czwartek, 28 lipca 2011

za ołtarzem i amboną...

... mój pierwszy raz  po raz pierwszy ;)

Gdy wybrzmiały ostatnie takty pieśni "Własnością Twą o Boże", mogłem wreszcie trochę się wyluzować. Bo wcześniej byłem bardzo spięty. No ale nie często zdarza się prowadzenie pierwszego nabożeństwa w życiu ;)

Doświadczenie bardzo wartościowe, zachęcające. Z którego wyciągnąłem kilka uwag na przyszłość:
- uwaga na togę - jeżeli jest za długa, może zabić. Lub narobić wstydu, kiedy za każdym razem przy wstawaniu sobie na nią stajesz...
- uwaga na śpiewnik, Biblię i pozostałe atrybuty - trzymając je w jednej ręce i skupiając się na ich utrzymaniu można zapomnieć o tym, że warto podciągnąć sobie togę, wtedy łatwiej się idzie...
- uwaga na mikrofony - źle ustawione utrudniają odbiór wiernych. Zbuntowane po kazaniu, odmawiające posłuszeństwa mogą nieco skołować...
- UWAGA NA STOPIEŃ PRZY AMBONIE - CHWILA NIEUWAGI MOŻE KOSZTOWAĆ ŻYCIE... (dla wyjaśnienia - o mało co się nie zabiłem schodząc po kazaniu - zapomniałem o podwyższeniu ambony)

Ciekawe jest to, że wymieniłem na razie wszystkie techniczne elementy nabożeństwa. I wydawać by się mogło, że w tym wszystkim zapomniałem o najważniejszym - o tym, że była to moja służba dla Boga.

Być może chwila większej refleksji przyjdzie przy kolejnym nabożeństwie. Tu wszystko działo się szybko, byłem trochę spanikowany. I nie pamiętam, co czułem w trakcie liturgii, czytania kazania... wiem tylko tyle, że modliłem się dosyć błagalnie - Panie, pomóż i pobłogosław. Modlitwa została wysłuchana ;)

I po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że to ma sens. Uśmiechy ludzi wychodzących z kościoła, żegnających się życzeniami Bożego prowadzenia były czymś naprawdę zachęcającym. Dodając fakt bardzo ciepłego i życzliwego przyjęcia przez rodzinę Undasów - cały wyjazd do Zgierza na pierwsze zastępstwo był olbrzymim Bożym błogosławieństwem.

Kiedy tak siedzę sobie w moim pokoju, obserwując ściany w kolorze "Pola słoneczników" (a jeszcze tydzień temu były niebieskie...), uświadamiam sobie, jak wiele się ostatnio zmieniło... i w sumie dobrze.

A pojutrze przyjadą Amerykanie... i się zacznie. Wreszcie! JEC 2011 is coming! :)

poniedziałek, 18 lipca 2011

Hosanna na niebiosach

Wczorajszy koncert w Śmiłowicach wywołał we mnie mieszane uczucia. I zmusił do refleksji nad słowem "uwielbienie". Wywołuje ono mnóstwo różnorodnych reakcji - niektórzy na samo brzmienie tego wyrazu dostają białej gorączki, dla innych jest to jedno z najbardziej ulubionych słów z obszaru słowotwórstwa religijnego. A dla mnie? No właśnie nie wiem. Mam z tym problem.

Są takie chwile, gdy mamy ochotę skakać na chwałę Pana, wznosić swoje ręce w "uwielbieniu". Nie potrafimy usiedzieć na miejscu, zachęcamy innych do wstawania. Innym razem mamy problem, żeby otworzyć usta i pogrążyć się w "uwielbieniu". Każda pieśń jest męcząca, problematyczna, nasze reakcje sztuczne, najchętniej siedzielibyśmy na swoim miejscu, pogrążeni w zadumie, nie reagując na entuzjazm innych. A bywają i takie momenty, gdy jest nam wszystko jedno. Możemy śpiewać, nie musimy, ganz egal.

Drażni mnie to, gdy ktoś próbuje na siłę udowodnić, że jedynie pełne energii "uwielbianie", połączone ze staniem, klaskaniem, uśmiechem, jest prawdziwym i właściwym. Często jest to wyznacznik naszego oceniania osób wokół nas ("on cały czas siedzi, z nim musi coś być nie tak"). Ja natomiast wiem po sobie, że lubię czasem usiąść, pogrążyć się w myślach, ale równie mocno i szczerze "uwielbiać". I nie wydaje mi się, żebym gorzej uwielbiał niż pozostali, którzy stoją ;)

Nie jest to przytyk w niczyją stronę. Wiadomo, że gdy zespół stoi na scenie, a ludzie wstają i głośno śpiewają, to "od razu jest inna jakość i inna atmosfera". Ale zgadzam się ze stwierdzeniem, że kwestia "uwielbienia" jest naszą indywidualną sprawą. Nikt nie zrobi tego za nas. Nikt nas nie zmusi do tego, by usiąść, by wstać. Nikt nie ma prawa osądzać postawy naszego serca, a w końcu to ona jest najważniejsza :)

Dlatego "uwielbiajmy" naszym sercem, stójmy, siedźmy, klaskajmy, albo i nawet czasem milczmy. Pan patrzy na serce.

I tak na zakończenie - zespole CME, dzięki za wczorajszy koncert. Myślę, że był on pod każdym względem wyjątkowy ;) Stać z wami na scenie to wielki przywilej. A już śpiewać z wami bridge "Hosanny na niebiosach" - ciężko mi opisać to uczucie. Oby te słowa były zawsze naszym pragnieniem. I moim zdaniem najpełniej oddają ideę tego całego "uwielbienia" :)

Oczyść, ulecz serce me
Daj zobaczyć co niewidzialne jest
Naucz kochać tak jak Ty kochałeś
Wolę Twoją poznać chcę
Dla królestwa żyć pragnę wiedząc że
Do wieczności zbliża mnie każdy dzień