piątek, 5 września 2014

frustrat potrzebujący pokory

Życie potrafi uczyć pokory. 

Nie będę się tu rozpisywał o okolicznościach, w których zostałem uziemiony (czyt. bez auta na jakiś czas) oraz pozbawiony narzędzia pracy (czyt. laptopa), bo nerwy, które zostały naprawdę poważnie nadszarpnięte, znowu dałyby o sobie znać, znowu moje ciało pokryłby na przemian lodowaty i gorący pot, język poszukiwałby możliwie najdobitniejszych i najsoczystszych słów... a chyba nie o to chodzi. Nie w ten sposób należy dźwigać swój krzyż. 

Mógłbym się rozpisywać o tym, że czego się ostatnio nie dotknę, obraca się przeciwko mnie lub odmawia współpracy (zdrowie, kolejny laptop, rower). Mógłbym sobie jeszcze bardziej ponarzekać. Pytanie tylko po co. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, iż inni ludzie mają gorzej. I dlatego, być może, tak trudno mimo to jest mi być wdzięcznym za wszystkie dobrodziejstwa, które otrzymuję z Bożej ręki. 

Jak radzę sobie z przeciwnościami i wyzwaniami, które mnie rozbrajają? Jak ty, drogi czytelniku/droga czytelniczko, spoglądasz na to, co cię spotyka i niejednokrotnie dołuje/zniechęca/frustruje/przywodzi na myśl najgorsze możliwe przekleństwa?

Nieraz wiemy, jak mamy się zachować. Może nawet w 90% sytuacji wiemy, co mamy teraz zrobić. I to chyba jest najgorsze. Ta świadomość powinności potrafi nieźle dobić - bo przecież chcielibyśmy inaczej, wreszcie uwolnić ten strumień złości i bezsilności, rozładować napięcie, które w środku nas rozsadza. No i miło by było, gdyby inni zobaczyli nasz stan i postarali się pomóc. 

Pytanie tylko - czy to jest zachowanie, którego potem nie będziemy żałować? 

Jak już wspomniałem - doskonale wiemy, jak należy się zachować. Westchnąć, próbować spokojnie oddychać, pocieszyć się myślą, iż mogło być zdecydowanie gorzej i mimo to ufać Bogu, że był w tym jakiś cel. No tak, to oczywiste, tak należy postąpić. Poza tym, warto pamiętać, że są tacy, którzy doświadczyli nieporównywalnie większych cierpień. Więc, drogi robaczku, koniec z narzekaniem.

By to jednak było takie proste... 

Niemniej jednak - w momencie gdy człowiek czuje się całkowicie położony na łopatkach (a zwyczajnie tak się czułem) - powtarzanie sobie słów "nawet w dolinie cienia śmierci jesteś ze mną" wydaje się pustosłowiem. Po raz kolejny wychodzi moja słabość. Kolejny dowód na to, że kiepski ze mnie uczeń w Bożej szkole. Chwała jednak Bogu za to, że przychodzi ze swoim pocieszeniem i swym Duchem w pieśniach Michaela W. Smitha. Kolejny raz jest w stanie poruszyć serce. Kolejny raz jest w stanie rozwalić lód frustracji i zniechęcenia, który otacza moje myśli. I mimo że ciągle jestem zły, nie umiem zrozumieć kłód leżących na drodze - jest odrobinę lżej. Wiem, że mogło być gorzej. Wiem, że inni mają trudniej. Ale jestem w stanie ruszyć się odrobinę w przód dzięki Bożemu wsparciu.

Zapewne to i tak tylko preludium do wyzwań piętrzących się w przyszłości. Łatwiej nie będzie ;) niemniej jednak wierzę, że Bóg będzie obecny tak jak teraz.