W moim życiu wszystko układa się prawie idealnie. Dzisiaj tak szczególnie to sobie uświadomiłem. I ważne w tym przypadku jest słowo "idealnie", a nie "prawie". I mówię to w pełni świadomie.
Żeby nie było - nie traktuję tego jako własną zasługę. Ale jako Boże błogosławieństwo, za co jestem Mu naprawdę niesamowicie wdzięczny. I staram się to doceniać, nie narzekać (tak, wiem, robię to cholernie często. Mea culpa.), wykorzystywać to.
Sesję znowu zdałem w pierwszych terminach.
Z wynikami lepszymi niż odważyłem się przewidywać.
Wczoraj byłem na zachwycającej operze "Madame Butterfly" w Operze Narodowej (spełniło się przy okazji moje małe marzenie - byłem w Teatrze Wielkim, w tym budynku, który niezmiennie mnie w Warszawie zachwyca i intryguje), która mnie oczarowała (chyba zacznę częściej chodzić do opery), poruszyła, skłoniła do refleksji.
Nie daję się mrozom, czuję się bardzo dobrze (gdyby tylko nie mój szalejący czasem żołądek...).
Moja rodzina też ma się dobrze.
Moim nieco szwankującym autem zajmie się w najbliższej przyszłości mechanik.
Czuję, że realizuję się w tym, co robię, wiele radości sprawia mi moja służba dla Boga.
Cieszę się z relacji z przyjaciółmi, znajomymi.
Barca regularnie wygrywa z Realem (to, że liga jest już chyba stracona to trochę inna bajka...).
Czeka mnie w tym roku koncert Coldplay.
Mogę uprawiać sport, czuję że podnoszę swoje siatkarskie umiejętności.
Powoli zaczynam tworzyć wizję mojej przyszłości, tego, gdzie i w czym siebie widzę.
Doceniam komplementy dotyczące moich talentów, predyspozycji, starając się jednocześnie przyjmować je z pokorą, będąc świadomym jak wiele jeszcze muszę się nauczyć, jak wiele mam wad, jak trudnym jestem człowiekiem w obejściu.
Mam marzenia, które czekają na realizację. Nie wstydzę się marzyć, wręcz z radością czasem do nich odpływam :)
W zasadzie prawie niczego mi nie brakuje.
No, prawie. Ale to temat na osobny blog :P
I wiecie, kiedy widzę ten prawie że idealny obraz mojego życia, nie umiem za cholerę zrozumieć, dlaczego inni ludzie, często będący gdzieś niedaleko, mają tak niesamowicie pod górkę. Czym to jest spowodowane? Dlaczego moje życie to (z małymi (choć nie, może nie takimi małymi...) wyjątkami) nieustanne pasmo sukcesów, a inni co chwilę ponoszą bolesne porażki? Czy mam widzieć w tym jakieś zrządzenie Boże? Cóż, jedna sprawa to ponosić konsekwencje swojej głupoty, błędnych wyborów, a druga - spotykać na swojej drodze przeciwności, na które zupełnie nie ma się wpływu. Gdzie tu sens, gdzie jakaś "sprawiedliwość"? Dlaczego czuję wyrzuty sumienia wobec niektórych z nich, kiedy po raz kolejny dzięki Bożemu działaniu udaje mi się coś zaliczyć, zdobyć, zrobić, a wiem, że oni przechodzą przez kolejny ciężki okres? Czemu mam poczucie winy?
I dlaczego nie umiem im pomóc? A tak bardzo często chcę. A wychodzi źle. Bądź beznadziejnie.
P. S. Mam wrażenie, że moje życie przypomina beztroską zabawę mojego siostrzeńca i siostrzenicy. O których w następnym wpisie.