Przeżyłem wyjątkowy weekend. Należałoby go podsumować.
Nie zrobię tego jednak chronologicznie, bo zacznę od niedzieli. Nabożeństwo z wartościowym kazaniem, oświecenie dotyczące wykładów na TE, pośpieszne pakowanie, pośpieszne jedzenie zupy, droga do Skoczowa, śpiew na 150-leciu poświęcenia kościoła,, w biegu prowadzone rozmowy, pośpieszny powrót, pośpieszne jedzenie kotleta, pośpieszne pożegnania z rodzicami, podróż z kuzynostwem do Warszawy, czytanie o Grekach Filipkowi... sporo dziś się działo. Mój stosunek do dzieci wciąż się krystalizuje, niemniej jednak to przyjemne uczucie kiedy widzi się uwagę malca wsłuchującego się w treść czytanej książeczki.
Piątek to prezentacja Warszawy, Wedel, deszcz, wzruszający "Mój rower" oglądany wraz z rodzicami. Dużo skrajnych emocji, niezwykle ubogacających i zapadających w pamięć.
No i sobota. Dzień, który na trochę pozostanie mi w pamięci. I to nie tylko dlatego, iż na Wembley rozgrywany był finał Ligi Mistrzów. Mogłem wziąć udział w uroczystości rodzinnej, zjeździe (cóż, z tego gniazda się w zasadzie wywodzimy) Sztwiertniów. Dziękowaliśmy za 80 lat życia naszej kochanej cioci Milki. Jako że coraz rzadziej udaje mi się bywać na tego typu spotkaniach, coraz rzadziej jest okazja pobyć z długo niewidzianym kuzynostwem, wujostwem etc, jako że coraz mniej jest duchowych bohaterów wiary w naszej rodzinie (z pokolenia moich dziadków została ciocia Milka i wujek Józek) - tego typu momenty są wyjątkowo cenne. A kiedy dochodzi jeszcze świadomość, iż wszyscy gromadzą się w celu, by oddać Bogu chwałę, by uwielbiać Jego imię w rodzinnych szlagierach - można poczuć wyjątkowe dotknięcie innej rzeczywistości. Można powspominać dawne czasy, można pooglądać fotografie z minionej epoki, można na chwilę się zadumać, roześmiać, wzruszyć. Abstrahując od jedzenia (które swoją drogą było wyśmienite), przeżyłem osobiście ucztę duchową. A moim pierwszym i najlepszym skojarzeniem dotyczącym mojej rodziny, wywodzącej się z pnia Sztwiertniowego będzie jedno słowo - bogobojność. To, co moi pradziadkowie wpajali dziadkom, oni przekazali swoim dzieciom, a nasi rodzice w tym duchu wychowali nas. Tak bardzo się między sobą różnimy, w tak różnych okresach historii żyliśmy i żyjemy, mamy tak różne poglądy i zapatrywania na Kościół, politykę - a to nas łączy. Łączy nas świadomość, że nad nami znajduje się Ten, który wprawia w ruch słońce i gwiazdy. Ten, który kieruje naszymi krokami. Ten, dzięki któremu nasza rodzina się wspiera, jest ze sobą w chwilach dobrych i złych. Nad nami czuwa Bóg, do którego w każdym momencie ktoś ze Sztwiertniowej gałęzi się zwraca. Niezwykła wspólnota. Ceńmy ją sobie. Przecież życie jest tak kruche. "Z Bogiem bądźmy, aż się zejdziem znów...".
Jestem niezwykle Bogu wdzięczny za to, iż mogę być częścią tej wspólnoty. Ma ona na mnie duży wpływ, jest bardzo inspirująca. Chciałbym, aby kiedyś i mnie było dane budować (w myśl Varius Manx) najmniejsze państwo świata w duchu bogobojności, modlitewnej wytrwałości, otwartości na tych, którzy są wokół. Ale, paradoksalnie, pomimo tak wielu pozytywnych impulsów, takiego bogactwa pozytywnej obfitości, nadal czuję jakiś niedosyt.
Czegoś jest za mało.
poniedziałek, 27 maja 2013
piątek, 10 maja 2013
wysłuchana modlitwa
Trudno pisać o pomnikach. Pomniki się stawia, a nie o nich dyskutuje. I właśnie z tego powodu od wtorku mam problem, żeby napisać o Niej.
Pomniki stawiamy w związku z wygranymi bitwami, ważnymi wydarzeniami, upamiętniamy znane, ważne persony, chcemy, by ich dziedzictwo, by pamięć o nich przetrwała. Nie wystarczy świadomość, iż przebywają (te wydarzenia/osoby) w naszych sercach, chcemy by inni przekonali się o ich wartości. Dlatego pozwalam sobie na kolejny bardzo osobisty wpis - po części abyście cenili sobie tych/abyśmy cenili sobie tych, którzy jeszcze tu z nami są i tak nas inspirują.
Jej całe życie można podsumować jednym słowem - poświęcenie. Poświęcała się swojej rodzinie, poświęcała się Bogu, poświęcała się swojemu mężowi, synowi i synowej, poświęcała się swoim wnukom, poświęcała się tym, którym gotowała na weselach, konfirmacjach, komuniach, pogrzebach, urodzinach. Była człowiekiem czynu, używając nomenklatury epoki, którą wspominała z rozrzewnieniem - była przodownikiem pracy.
Do tego wszystkiego była nie-sa-mo-wi-cie konserwatywną luteranką. Prawdę powiedziawszy, nie umiem w mojej pamięci przywołać nikogo innego, kto tak ściśle trzymałby się tego, co słyszał przez całe życie w Kościele, kto z takim zapamiętaniem powoływałby się na Biblię i perorując emocjonalnym tonem zawzięcie dyskutował z tymi, którzy przebywali nieopodal. Ciężko mi było też znaleźć osobę, z którą tak mocno w kilku kwestiach bym się nie zgadzał, ale z racji jej wieku, niezmienialności poglądów nie dążyłem do dyskusji.
Mimo że niejednokrotnie zwyczajnie nie umiałem jej zrozumieć, miałem przeświadczenie, że swój luterański konserwatyzm okazuje przede wszystkim w kwestii najistotniejszej - modlitwa była dla niej tym, czym oddech. Tak została wychowana, taki ideał realizowała również w swoim dojrzałym życiu. I mimo iż często przychodziła do Boga ze swoimi żalami, bólami i nie umiała zrozumieć pewnych Jego zrządzeń - cały czas dążyła do kontaktu z Nim. Ona gromadziła się POD Bożym Słowem - doskonale rozumiała to, że obcuje ze Świętością, że to jest inna rzeczywistość, która wymaga innego zachowania, powagi, koncentracji, że to nie jest takie hop siup. I myślę, że również jej przykład sprawił, iż w kształtowaniu się mojej pobożności zacząłem kłaść większy nacisk na to, by nie zapominać o tym, że Bóg jest Święty. Owszem, możemy traktować Go jako przyjaciela, ale obcujemy z mysterium - siłą tajemną, potężną, mysterium tremendum - siłą, której należy się bać, ale jednocześnie, idąc za Lutrem, należy tej sile, temu transcendentnemu Bogu ufać i miłować Go. Ona nie potrzebowała wielkich teologicznych i filozoficznych dysput by to zrozumieć. W takim duchu ją wychowano i tak też wychowywała swojego syna oraz próbowała wpływać na wnuki, które tak często nie umiały jej zrozumieć, bo funkcjonowały już w innej epoce i innej hermeneutyce - inaczej interpretowały Boga.
I tak sobie myślę, i to też pewnie zajmie moje myśli gdy stanę nad jej mogiłą, czy nasze młode pokolenie nie podchodzi zbyt lajtowo do Boga - naszego kumpla, przyjaciela, który poklepie po plecach, podrapie się w swą siwą brodę, pośle naszego braciszka Jezusa który zaświeci swoim błyszczącymi zębami w szerokim uśmiechu i przybije nam piątkę... a może to Ona miała rację? Może zapomnieliśmy o potędze, transcendencji, mocy naszego Boga? Może powinniśmy traktować Go z większą czcią i szacunkiem?
Ona była pomnikiem. Była instancją, która nie była nauczona by panikować w trudnych sytuacjach, by sobie z czymś nie dawać rady. Była tą, która inspirowała innych do większego wysiłku, do tego by zakasać rękawy i zmierzyć się z problemem. Może i była momentami trochę surowa. Ale wiem też, że i w ten sposób okazywała miłość, której doświadczała od Boga. Przywoływała do porządku - ale wypływało to z jej troski o jej najbliższych. Była pomnikiem, których dziś już coraz mniej. Pokolenie duchowych gigantów (tak, nie zawaham się tak powiedzieć!), modlitewnych bojowników, bohaterów wiary, domowych przywódców kończy się. Jest ich już coraz mniej. A czy nowe pokolenie wyrasta? Patrząc na siebie... mam duże wątpliwości. Żałuję, że tak rzadko udaje mi się naśladować przykład, który moi dziadkowie mi zostawili.
We wtorek w mojej najbliższej rodzinie w zasadzie skończyła się pewna epoka. Moi dziadkowie przebywają już w innej rzeczywistości. Wierzę, że są tam, gdzie i ja wierzę po śmierci się znaleźć. U potężnego, niczym nieograniczonego, ale i miłosiernego Boga. Bo właśnie o to, by mogła się u niego znaleźć, by On zabrał już ją do siebie, Babcia Hela prosiła swojego Pana. I we wtorek o 16.45 jej ostatnia modlitwa została wysłuchana.
P.S. Babciu, dzisiaj wszystko będzie tak jak należy. Spokojne, poważne pieśni przy organach, dużo ludzi w Kościele (w tym sporo młodych!), wszyscy ludzie elegancko ubrani, wszyscy pełni powagi, zadumania, świadomi tego, że stoją wobec Nieobjętego i nieuniknionego.
Pomniki stawiamy w związku z wygranymi bitwami, ważnymi wydarzeniami, upamiętniamy znane, ważne persony, chcemy, by ich dziedzictwo, by pamięć o nich przetrwała. Nie wystarczy świadomość, iż przebywają (te wydarzenia/osoby) w naszych sercach, chcemy by inni przekonali się o ich wartości. Dlatego pozwalam sobie na kolejny bardzo osobisty wpis - po części abyście cenili sobie tych/abyśmy cenili sobie tych, którzy jeszcze tu z nami są i tak nas inspirują.
Jej całe życie można podsumować jednym słowem - poświęcenie. Poświęcała się swojej rodzinie, poświęcała się Bogu, poświęcała się swojemu mężowi, synowi i synowej, poświęcała się swoim wnukom, poświęcała się tym, którym gotowała na weselach, konfirmacjach, komuniach, pogrzebach, urodzinach. Była człowiekiem czynu, używając nomenklatury epoki, którą wspominała z rozrzewnieniem - była przodownikiem pracy.
Do tego wszystkiego była nie-sa-mo-wi-cie konserwatywną luteranką. Prawdę powiedziawszy, nie umiem w mojej pamięci przywołać nikogo innego, kto tak ściśle trzymałby się tego, co słyszał przez całe życie w Kościele, kto z takim zapamiętaniem powoływałby się na Biblię i perorując emocjonalnym tonem zawzięcie dyskutował z tymi, którzy przebywali nieopodal. Ciężko mi było też znaleźć osobę, z którą tak mocno w kilku kwestiach bym się nie zgadzał, ale z racji jej wieku, niezmienialności poglądów nie dążyłem do dyskusji.
Mimo że niejednokrotnie zwyczajnie nie umiałem jej zrozumieć, miałem przeświadczenie, że swój luterański konserwatyzm okazuje przede wszystkim w kwestii najistotniejszej - modlitwa była dla niej tym, czym oddech. Tak została wychowana, taki ideał realizowała również w swoim dojrzałym życiu. I mimo iż często przychodziła do Boga ze swoimi żalami, bólami i nie umiała zrozumieć pewnych Jego zrządzeń - cały czas dążyła do kontaktu z Nim. Ona gromadziła się POD Bożym Słowem - doskonale rozumiała to, że obcuje ze Świętością, że to jest inna rzeczywistość, która wymaga innego zachowania, powagi, koncentracji, że to nie jest takie hop siup. I myślę, że również jej przykład sprawił, iż w kształtowaniu się mojej pobożności zacząłem kłaść większy nacisk na to, by nie zapominać o tym, że Bóg jest Święty. Owszem, możemy traktować Go jako przyjaciela, ale obcujemy z mysterium - siłą tajemną, potężną, mysterium tremendum - siłą, której należy się bać, ale jednocześnie, idąc za Lutrem, należy tej sile, temu transcendentnemu Bogu ufać i miłować Go. Ona nie potrzebowała wielkich teologicznych i filozoficznych dysput by to zrozumieć. W takim duchu ją wychowano i tak też wychowywała swojego syna oraz próbowała wpływać na wnuki, które tak często nie umiały jej zrozumieć, bo funkcjonowały już w innej epoce i innej hermeneutyce - inaczej interpretowały Boga.
I tak sobie myślę, i to też pewnie zajmie moje myśli gdy stanę nad jej mogiłą, czy nasze młode pokolenie nie podchodzi zbyt lajtowo do Boga - naszego kumpla, przyjaciela, który poklepie po plecach, podrapie się w swą siwą brodę, pośle naszego braciszka Jezusa który zaświeci swoim błyszczącymi zębami w szerokim uśmiechu i przybije nam piątkę... a może to Ona miała rację? Może zapomnieliśmy o potędze, transcendencji, mocy naszego Boga? Może powinniśmy traktować Go z większą czcią i szacunkiem?
Ona była pomnikiem. Była instancją, która nie była nauczona by panikować w trudnych sytuacjach, by sobie z czymś nie dawać rady. Była tą, która inspirowała innych do większego wysiłku, do tego by zakasać rękawy i zmierzyć się z problemem. Może i była momentami trochę surowa. Ale wiem też, że i w ten sposób okazywała miłość, której doświadczała od Boga. Przywoływała do porządku - ale wypływało to z jej troski o jej najbliższych. Była pomnikiem, których dziś już coraz mniej. Pokolenie duchowych gigantów (tak, nie zawaham się tak powiedzieć!), modlitewnych bojowników, bohaterów wiary, domowych przywódców kończy się. Jest ich już coraz mniej. A czy nowe pokolenie wyrasta? Patrząc na siebie... mam duże wątpliwości. Żałuję, że tak rzadko udaje mi się naśladować przykład, który moi dziadkowie mi zostawili.
We wtorek w mojej najbliższej rodzinie w zasadzie skończyła się pewna epoka. Moi dziadkowie przebywają już w innej rzeczywistości. Wierzę, że są tam, gdzie i ja wierzę po śmierci się znaleźć. U potężnego, niczym nieograniczonego, ale i miłosiernego Boga. Bo właśnie o to, by mogła się u niego znaleźć, by On zabrał już ją do siebie, Babcia Hela prosiła swojego Pana. I we wtorek o 16.45 jej ostatnia modlitwa została wysłuchana.
P.S. Babciu, dzisiaj wszystko będzie tak jak należy. Spokojne, poważne pieśni przy organach, dużo ludzi w Kościele (w tym sporo młodych!), wszyscy ludzie elegancko ubrani, wszyscy pełni powagi, zadumania, świadomi tego, że stoją wobec Nieobjętego i nieuniknionego.
piątek, 3 maja 2013
kazanie na 3. Maja
(ostatnio miałem okazję je wygłosić na nabożeństwie studenckim. Trochę długie, ale chciałem w nim zawrzeć parę cennych myśli)
V – Mk 12,13-17
13.I posłali do niego
niektórych z faryzeuszów i Herodianów, aby go pochwycić w mowie. 14.Przyszli więc i rzekli do
niego: Nauczycielu, wiemy, że jesteś szczery i na nikim ci nie zależy; nie
oglądasz się bowiem na żadnego człowieka, ale po prawdzie nauczasz drogi Bożej;
czy wolno płacić podatek cesarzowi, czy nie? Mamy płacić czy nie płacić? 15.A On przejrzawszy obłudę
ich, rzekł do nich: Czemuż mnie kusicie? Przynieście mi denar, abym go
obejrzał. 16.Tedy mu przynieśli. A On
rzekł do nich: Czyj to wizerunek i napis? A oni mu odpowiedzieli: Cesarski. 17.Wtedy Jezus powiedział im: Oddawajcie, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co jest
Bożego, Bogu.
A więc świętujemy. Zanim jednak
przejdę do tego, z jakiej okazji, co to dla nas oznacza, zauważmy jedną rzecz.
Święto – wyjątkowa okazja. Chwila, by zatrzymać się, by wspomnieć to, co się
stało. By znaleźć czas na refleksję nad tymi wyjątkowymi wydarzeniami. Uważam,
że w dzisiejszym świecie powinniśmy świętować jak najczęściej. Dlaczego? Z
własnego doświadczenia wiem, iż w zwykłej szarości trudno o zatrzymanie się.
Dni mijają, my żyjemy w wielkim pędzie, trudno uchwycić to, co wartościowe. A
święta mobilizują nas do tego, by choć na moment się zatrzymać i nabrać sił do
mierzenia się z rzeczywistością. Normalny tryb życia ustępuje świątecznemu
spowolnieniu. A to spowolnienie my, chrześcijanie, możemy
wykorzystać na zbliżenie się do naszego Boga.
W sumie nie chciałbym dzisiaj za dużo
miejsca poświęcać historycznym wydarzeniom, które nas dziś tu gromadzą, ale nie
mogę ich pominąć. Święto uchwalenia Konstytucji 3. Maja w 1791 roku jest
radosne, pełne dumy narodowej, to przecież w końcu była druga uchwalona
konstytucja na świecie. Problem w tym, że nasz kraj – Rzeczpospolita Obojga
Narodów (sprawdzić oficjalną nazwę) znajdował się już na skraju upadku.
Pierwszy rozbiór 19 lat wcześniej, degrengolada magnaterii, niezwykle nieudolne
próby ratowania Rzeczypospolitej, marny polityk i kochanek carycy Katarzyny na
tronie polskim – o przyczynach można by dyskutować długo. Generalnie rzecz ujmując
– podpisanie Konstytucji ze słynnym zawołaniem „Wiwat król, wiwat sejm, wiwat
wszystkie stany!” było łabędzim śpiewem Polski, ostatnimi podrygami państwa
będącego w stanie agonii. Do tego wcale nie musiało dojść, gdyby kraj miał
lepszych liderów. Gdyby jego obywatele potrafili ze sobą współpracować i dążyć
wspólnie do jednego celu – silnej Rzeczypospolitej, która potem może zapewnić
dobrą sytuację swoim ludziom. Zamiast tego, kierowali się oni własnymi
interesami, kolaborowali z sąsiadami, zrywali sejmy. Nie pomogło zawierzenie
Polski Matce Boskiej. Aż na 123 lata zniknęliśmy z mapy Europy.
Tyle o historii. Pochylamy się dziś
nad tekstem z ewangelii Marka, w którym odnajdujemy wątki polityczne, w którym
widzimy konfrontację Jezusa z liderami narodu żydowskiego. Doskonale z
pewnością znamy ów fragment. Faryzeusze i herodianie chytrze próbują postawić
Jezusa pod ścianą, zadając mu (w ich mniemaniu) pytanie pułapkę: czy mamy
płacić podatki cesarzowi? Inaczej mówiąc – czy mamy uznawać fakt, że jesteśmy
podbici, czy mamy poddać się okupantowi i dla naszego dobra płacić mu
należność? Czy w ten sposób powinniśmy okazać mu naszą zależność od niego? „A
może nauczycielu, który właściwie nauczasz drogi Bożej, krążą plotki, że jesteś
Mesjaszem, może powinniśmy przestać? Może ty staniesz na czele rebelii, która
sprawi, że już nigdy nie będziemy musieli płacić podatków? A może dasz nam przykład
do sabotażu – powiesz, że to są poganie, okupanci, nasze pieniądze do nich nie
należą? Co mamy robić, czcigodny nauczycielu?”
Trzeba przyznać, iż
faryzejsko-herodiańska intryga nosiła znamię majstersztyku. Sytuacja była o
tyle zadziwiającą i niebezpieczna zarazem, gdyż oba te stronnictwa delikatnie
mówiąc nie przepadały za sobą. Współpracowały jedynie w sytuacjach skrajnych. Zapewne
przeciwnicy Jezusa przygotowani byli na dwie jego odpowiedzi: Tak lub nie.
Faryzeusze byli gotowi rozpatrzyć oskarżenie o brak lojalności wobec prawa. Jezus
jako nauczyciel musiał odpowiadać na trudne pytania od swoich przeciwników, nie
mógł uchylić się od odpowiedzi. Herodianie natomiast, jako zwolennicy obecnego
ustroju, który zapewniał im jako taką autonomię (prawo do króla, zachowania
własnych zwyczajów), jako poddani Rzymowi byli zaniepokojeni jakąkolwiek
tendencją mesjanistyczną, która mogła zagrozić idei panowania rodziny Heroda i
mogła spowodować większą rzymską kontrolę nad tym obszarem.
Potwierdzenie Jezusa „tak, macie
płacić podatki”, jak relacjonuje Józef Flawiusz, faryzeusze mogliby uznać za
wyraz poddańczości Rzymowi, skompromitowanie Jezusa w oczach ortodoksyjnych Żydów,
którzy przecież nienawidzili okupanta (hasło „żadnego podatku dla Rzymian”
stało się zawołaniem fanatycznych patriotów), który stacjonował w ich ziemi
obiecanej, profanował święte miejsca Izraelitów. Negatywna odpowiedź mogła
doprowadzić nawet do aresztowania Jezusa, gdyż dwadzieścia lat wcześniej bunt
wywołany płaceniem podatków zakończył się tragicznie dla jego przywódców. Mówiąc
krótko – Jezus był pod ścianą.
Uczniowie zamarli, być może nawet
westchnęli słysząc to pytanie, herodianie i faryzeusze oczekiwali na odpowiedź
rabbiego z Nazaretu. Ten przejrzał zamysł swoich przeciwników, ale poprosił o
denara. Denara, monetę, która była znakiem potęgi Rzymu, gwarancję jego
panowania i władzy. Monetę, która przedstawiała wizerunek konkretnego władcy,
cezara Tyberiusza. Wziąwszy denara do ręki, Jezus zapytał zgromadzonych: czyj
to wizerunek? Usłyszawszy odpowiedź postanowił odpowiedzieć przeciwnikom.
„Używając monet Tyberiusza w każdym wypadku uznajecie jego władzę w Palestynie.
Moneta należy do niego, gdyż to jego podobizna na niej widnieje. Dając mu ją,
dajecie to, co jest jego. Pamiętajcie jednak, dając tę monetę, że istnieje taka
strefa życia, która należy tylko do Boga, a nie do cezara”. Jezus w naszym
tekście w zdecydowany sposób rozdziela władzę świecką oraz duchową – i można
powiedzieć że jest to swego rodzaju fenomen, bo w starożytnym świecie często
władca utożsamiany był z liderem duchowym, a często wręcz z synem bożym lub
bogiem (taki status dotyczył choćby cezarów rzymskich). Wskazuje sobie
współczesnym, że człowiek podlega nie tylko Bogu, ale i władzy państwowej,
następuje tu swego rodzaju legitymizacja rządów ludzkich – ale z Boskiego
ustanowienia, bo przecież w rozmowie z Piłatem Jezus stwierdza „nie miałbyś
władzy, gdyby nie została ci ona dana z góry”.
Naturalnym wydaje się teraz być
pytanie o to, jak ten tekst odnosi się do nas, ludzi żyjących w XXI wieku i jak
odnosi się do naszego święta narodowego. Wydaje mi się, że jest on niezwykle
istotny dla naszej perspektywy, mimo iż od jego powstania minęło już 2000 lat.
I w moim odczuciu jest to fragment rewolucyjny, przełomowy. Dlaczego? Tak jak
już wcześniej wspomniałem, w starożytnym świecie nie było rozdziału między
władzą świecką a duchową. Najczęściej władca stał na szczycie obu tych gałęzi,
skupiał w swym ręku władzę absolutną jako najwyższy sędzia i najwyższy kapłan
zarazem. Zauważmy, że w samym Izraelu faryzeusze byli zarówno elitą polityczną
jak i duchową. I Jezus, wychowując się w takiej a nie innej kulturze, znając
doskonale sytuację polityczną wypowiada takie przełomowe słowa. I te jego słowa
mają wielkie znaczenie dla losów świata, również i dla nas.
Śledząc bieg historii widzimy, jak
najpierw apostoł Paweł w swoich listach porusza temat posłuszeństwa władzy
zwierzchniej (chyba że godzi ona w Boże przykazania – wtedy możliwy jest bunt)
i rozróżnia za Jezusem władzę świecką i duchową. Opisuje to, jak ma wyglądać podejście
chrześcijan do władzy – w 13. rozdziale Listu do Rzymian. Niemniej jednak potem sytuacja się zmienia.
Obserwujemy w dziejach zmagania władzy świeckiej i duchowej o prymat – słynne
spory cezaro-papistyczne w średniowieczu. Idea posłuszeństwa władzy jest bardzo
bliska Marcinowi Lutrowi, który sam ma swego świeckiego protektora, Fryderyka
Mądrego, dzięki któremu jest on bezpieczny i może głosić swe nauki. Gwałtowny,
rewolucyjny wręcz powrót do zdecydowanego rozdziału państwa od Kościoła
następuje dopiero w czasach rewolucji francuskiej, który szczególnie w
dzisiejszych czasach jest akcentowany w coraz bardziej zsekularyzowanej
Europie. Choć w naszym kraju… sami dobrze wiemy, iż Kościół większościowy
próbuje brać czynny udział w polityce i często zamiast zwiastować Dobrą Nowinę
skupia się na politycznej walce z odmienną wizją państwa.
Dzisiejszego wieczora, spoglądając
wstecz na zachowanie Jezusa w rozmowie z faryzeuszami i Herodianami, na
uchwalenie Konstytucji 3. Maja musimy popatrzeć też na siebie, inaczej – przede
wszystkim na siebie. Jesteśmy chrześcijanami, luteranami, żyjącymi w
Rzeczpospolitej Polskiej, jesteśmy obywatelami Polski. To jest nasze konkretne
miejsce, nasza konkretna rzeczywistość. I wobec kraju mamy pewne obowiązki – co
do tego chyba wszyscy się zgodzimy. W ostatnim czasie wiele mówi się o
nowoczesnym patriotyzmie, powstaje wiele definicji tego, co to znaczy być patriotą
w dzisiejszych czasach. Osobiście uważam, iż minęły czasy wywijania szabelką i
bycia Mesjaszem czy Winkelriedem narodów – a taki model patriotyczny jest chyba
najlepiej utrwalony w naszej literaturze (szczególnie romantycznej), taki model
często promuje się w szkołach, podręcznikach, rocznicach wybuchu nieudanych
powstań. Generalnie w opinii wielu patriota to ten, który jest w stanie oddać
życie dla ojczyzny. Mi to podejście nie jest jednak aż tak bliskie. Uważam, że
nasze oddanie naszemu państwu i posłuszeństwo władzy, o którym czytaliśmy w
dzisiejszym tekście kazalnym możemy okazywać np. poprzez płacenie podatków. Np.
poprzez branie udziału w wyborach parlamentarnych, samorządowych itd. Np.
poprzez wspieranie organizacji pozarządowych, które robią wiele dobrego dla
rozwoju naszego kraju. Poprzez dopingowanie naszej drużyny narodowej w
rywalizacji sportowej. Poprzez sprzątanie po swoim psie w parku. Poprzez
niewylewanie ścieków do pobliskiego strumyka. Poprzez krzewienie wielu
charakterystycznych polskich zalet – gościnności, solidarności, zapału do
poświęcania się swoim ideałom, a nie kultywowanie stereotypów czy naszych
narodowych przywar. Drodzy, przykłady tego, jak wielki potencjał ma nasz kraj,
a jak często go nie wykorzystywał, znajdujemy w naszej historii. Demokracja
szlachecka – ewenement na skalę europejską u schyłku XVI wieku – i to on,
nieodpowiednio wykorzystany doprowadził pośrednio do upadku Rzeczypospolitej. Wielka
miłość do kraju, do barw – i w imię tego podjętych wiele powstań, z których
większość była skazana na porażkę i kończyła się rzezią. Baczyński pisał
„umrzeć przyjdzie, gdy się kochało wielkie sprawy głupią miłością”. Nasze
czasy, nasza polska rzeczywistość wymaga dojrzałej miłości do Polski jako
takiej. Wymagają naszej odpowiedzialności, naszego dojrzałego podejścia.
Wymagają tego, byśmy jako luteranie (którym tak często odmawiano miana
prawdziwych Polaków) byli solą tego narodu. Abyśmy byli inspirujący dla tych,
którzy nazywają siebie prawdziwymi patriotami. Czasem zastanawiam się, w jaki
sposób najlepiej pokazać to, że kocham swój kraj, że jestem dumny z bycia
Polakiem. I patrząc na historię, która po raz kolejny przychodzi z pomocą oraz
pytając o to Boga – wydaje mi się, iż powtarzając za Wojciechem Młynarskim
„róbmy swoje”. Zaczynając od siebie, wcielajmy w życie odpowiedzialne postawy,
respektujmy władzę, przepisy. Nie dążmy wiecznie do zrywów, ale rzetelnie,
sumiennie i stale pracujmy nad sobą, nad tymi, wśród których postawił nas Bóg,
by nasz kraj mógł rosnąć w siłę. Nie kochajmy Polski pełną patosu romantyczną
ofiarą – bo jeżeli wszyscy oddadzą życie za kraj, kto będzie stanowił nasz
naród? Kochajmy go miłością pozytywistyczną, która wiąże się z podjęciem
rozsądnej, zgodnej z naszymi możliwościami odpowiedzialnością.
Bo wierzę, że każdy z nas, jak tu
jesteśmy, ma przed sobą określone zadanie. Zadanie związane też z pomyślnością
Polski. Ale w myśl słów Jezusa – będąc chrześcijanami wiemy, że ponad Polską
jest jeszcze Ktoś inny. Ktoś, komu ślubowaliśmy wierność przy konfirmacji.
Dzisiejszy świat i Polska potrzebuje ludzi, którzy będąc szafarzami Bożego
dziedzictwa będą mocnym głosem w naszym kraju. Jako chrześcijanie jesteśmy
podwójnie zobowiązani do odpowiedzialności. Zarówno za Kościół, jak i za kraj,
w którym ten Kościół się znajduje. Tu te dwie rzeczywistości się zazębiają.
Jezus postawił nam wyzwanie. Mamy respektować władzę świecką. Ale cały czas
mamy pamiętać, że jest jeszcze osoba wyżej. Bóg czuwa i nad władzą świecką jak
i nad duchową. Powinniśmy więc też modlić się o naszych liderów, by nie szukali
własnego interesu, ale kierowali się dobrem wspólnym. Drodzy – znając przykład
trzeciomajowy – działajmy póki nie jest za późno. Nie zdradzajmy naszych
ideałów. Nie tchórzmy jak targowiczanie rok po uchwaleniu Konstytucji. Ale
bądźmy solą ziemi, tej naszej, polskiej ziemi. A wtedy wierzę, że Bóg będzie
obficie Polsce błogosławił.
Amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)