sobota, 29 marca 2014

Liturg

Choć z pewnością można by go określić jeszcze wieloma tytułami. Ekumenista. Prezes. Radca. Proboszcz. Aktywista. Sługa Słowa Bożego. Ale może przede wszystkim - prawdziwy chrześcijanin.

Dziś, w dniu jego pogrzebu, padło już tyle słów, tyle literackich pomników (o które on by nie zabiegał), wspaniałych podsumowań zostało wypowiedzianych - że nie chcę ich powielać. Nie oznacza to, że je umniejszam - były cenne, wartościowe, szczere i wywoływały na mojej twarzy uśmiech, w uszach znowu brzmiał jego głos.

Chcę podzielić się własnymi refleksjami, tym, co we mnie pozostanie po tym zacnym człowieku.

Ks. Gross zawsze będzie kojarzył się ze śpiewnikiem, rekolekcjami liturgicznymi, wielkim przywiązaniem do poprawnej barwy liturgicznej, ciągłym przypominaniem, że tej niedzieli akurat śpiewa się (lub nie) Gloria Patri czy Alleluja. Dodatkowo wspomnieć należy albę ze stułą, agendę, choralnik. To tak jeżeli chodzi o pewne ramy, w których często go umieszczano.

Bo taka chyba jest nasza ludzka natura - wtłaczamy innych w pewne ramy. Ten to ortodoks, ten zawsze modli się własnymi słowami, ten w każdym kazaniu cytuje Lutra, ten nie umie śpiewać, ten preferuje melodie gregoriańskie, etc. I gdzieś, w moim odczuciu, zatraca się to, na co przede wszystkim powinniśmy zwracać uwagę - na fakt, że ten ktoś służy Bogu, jest sługą Słowa Bożego, potrafi patrzeć szerzej niż tylko w ramy, w jakie wtłaczany jest przychodzący do niego człowiek.

Bo taki obraz jest mi chyba najbliższy. Takiego obrazu doświadczyła moja rodzina. I pomimo, że sam niejako wtłaczam ks. Jana w ramy, to chcę teraz tę ramę rozwalić. I pokazać, że on się w tych ramach (i chwała Bogu za to!) nie mieścił, gdy...

Przywiózł moją mamę i mojego malutkiego brata ze szpitala do domu (jako jeden z nielicznych w sierpniu 1978 roku miał samochód). Nie wahał się pomóc ani chwili. Notabene - Ładą ;)
Obserwował, jak w Mikołowie dreptam w dziecięcym chodziku po salonie jego mieszkania.
W ten sam ujmujący sposób dogadywał się zarówno z moją babcią (której jajecznicę nawiasem mówiąc uwielbiał - ale trudno się dziwić ;)), jak i ze mną - najpierw małym szkrabem, potem licealistą, wreszcie studentem teologii.
Stwierdzał, że perkusja w kościele wcale nie musi być dziełem szatana, że dobrze, iż młodzież w ten sposób oddaje chwałę Panu Bogu.
Potrafił odstawić świeżo zaparzoną kawę i podskoczyć autem na skrzyżowanie Wisły i Jawornika, żebym nie musiał piechotą iść pół godziny do domu (śpieszę donieść, że o to nie prosiłem - bo wyjdzie że jakiś wygodnicki jestem i szacownego duchownego fatyguję...). Jego propozycja była spontaniczna. Po prostu chciał pomóc, żebym zdążył na spotkanie młodzieżowe.
Proponował mojemu tacie przejście na ty (mimo różnicy wieku, mimo tego, że był jego nauczycielem), nie budował dystansu i sztucznych konwenansów.
Mimo swych charakterystycznych, nieco być może nie do końca rozumianych przez innych pomysłów, mimo swego uporu i wierności swym zapatrywaniom potrafił uszanować odmienne poglądy rozmówcy.

Lecz przede wszystkim był człowiekiem, który nie przestawał inspirować. Widziałem to po swoich kolegach ze studiów. Był człowiekiem, który żyjąc tym, w kogo i co wierzył, potrafił tak to przekazywać, że inni szli w jego ślady. By szli i wraz z nim naśladowali Pana Jezusa Chrystusa w taki sposób, jaki wydawał im się najbliższy i najodpowiedniejszy.

Żałuję jednej rzeczy. Nie zdążyłem mu powiedzieć, że zachwyciłem się jego cyklem "Nasze nabożeństwo", który czytałem podczas przygotowań do zaliczenia z liturgiki. Nie zdążyłem zakomunikować, że zafascynował mnie dziedziną, której do tej pory nie rozumiałem. Niemniej jednak wierzę, że swój szacunek do jego osoby, dzieła, sposobu w jaki naśladował swego Pana i Zbawiciela będę mógł wyrazić poprzez szerzenie choćby tych informacji z cyklu "Nasze nabożeństwo" wśród ludzi, których Pan Bóg będzie stawiał na mojej drodze.
Bo uważam, że ten cykl to obowiązkowa lektura dla każdego luteranina, w szczególności młodzieży, która kontestuje zagadnienia liturgiczne, nie próbując ich zrozumieć lub nie trafiając na kogoś, kto w fascynujący i ciekawy sposób by im te zagadnienia objaśnił. Oby ta działka była więc cegiełką, pośmiertnym słowem "dziękuję, Księże" od małego Piotrusia, który dziś dziękuje Wszechmocnemu Bogu za życie i działalność wyjątkowego chrześcijanina, którym był ks. Jan Gross.

niedziela, 16 marca 2014

spełnione marzenia. ulotność.

Ten weekend był szczególny.

15 stopni Celsjusza, słońce, urzekające miasto i świadomość, że tym razem to nie ja dam się temu miastu urzec, lecz sam spróbuję tak je przedstawić, by ktoś inny mógł poczuć się nim oczarowany. Zapowiadało się wspaniale.

Wilanów to wyjątkowe miejsce. Problem w tym, że przedwiośnie (oraz przedzimie) sprawia, iż roślinność dopiero co budzi się ze snu. Tym samym brak listków, krzewy są przerażająco nagie, żywopłotowe labirynty są nimi tylko z nazwy. Gdzieniegdzie przebijają się pierwsze krokusy - ale są osamotnione, przez co powstaje silne poczucie niedosytu. Nawet pewna ławeczka została zajęta przez dwie niezwykle głośno rozmawiające panie. Dodając do tego niesprzątnięte jeszcze świąteczne dekoracje po "Labiryncie światła" - Wilanów mógł zaprezentować się lepiej.

Dalej Łazienki. Tu również widać chłód przedwiośnia - mimo słońca, śpiewu ptaków brakuje jeszcze żyjącej i rozkwitającej roślinności. Pałac na Wodzie częściowo w rusztowaniu, słońce zaszło już nad oranżerią, temperatura spadła. Poza tym, nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Pora więc na Starbucks, Bracką, Plac Piłsudskiego i creme de la creme - Krakowskie Przedmieście. Pięknie, lecz męcząco.

A tu jeszcze wieczorem należy dotrzeć na Stare Miasto oraz Rynek Nowego Miasta. Magiczne miejsca robią wrażenie, niemniej jednak zmęczenie daje o sobie znać, dodatkowo dziwi widok wciąż ustrojonych choinek, budek z grzanym winem. Również taras widokowy nad Wisłą jest wyjątkowo głośny i tłoczny. Na szczęście na Rynku Nowego Miasta jest pusto i cicho. Taką Warszawę lubię najbardziej. Taką Warszawę chcę prezentować. Taka Warszawa potrafi urzekać. I chyba tak się dzieje.

Sobota to gwałtowna zmiana aury. Zimno - ok. 5, 6 stopni, prawdziwie bollywoodzka pogoda - czasem słońce, czasem deszcz. Pałac Kultury i jego taras widokowy w pierwszym momencie okazał się świetnym pomysłem - do momentu kiedy zaczęło PRZERAŹLIWIE wiać i padać. Ale warto było. Nie sądziłem, że podróż na 30. piętro minie tak szybko.

Empik i Sphinx jak zwykle stanęły na wysokości zadania. Dodatkowo doborowe towarzystwo również dodało uroku temu (pogodowo) kapryśnemu popołudniu. Malinowy chruśniak oraz tradycyjna wedlowska czekolada w oryginalnej kamienicy Emila Wedla mówią same za siebie. Wedel to Wedel, coś w rodzaju warszawskiego sacrum, obecnego w mojej rodzinie od ok. 40 lat. Tyle że ciągnęło zimnem od drzwi i klimatyzacji.

Niedziela rozpoczęta w kościele minęła chyba najszybciej. Subway na obiad okazał się dobrym pomysłem. O dziwo, nie sprawdziły się prognozy mówiące o intensywnych opadach deszczu. Warszawa żegnała dzień bezchmurnym niebem, z widocznymi gwiazdami. Pal licho, że autobusy jeździły szybciej, a metro się zepsuło. Niemniej jednak nadal nie znoszę drogi wiodącej na Dworzec Centralny. Dzisiaj to już w ogóle.

Sporo tu narzekania. A weekend był wspaniały. Spełniło się moje marzenie. Więc skąd to narzekanie? Cóż. Chyba dlatego, że weekend ma tylko 3 dni. To zdecydowanie za mało.

Za mało.

Niemniej, dziękuję, Panie Boże. Dziękuję za ogrom Twych błogosławieństw.