Po pierwsze - tak aktywnych świąt jeszcze nie miałem. Pomijając bycie opiekunem, w każdy dzień (24, 25 i 26 grudnia) gdzieś śpiewałem. Albo w kościele sam lub z mamą i bratem, albo w teatrze z zespołem CME. I chyba było tego za dużo, bo ciężko było mi o skupienie i jakąś refleksję. Przeżyłem dwie kolacje wigilijne (ale nadal nie lubię tej "tradycyjnej, niezwykłej, pełnej świątecznej atmosfery, wigilii"). Dobrze sobie jadłem (zresztą wciąż tak jest ;)), sporo rozmawiałem, sporo myślałem, wspominałem, martwiłem się. I zbierałem kolejne portrety, rozmawiając i obserwując ludzi.
Okazało się, że jedną z wczasowiczek jest babcia mojego kolegi z gimnazjalnej klasy. Bardzo lubię z nią rozmawiać. Sypie cytatami z Biblii jak z karabinu ;) jest to inspirujące. Zastanawiam się, czy na każdy argument w dyskusji ma przygotowany werset. Zawstydza mnie swoją bystrością i pamięcią.
Za to jeden z wczasowiczów z wyglądu strasznie przypomina mi mojego wujka. Ciekawe, czy za parenaście lat wujek będzie wyglądał jak ten szacowny pan z Górnego Śląska ;)
Przekonałem się również, że czasem pozory mylą. Myślimy jedno, a dzieje się drugie. I warto dać się zaskoczyć.
Usłyszałem również sporo na temat małżeństw mieszanych i kontaktach z księżmi katolickimi w paru parafiach.
I stwierdziłem, że w porównaniu z losami niektórych ludzi, którzy w swoim życiu naprawdę, naprawdę niejedno przeszli, to mój żywot i sytuacja rodzinna to póki co sielanka. I wypadałoby Bogu na kolanach za nią dziękować. (mogło to zabrzmieć mało pozytywnie. Ale staram sobie cenić to, co mam. Różnie to wychodzi, ale wiem, że nie mam na co narzekać.)
(kurczę, jest tego tak dużo, że nie umiem sobie przypomnieć...)
W wielu rozmowach seniorzy akcentowali, że ważne jest, by ksiądz miał pomysły, przejmował inicjatywę i był motorem do działania dla całej parafii. Inaczej łatwo pozbawić parafię ducha i w zasadzie ją "zabić".
Osobny akapit poświęcić trzeba jedzeniu. Nie jestem póki co jakoś strasznie zbulwersowany, bo miałem pojęcie, jak to czasem ze starszymi ludźmi jest, ale przyznam się, że czasem jest różnie. Rozumiem, że na wielu piętno odcisnęła wojna (wspominają, jak to kiedyś, już po wojnie, ludzie spotykali się i wciąż wspominali to, co działo się podczas wojny. Tak niesamowicie traumatyczne było to przeżycie - nie dziwi mnie to), że doświadczyli niewyobrażalnego już dla mojego pokolenia głodu, że wiele w swoim życiu przeszli, że mają już swoje natręctwa i schorzenia... ale momentami muszę zwracać uwagę na pewne nieprzyjemne zachowania. Wiem, że to normalne w tym wieku. Ale... czasem ignorowanie modlitwy, zaczynanie posiłku nie czekając na wszystkich (bo naszym zwyczajem jest rozpoczynanie od modlitwy, czasem też pieśni) jest już dla mnie przegięciem. Ale ok, staram się to przyjmować i rozumieć.
Zastanawiam się, jaki ja będę w ich wieku. I już się boję na samą myśl :P
Zobaczymy, jak potoczą się kolejne dni powoli kończącego się pobytu wczasowiczów w Jaworniku. Coś jeszcze napiszę na ten temat. A na deser (jako że szukam natchnienia do sylwestrowego rozważania i póki co nie mam pomysłu, więc muszę coś innego robić:P) parę cytatów, które zapamiętam na długo:
- "Słuszny Ursus" - wiślanin, mieszkaniec Ostoijceva o swoim traktorku
- "Myślisz, że temu Barabaszowi nic nie będzie? Ja, na pewno przeżyje i wszystko się dobrze skończy" - podczas projekcji filmu "Barabasz"
- "Ja, ja - a po czesku wajeczka" - komentarz na gwarowe potakiwanie
- "Wystarczy dotknąć, pogłaskać, szepnąć czułe słówko do uszka, pomasować i od razu człowiekowi robi się lepiej" - jeden z wczasowiczów opisujący swoje reakcje na kontakt z dziewczynami
- "Księże" - częsty zwrot wczasowiczów do ich opiekuna. ŻEBY BYŁO JASNE - NIE JESTEM KSIĘDZEM, POPRAWIAM ICH, KIEDY SIĘ TAK DO MNIE ZWRACAJĄ I ODCZUWAM LEKKI DYSKOMFORT, GDY TAK MÓWIĄ.
- "