Pierwszy raz byłem w kościele zielonoświątkowym na nabożeństwie (z zespołem CME prowadziliśmy tam uwielbienie aby podziękować za udostępnienie sali na próby - żeby się nikt nie oburzył że nie byłem na ewangelickim nabożeństwie ;)). Moim celem nie jest bynajmniej krytyka, złośliwość, cynizm i sarkazm, bądź też po prostu prymitywne pojechanie po tym co przeżyłem. Nie dążę również do stworzenia cukierkowego obrazu tego, czego byłem uczestnikiem. Postaram się w miarę jasno i mało prowokująco zebrać myśli i żeby było szybciej - będą to plusy i minusy.
+ fajne było to, że ludzie stali, wspólnie z nami głośno śpiewali
+ wymiar wspólnotowy - to naprawdę miłe, kiedy widzisz ludzi, którzy nie mają oporów żeby się po prostu ze sobą serdecznie przywitać i uśmiechnąć się w kościele
+ nie czułem się sztywno, nie bałem się że powiem coś za głośno albo coś zostanie odebrane za niestosowne zachowanie (a w naszych kościołach trzeba szeptać, lepiej się nie rozglądać, ogólnie - lepiej "nie przeszkadzać" w ogólnym tego słowa znaczeniu)
+ fajnie, że pomimo różnic możemy się wspólnie modlić do tego samego Boga i możemy szanować siebie nawzajem ;) (choć czasem można sobie pozwolić na docinki... :P)
- modlitewny szum i modlitwy językami. To jest chyba jedna z podstawowych rzeczy, jakiej zaakceptować nie umiem i chyba nie będę w stanie. Jeżeli modli się ktoś poproszony o modlitwę, dlaczego cała reszta zagłusza go swoimi cichszymi lub głośniejszymi modlitwami? Współczuję tym, którzy prowadzą główną modlitwę - jak mogą się na niej skupić, skoro sala brzęczy? Co do języków - jest napisane, że jeżeli nikt tego nie tłumaczy, to reszta się nie buduje. Ja osobiście mam bardzo sceptyczny stosunek (typowo luterański) do modlitwy językami. I nie wiem, co o niej myśleć.
- akcentowanie tego, że nie chrzci się dzieci. Tak, wiem, od wielu, wielu lat toczy się o to spór. Wiem, że są różne punkty widzenia, jedni i drudzy powołują się na Biblię, Ducha Świętego, tradycję i so on. Ale ja uważam, że to Bóg jest stroną czynną w tym procesie, nie my. To On nas przyjmuje w chrzcie, a nie my Jego. A co jest z tym związane...
- ... (takie odniosłem wrażenie, było ono może mylne, ale na pewno przejawiło się w jednej z brzęczących modlitw) zbytnie przyznawanie sobie decyzyjności w procesie zbawienia. "Dziękuję, że znalazłem Twoją łaskę" - od razu odezwał się we mnie głos (luterski :P), że to przecież Boża łaska nas znalazła, a nie na odwrót. To Bóg nas znajduje, to On nas nawraca (a nie że my się nawracamy), to my przyjmujemy dar Bożej łaski i wiary. To Bóg jest podmiotem tego procesu, nie my. To On czyni krok i nie ma w tym ŻADNEJ naszej zasługi.
- powtarzanie po każdym zdaniu "Amen, Hallelujah" jest męczące. Przynajmniej dla mnie, nieprzyzwyczajonego do tego stylu.
- jestem zdecydowanym przeciwnikiem świadectw w trakcie nabożeństw/ewangelizacji (i to od dłuższego czasu). Dlaczego? Miałem już parę razy okazję coś takiego powiedzieć - i często zarzucano mi potem hipokryzję, wywyższanie się, pychę. Ja uważam, że powinniśmy w cichości robić swoje i czynami składać świadectwo naszego życia.
- brakowało mi introitu, Gloria Patri, Gloria in excelsis, Kyrie, tekstów ST/NT/E na daną niedzielę. Brakowało hasła na niedzielę. Brakowało końcowego błogosławieństwa Aarona. Brakowało życzenia pokoju, brakowało chwili na osobistą refleksję w ciszy, miałem wrażenie że ciągle się coś dzieje. Nie ma momentu na ciche zebranie myśli, na zatrzymanie się, wszystko pędziło. BRAKOWAŁO mi KOMUNII (wyszczególniam dlatego, że dla mnie są 2 centralne punkty nabo - zwiastowanie i Wieczerza Pańska). Czuję się związany z poszczególnymi częściami luterańskiego nabożeństwa. I jakoś trudno mi przeboleć ich brak ;)
Zdaję sobie sprawę, że moje opinie są być może dla wielu prowokacyjne, mylne, ostre, krzywdzące. Cóż. Żyjemy w wolnym kraju i mam prawo do tych opinii. W sporej mierze pochodzą one z luterańskiej dogmatyki (choć też nie do końca mogę się ze wszystkimi rzeczami zawartymi w Księgach Symbolicznych zgodzić, ale mniejsza o to), tak wierzę, tak czuję i uważam, że to jest w porządku ;) oczywiście - inni mają prawo do swoich osądów. Nie chcę tu z nikim walczyć, po prostu wyrażam swoje zdanie, no offense.
Ogólnie - było to wartościowe doświadczenie. Poznałem kolejny kościół, kolejny kod liturgiczny (bo jakby nie było - nabożeństwo jest samo w sobie liturgią = służbą Bogu). Było fajnie. Ale jednak zielona atmosfera nie odpowiada raczej mojemu typowi pobożności. Jest zbyt... swobodna, że tak to ujmę ;), wolę większy porządek liturgiczny, pewne elementy nabo są mi niezbędne, chciałbym wiedzieć, do czego zmierzam, jak się to wszystko układa. Nie oznacza to jednak, że uważam ją za beznadziejną. Parę elementów przejąłbym (np. poczucie, że jestem w domu Ojca i mogę się w pełni swobodnie zachowywać (i nie zaprzeczam tu moim poprzednim opiniom o zbyt swobodnej atmosferze) - dla mnie atmosfera w naszych kościołach potrafi być trochę krępująca, kod kulturowy i społeczne oczekiwania są dla mnie nieco onieśmielające) od naszych młodszych braci w wierze, dodałbym dużą część luterańską i byłoby cudnie :P W każdym razie - po raz kolejny przekonałem się, że lepiej odnajduję się w kulturze luterańskiej niż zielonoświątkowej (mimo że są tacy, którzy twierdzą inaczej).
Ale dobrze, że zbór Filadelfia żyje, oddaje Bogu cześć i robi to w taki sposób, jaki uważa za odpowiedni. Należymy w końcu do kościoła powszechnego/chrześcijańskiego/katolickiego (notabene, wszyscy jesteśmy katolikami - "katolikos" z greckiego oznacza "powszechny" ;)), wierzymy w tego samego Boga. Niech ich Pan błogosławi :)
* to jest akurat nazwa wprowadzona przez Jaśka (zielonoświątkowca), który mówi "u nas w zborzu/zbożu" ;)
P.S. Torres jest bez formy, Hiszpania zagrała wyjątkowo frustrujący mecz. Muszą w kolejnych meczach coś zmienić, przyśpieszyć grę i nie wchodzić z piłką ze wszelką cenę do bramki...