Wszystko zdałem za pierwszym razem, niektóre rzeczy nawet w zerówce. Zacząłem ferie, przede mną 2 tygodnie całkowitego luzu bez żadnych wyrzutów sumienia. Wracam do domu, do mojej kochanej dziewczyny, do moich wspaniałych rodziców i babci, kochanego rodzeństwa, chrześniaka i bratanicy. Wiele rzeczy mogę nadrobić (poczytać sobie Narnię, pograć w jakieś gry), mogę odpocząć, odreagować stres związany z egzaminami, mogę pomóc tym, którzy będą oczekiwali mojej pomocy. Ogólnie, żyć nie umierać. To jest właśnie smak białej czekolady z kokosem... Na samą myśl o tym pogrążam się w doskonałym humorze.

Zdaję sobie jednak sprawę, że parę rzeczy można było zrobić lepiej. Chociażby lepiej zaprezentować się na dzisiejszym zaliczeniu z greki, powalczyć o wyższą ocenę z Dziejów ludów biblijnych, która zapewniłaby mi być może nagrodę konsystorską. Gdybym był bardziej systematyczny, nie musiałbym tak panicznie zakuwać tuż przed egzaminami. Mogło być lepiej. Podobnie jak z dzisiejszym "malinowym marzeniem". Smakowało, ale bez rewelacji.

Ale nie pogrążajmy się w jakimś nostalgicznym gdybaniu. Jest bardzo dobrze. Chciałem podziękować wam wszystkim, którzy pamiętaliście o mnie w swoich modlitwach. Bez waszego wsparcia miałbym problem cokolwiek w tej sesji zdać.

I przede wszystkim - dziękuję Panu Bogu za Jego prowadzenie, błogosławieństwo i niesamowite działanie. Ciężko słowami wyrazić mi wdzięczność za Jego wsparcie.
Tato, dziękuję za słowa "Believe me now". (kapitalna piosenka Stevena - polecam w trudnych momentach!)