piątek, 21 września 2012

najpiękniejszy wieczór w życiu

Stało się. Po raz pierwszy w moim życiu miałem okazję pojawić się na wielkim, stadionowym koncercie wielkiej, światowej gwiazdy. 19. września na zawsze pozostanie w moim sercu specjalną datą. Bo właśnie wtedy, o 21.05 rozpoczął się koncert Coldplay na Stadionie Narodowym w Warszawie - najlepsze 105 minut w moim życiu.

(fot. Bartek Syta/Polskapresse)

Warto było czekać od 14.45 pod bramami stadionu. Teoretycznie bramy organizatorzy mieli otworzyć o 16. Ale (i chwała im za to!) otworzyli je już o 15.45 - być może ze względu na padający deszcz. Tym samym, będąc przygotowanymi na to, że trochę postoimy nim dostaniemy się pod scenę, tuż pod barierkami byliśmy punktualnie o 16. No i zostało całe 5 godzin do momentu, kiedy Chris, Will, John i Gary wyjdą na scenę. 5 godzin stania w jednym miejscu.

A tu na dodatek zaczęło padać. Na szczęście nie były to jakieś mocne opady, zresztą, ok. 18 przestało. Pomimo tego, że robiło się coraz ciaśniej, a wokół nas (specjalne pozdrowienia dla Hani, Mony i Olgi) przybywało nastolatek dzielących się swoimi przygodami ze szkolnej ławki, staraliśmy się nie narzekać. Powtarzaliśmy sobie, że trzeba wytrzymać do 19, a potem już jakoś pójdzie. Tak też się stało.

Punktualnie o 19 na scenę wyszła? wyszli? "Charli XCX" - czyli jeden koleś na bębnach, jeden na klawiszach i babeczka, która postanowiła śpiewać. Ok, może i nie jestem wielkim znawcą, ale ten support był beznadziejny. Tragiczne nagłośnienie, babeczki w ogólnie było słychać, nie mówiąc już o tym, by zrozumieć o czym śpiewa, a jej taniec... przypominał mój. Czyli był bardzo, bardzo kiepski. Nie można tej pani zarzucić braku energii - chciała rozruszać tłum. Ale kapkę jej to nie wyszło ;)

Punktualnie o 19.45 na scenie pojawiła się Marina & The Diamonds. Nie kojarzyłem tego zespołu, co nie zmienia faktu, że zagrali naprawdę fajnie, Marina świetnie śpiewała i kapitalnie wyglądała ;)


Niedaleko mnie stały fanki Mariny, które śpiewały każdy kawałek - pojawiał się mały przedsmak tego, co czeka nas o 21.

No i właśnie. Pora na danie główne. Kiedy o 20.30 pojawiła się ekipa techniczna, która zaczęła szykować scenę dla gwiazd wieczoru, czuliśmy już w powietrzu atmosferę szczęścia, szaleństwa i olbrzymiej pozytywnej energii. Na usta cisnęły mi się słowa - to się nie dzieje się! Niektórzy czekali na ten moment 11 lat, niektórzy 4, niektórzy w zeszłym roku na fali mainstreamowego "Mylo Xyloto" postanowili wybrać się na koncert, a jeszcze inni pojawili się tam w ostatniej chwili. Ale podejrzewam, że nikt z ok. 50 tys. ludzi nie żałował, że dotarł na koncert Coldplay.

fot. Bartek Syta/Polskapresse

Jeżeli chodzi o sam koncert - wiecie, ciężko opisać słowami chwile czystego, niczym nie zmąconego (no, może nie do końca, słowo klucz - pęcherz...) szczęścia. Ciężko to uchwycić. Dlatego przywołam tu kilka momentów, które szczególnie (nie chcę opisywać 105 minut, zanudziłbym tu was) zapadły mi w pamięć:

1. Początek (Back to Future theme/Mylo Xyloto) - niesamowite uczucie. Kiedy przed twoimi oczami, w odległości 10 metrów jest twoja ulubiona grupa muzyczna... to dobry moment na wzruszenie się.


2. Pierwszy raz opaski zaczynają świecić (In my place) - morze kolorów na trybunach, w Golden Circle... coś niesamowitego.
3. Morze konfetti (In my place) - prostymi środkami Coldplay osiągnęło piękny efekt, utonęliśmy w morzu motyli i innych stworzeń zrobionych z bibuły. Prawie jak w śnieżną noc, próbowaliśmy to zbierać, różnie to wychodziło, miałem potem pełno brokatu we włosach i konfetti w kapturze ;)
4. Chwile, kiedy cały stadion śpiewa jak jeden mąż (np. Scientist) - Polak potrafi :)
5. Nawet te piosenki, które odstawia się na półkę (Yellow), potrafią oczarować.
6. Mogłem na żywo usłyszeć magiczny wstęp do "God put a smile upon your face". Pure awesome.
7. Mogłem na żywo usłyszeć "Up in Flames". I wyśpiewać to z całym stadionem. Amazing.
8. Niewiele chwil w życiu mogą równać się z uczuciem, kiedy chłopaki zagrały "Warning Sign" - inne harmonie, inna głębia i poczułem się wspaniale. Chyba najlepszy kawałek pod względem muzycznym na koncercie.
9. Kiedy wszyscy skaczą w ekstazie do "Don't let it break your heart" - trzeba znaleźć się w środku tego kotła. Ja miałem ten przywilej :)
10. Móc usłyszeć "Viva la vida" - ten kawałek, od którego się zaczęło... bezcenne.


11. Po raz kolejny kapitalny motyw ze świecącymi opaskami... "Charlie Brown" - piękne.
12. Para, para, paradise. Nie lubiłem tego kawałka, ale na koncercie brzmiał doskonale.
13. Najpiękniejsza ballada (w moim odczuciu) Coldplay "Fix you" chwytała za serce. "And I will try to fix you". Breath taking.


14. Koniec i szaleństwo przy "Every teardrop is a waterfall" - olbrzymia radość, ale też świadomość, że to już po wszystkim. Ech.

Do dziś mam w uszach "ooooo-ooooo-ooooo-ooooo-ooooo" z "Viva la vida" - pięknieśmy to śpiewali.
Piękny koncert, Coldplay is awesome and legendary.

The best 105 minutes ever.

P.S. Więcej zdjęć tutaj.

poniedziałek, 10 września 2012

szkraby kuzynostwowe


Długo już nie pisałem o szkrabach w mojej rodzinie. Dziś przyszedł czas na część trzecią - dzieci mojej kuzynki Ady i jej męża Tomka ;)

Są trzy - Ania, Ina i Lena.

Ania, najstarsza, zaczęła właśnie szkołę podstawową.
Była pierwszym dzieckiem, które pojawiło się w naszej rodzinie, odkąd jestem świadomym uczestnikiem życia rodzinnego. Do dziś czuję się jak kretyn, kiedy przypomnę sobie ślub mojej siostry i szwagra, kiedy to jako 15-letni szczaw, który zupełnie nie ma pojęcia o życiu, postanowił udzielić rady (sic!) Tomkowi, jak uspokoić płaczącą Anię. Tak, to jedno z wspomnień, które wciąż przypomina mi, że bywają momenty, kiedy jestem po prostu... głupkiem. Z tego miejsca, Tomku, bardzo cię przepraszam. Do dziś jest mi za to wstyd. Twoja mina wtedy była bezcenna. ;)
Dziś Ania jest rozsądną dziewczynką, która świetnie kopie piłkę i co więcej - umie ją opanować, żeby jej nie uciekła. I robi to lepiej niż wielu naszych pożal-się-Boże-reprezentantów...

Ina. Myślę, że jej rodzice zgodzą się ze mną, gdy napiszę, że jest to istny żywioł. Mała osóbka, która posiada w sobie pełno energii. Jest bardzo samodzielna, wszystko chce robić sama. Jednocześnie bardzo przywiązana do swojej mamy, uwielbia się do niej przytulać i przebywać na jej rękach. Mimo że często się mnie wstydzi, wybiera mnie czasem na swojego kompana do gry w Memo/Domino. I co ciekawe - cieszy się z tego, że zdobywam punkty bardziej, niż gdy ona sama je zgarnia, swoisty fenomen ;)
Moim zdaniem (co wcale nie musi być prawdą), Ina jest najbardziej charakterna spośród dzieci Ady i Tomka. Ania jest najstarsza, więc wie, że czasem zwyczajnie trzeba ustąpić. Lenka jest za mała, żeby pewne rzeczy zrozumieć, a dodatkowo, jest chyba najspokojniejsza z sióstr. Za to Ina jest niezwykle wyrazista i potrafi zaskoczyć. Niemniej jednak, jest bardzo kochanym dzieckiem.

No i Lenka, moja chrześniaczka. Gdy Ada zadzwoniła do mnie i poprosiła mnie o ten przywilej (a zarazem wielką odpowiedzialność), byłem w szoku. Nie spodziewałem się tego. To dla mnie wielka nobilitacja. I cieszę się, że mogę być osobą, która w jakimś stopniu będzie odpowiadać przed Bogiem za jej wychowanie (pytanie, czy moja radość jest uzasadniona, czy Bóg się cieszy i czy Lenka oraz jej rodzice się cieszą z mojej postawy...). Fajnie jest obserwować jej rozwój. Szczególnie podobają mi się jej blond włosy (których na tych zdjęciach nie widać, bo nieco straciły na aktualności), spokój na jej twarzy, jej spojrzenie, którym obdarza wszystkich tych, którzy się do niej uśmiechną. Jak na najmłodszą w rodzinie, Lenka czasem jest przez swoje siostry spychana na bok, ma problem, żeby zdobyć zabawki. Ale dziś miałem okazję zauważyć, że potrafi zawalczyć o swoje. Nauczyła się, że z dwoma starszymi siostrami trzeba pokazać, że jest się twardzielem. I myślę, że daje radę.


Jeszcze tylko słowo o tych, bez których dziewczynek nie byłoby na świecie - obserwując Adę i Tomka, przechodzę lekcję rodzicielstwa. Tomek dosłownie szaleje ze swoimi córkami, one uwielbiają, kiedy się z nimi bawi, kiedy się wygłupia. Ich twarze i oczy wyrażają wszystko. A Tomek jest dla mnie inspiracją.
Podejrzewam, że bycie matką tak różnych dziewczynek musi być olbrzymim wyzwaniem. Ada przyznaje, że często w domu jest sajgon, że pada na twarz, że brakuje jej sił. Ma do pomocy jednak swoją mamę i babcię, które pomagają jej jak tylko mogą i są dla niej wielkim wsparciem. Ogarnięcie domu, trójki dzieci jest dla mnie misją prawie-że-niemożliwą. A ona tego dokonuje, więcej, jest w stanie zorganizować sporą imprezę urodzinową w swoim domu. Wiem, że ja nie byłbym w stanie tego zrobić. Podziwiam jej siłę, jej motywację, jej energię i miłość, jaką żywi do dzieci i do swojego męża. To kolejne źródło mojej inspiracji. Cieszę się, że mogę ich znać, mieć z nimi kontakt i obserwować, jak radzą sobie z wychowywaniem dzieci.


wtorek, 4 września 2012

inna perspektywa

Przez większość mojego życia koniec sierpnia i początek września kojarzył się wręcz dramatycznie. Nienawidziłem września.
Natomiast teraz uważam wrzesień za jeden z piękniejszych miesięcy w roku ;)

Kiedyś na moją sąsiadkę i jej chłopaka patrzyłem jak na zwyczajnych moich znajomych.
Natomiast teraz, gdy są już po ślubie, patrzę na nich nieco inaczej. Z zaciekawieniem, jeszcze większą sympatią, obserwując, jak dołączają do drużyny pierścienia.

Kiedyś cudze problemy bywały tylko i wyłącznie cudzymi problemami, które zupełnie na mnie nie wpływały.
Natomiast teraz mimo, iż ciągle bezpośrednio nie dotykają mojego kupra, to chcąc nie chcąc, sięgają moich myśli i choćbym nie wiem jak się starał, nie mogę przejść obok nich obojętnie. No nie ma opcji.

Jeszcze 2 lata temu na samą myśl o wyjeździe do Warszawy włos jeżył się na mojej głowie. Zmiana otoczenia, nowe, wtedy niewyobrażalne, wyzwania po prostu mnie przerażały.
Dziś dominują chwilę, kiedy nie mogę doczekać się powrotu.

Nigdy nie byłem wielkim fanem Opla Astry.
Ale po weekendzie, kiedy miałem okazję trochę nim pojeździć, jestem wręcz zachwycony ;)

Długo walczyłem z poczuciem, że jestem osobą, która nie ma zbyt wiele ciekawego do powiedzenia, gubi się w tłumie, wymięka.
Na chwilę obecną coraz częściej wychodzę z cienia niedocenienia przez samego siebie i niskiego poczucia wartości. Czy jest to zmiana na lepsze? Nie mnie oceniać.

Kiedy patrzę na to, co za mną, na to, co kiedyś tak mnie pochłaniało, wywoływało tyle skrajnych emocji - nie mogę uwierzyć w to, gdzie teraz jestem. Przeszłość traktuję wciąż z nostalgią, ale coraz częściej ze śmiechem - jak mogłem być tak głupi, niepozbierany?

Mam nowych bohaterów. Pewne autorytety ustąpiły miejsca innym, wcześniej nieznanym. System wartości wciąż jest w trakcie nanoszenia mniejszych lub większych poprawek (w zależności od dnia i nastroju). A wszystko to zasługa/wina Innej Perspektywy. Coraz częściej przekonuję się, że momentami bardzo mi jej brakowało i nadal brakuje. Ale myślę, że nieodłączną cechą tejże Innej Perspektywy jest czas - który pozwala nabrać dystansu. Wtedy wszystko widać inaczej.

Na szczęście pewne rzeczy pozostały na swoim miejscu :)