Zazwyczaj babcia witała nas już od progu, nawet wychodziła przed nas na schody. Spomiędzy kwiatków prześwitywał mały krokodylek, który dla mnie był wielkim, strasznym, obrzydliwym aligatorem. We wiadrach pełno było deszczówki. A drzwi do mieszkania skrzypiały.
Dywan. Na którym graliśmy z dziadkiem w kręgle. Oj, babcia była czasem zła, że zagradzamy jej przejście... Dywan i ciasny korytarz. Na prawo kamerlik - nie chciałem tam trafić, bo tam było ciemno, mało przyjemnie. Na szczęście nigdy nie byłem na tyle niegrzeczny, by się tam znaleźć. Ale i tak raczej unikałem nawet spojrzenia w jego kierunku. Tam wchodził tylko dziadek lub babcia.
Na lewo łazienka. Początkowo dwuizbowa, po remoncie już tylko jedno. Łazienka jak to łazienka - w każdym domu musi być. Zwana też co prawda wychodkiem - na szczęście nie trzeba było wychodzić na pole ;)
Po prawej mniejszy pokój. Pokój historii Jonki, Jonka i Kleksa, czytanych przez niestrudzonego dziadka. Pokój z tapczanem, na którym tak często mogłem się wyłożyć i się kimnąć. Pokój książek - o piłce nożnej, Igrzyskach Olimpijskich, Krzyżaków, Quo Vadis. Pokój charakterystycznych poduszek.
Kuchnia. Jako szkrab rzadko tam bywałem, potem im częściej odwiedzałem dziadków (a potem już samą babcię), tym dłużej spędzałem w niej czas. Ciasta, torty, obiady, zupy, przepyszne kulki-ziemniaczane-robione-tak-samo-jak-frytki, wyczekiwana Coca-Cola możliwa do wypicia dopiero po kompocie - wszystkie te dobroci powstawały i czekały właśnie tam. W królestwie babci. Tam czuła się jak królowa. A spiżareczka to kolejne miejsce niedostępne dla ciekawskich wnuków. Pełno słoików, form do ciasta, druga lodóweczka - wszystko to, czego prawdziwa i doskonała kucharka potrzebuje. No i stół. Stół historii, opowieści, wylewania żalów, ale też zapewnienia, że "jo sie o wos modlym, każdego wieczora, o wszystkich".
Szafy w korytarzu - księgowy zakątek dziadka. Wszystkie papiery, kartki, długopisy, obliczenia, wspomnienia z minionych lat. Wyniki skoczków narciarskich, pocztówki z zagranicznych wojaży.
Sypialnia. Tam było najważniejsze - wyciągane spod szafy cudo, które za każdym razem musiałem wziąć w swoje ręce - drewniany... hm. Chyba Pinball - innego słowa nie umiem znaleźć. Wykonane z drewna, gwoździ sprawiało tyle radości, trzeba było trafić w setkę (miał on otwory, w których kulka zostawała), wtedy się wygrywało. Obraz Jezusa nad łóżkiem. Na szafce nocnej Biblia, modlitewnik, czasem śpiewnik.
Pokój główny. Gdy stawiało się kroki, półki z zastawą trzęsły się niezmiernie. Tapczan, fotel bujany tak przeze mnie lubiany, mały stolik - najczęściej z ciasteczkami, "Życiem na gorąco" i "Teletygodniem" wraz z dziadkowymi zapiskami ciśnienia. Duży Stół - przy którym mieścili się wszyscy i przy którym każdy miał swoje wyznaczone miejsce. Stół z kotletem, rosołem z kluskami wątrobianymi, kołoczami, murzynem (zapiekaną szynką lub kiełbasą w cieście), tutti frutti. No i moje wafle (andruty) z bitą śmietaną lub suche. Jasnego, jadłem to jak dziki. Ale jak smakowało! Aż dziw, że nigdy ów stół nie ugiął się pod ciężarem smakołyków i pyszności. I telewizor, dzięki któremu Karol Strasburger był coniedzielnym gościem na Kamieńcu. Na tym telewizorze pierwszy raz widziałem Znachora.
Piękne wspomnienia. Wspomnienia cudownego, błogosławionego dzieciństwa. Obraz dziadków, którzy daliby wszystko, by wnukom przychylić nieba. Obraz modlicieli, którzy swoje modlitwy wcielali w życie. Obraz... którego już nie ma.
Pierwszy raz uczestniczyłem w porządkowaniu rzeczy po zmarłych. Nie wiedziałem, że to potrafi tak dać do myślenia. Wróciły wszystkie chwile spędzone w tym mieszkaniu. Wszystkie śmiechy, odgłosy, dziadek w bujanym fotelu, babcia biegająca z kolejną już potrawą, mamusia sprzątająca naczynia ze stołu, robiąca miejsce na nowe. Piękne momenty. Których nie byłem świadomy lub których sobie nie ceniłem.
I dziś jest mi smutno. Tak wiele wspomnień, pięknych chwil zapakowaliśmy dziś w kartony i worki. Tak wiele rzeczy, które babcia używała przez tyle lat - dziś kończą swoją przydatność. Kamieniec - miejsce zaciszne, spokojne, pełne dziadkowego i babcinego blasku - zgasł.
Oby mój dom, który kiedyś dany mi będzie tworzyć, nie tylko jako miejsce fizyczne, ale jako duch, atmosfera tego miejsca, był choć w małym stopniu odzwierciedleniem tego, jaki stworzyli moi dziadkowie. Oby mój dom choć trochę przypominał Kamieniec.