czwartek, 21 kwietnia 2011

myśli zebrane z ostatnich dni

Józek i jego maciory.
Powtarzanie tego samego 3 lub 2 razy dziennie.
Zimno, a potem ciepło.
Zmęczenie po przyjeździe do domu.
Głupawka przy okazji powrotu z Białej (thx Zielu, Dorota&Dorota).
Przeświadczenie o tym, że Kain i Abel byli bliźniakami.
Dziury na drodze do Czarnego (masakra jakaś...).
Prince Polo, ciasta, Horalky.
Konspekty i obawy, że programu jest mniej niż na 1,5h.
Bezproblemowa współpraca z Tymczanem (wielkie dzięki! :))
Nadzieja, że dzieciaki (tfu, przepraszam!), MŁODZIEŻ wartościowo spędziły czas i coś zapamiętały.
Wiara, że Bóg poruszał ich serca.

Ciepło.
A nawet gorąco.
Dominacja taktyczna Realu nad Barcą.
Automatyczna skrzynia biegów nowego, świetnego auta mojej siostrzyczki.
Poczucie braku, jakiejś pustki i braku jasności (a może nawet kłamstwa?).
Potrzeba bliskości.
Perspektywa dwóch dni spędzonych w Bielsku, pełnych śpiewu.

I w tym wszystkim życzenia znajomych, żeby prawdziwie przeżyć święta, zatrzymać się choć na chwilę. Ale jak? Nie za dużo tego wszystkiego?

Jutro Wielki Piątek. Największe święto ewangelików. Znowu będziemy czytać o tym, jak Jezus umarł. Że go zdradzono, fałszywie oskarżono, biczowano, wyśmiewano. Że zawisł na krzyżu. Za mnie. Za ciebie. Za wszystkich.

A potem przyjdzie Wielka Sobota, Wielkanoc, Poniedziałek Wielkanocny, a od wtorku wszystko wróci do rutynowego porządku. Chwilowa zaduma w dzień Piątku Wielkiego ustąpi pędowi tego świata, troskom, problemom, zabieganiu. I za sukces uznamy to, że "no przecież zatrzymaliśmy się na chwilę, skupiliśmy się na cierpieniu Chrystusa, Jego miłości".

Boję się, że po raz kolejny tak będzie. Przynajmniej w moim przypadku. I czasem zadaję sobie obrazoburcze pytanie - jaki jest w ogóle sens obchodzenia świąt, Wielkiego Piątku, skoro i tak cała ta otoczka, zaduma, po kilku dniach zwyczajnie wyparuje bądź zostanie wyparta przez naszą codzienność? Przez jeden dzień (lub 4 - jeżeli potrwa to od Wielkiego Czwartku do Poniedziałku Wielkanocnego) podumamy tyle, ile przez resztę roku. Przez jeden dzień będziemy blisko Boga, by potem znowu móc się od niego oddalać.

Może to i generalizacja. Może i głupie gadanie, zupełnie niezgodne z prawdą. Ale co ten Wielki Piątek zmienia w naszym życiu? Co zmienia czarna barwa liturgiczna, improperia, brak bijących dzwonów (a w niektórych kościołach brak grających organ), nasz odświętny, czarny ubiór, długo trwająca komunia (no bo przecież to Wielki Piątek i trzeba przystąpić)?

Bardzo chciałbym przeżyć jutro coś mistycznego. Być może ze względu na moją emocjonalność i naiwność. Ale jeżeli potem przez cały rok znowu miałbym rutynowo podchodzić do mojej relacji z Bogiem - to chyba już wolałbym nic szczególnego jutro nie poczuć ani przeżyć.

Pomyślę jutro o moim stosunku do Jezusa. Bo wiem, co dla mnie zrobił, znam ewangeliczne przekazy. Pomyślę o mojej odpowiedzi na Jego krew, wyciągnięte ramiona. Bo (banalnie to brzmi, wiem) umarł w końcu za mnie. Za moje błędy - to takie oczywiste. Czy aby na pewno?



I'll never know how much it cost
To see my sin upon that cross

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz