Pierwszy raz w tym roku studenckim zdarzyło mi się, że podczas całego dnia nie miałem żadnych zajęć. No ok, we wtorek mam tylko 2 wykłady, ale to i tak ciekawe, że dzisiaj odpadły oba. Tak więc dzień wykorzystałem na streszczanie 2 księgi Mojżeszowej, powtórkę hebrajskiego, wizytę u Edi, drzemkę. Ot taki normalny dzień.
W piątek do domu. Wreszcie... Cieszy się ktoś, że wracam?