(fot. Bartek Syta/Polskapresse)
Warto było czekać od 14.45 pod bramami stadionu. Teoretycznie bramy organizatorzy mieli otworzyć o 16. Ale (i chwała im za to!) otworzyli je już o 15.45 - być może ze względu na padający deszcz. Tym samym, będąc przygotowanymi na to, że trochę postoimy nim dostaniemy się pod scenę, tuż pod barierkami byliśmy punktualnie o 16. No i zostało całe 5 godzin do momentu, kiedy Chris, Will, John i Gary wyjdą na scenę. 5 godzin stania w jednym miejscu.
A tu na dodatek zaczęło padać. Na szczęście nie były to jakieś mocne opady, zresztą, ok. 18 przestało. Pomimo tego, że robiło się coraz ciaśniej, a wokół nas (specjalne pozdrowienia dla Hani, Mony i Olgi) przybywało nastolatek dzielących się swoimi przygodami ze szkolnej ławki, staraliśmy się nie narzekać. Powtarzaliśmy sobie, że trzeba wytrzymać do 19, a potem już jakoś pójdzie. Tak też się stało.
Punktualnie o 19 na scenę wyszła? wyszli? "Charli XCX" - czyli jeden koleś na bębnach, jeden na klawiszach i babeczka, która postanowiła śpiewać. Ok, może i nie jestem wielkim znawcą, ale ten support był beznadziejny. Tragiczne nagłośnienie, babeczki w ogólnie było słychać, nie mówiąc już o tym, by zrozumieć o czym śpiewa, a jej taniec... przypominał mój. Czyli był bardzo, bardzo kiepski. Nie można tej pani zarzucić braku energii - chciała rozruszać tłum. Ale kapkę jej to nie wyszło ;)
Punktualnie o 19.45 na scenie pojawiła się Marina & The Diamonds. Nie kojarzyłem tego zespołu, co nie zmienia faktu, że zagrali naprawdę fajnie, Marina świetnie śpiewała i kapitalnie wyglądała ;)
Niedaleko mnie stały fanki Mariny, które śpiewały każdy kawałek - pojawiał się mały przedsmak tego, co czeka nas o 21.
No i właśnie. Pora na danie główne. Kiedy o 20.30 pojawiła się ekipa techniczna, która zaczęła szykować scenę dla gwiazd wieczoru, czuliśmy już w powietrzu atmosferę szczęścia, szaleństwa i olbrzymiej pozytywnej energii. Na usta cisnęły mi się słowa - to się nie dzieje się! Niektórzy czekali na ten moment 11 lat, niektórzy 4, niektórzy w zeszłym roku na fali mainstreamowego "Mylo Xyloto" postanowili wybrać się na koncert, a jeszcze inni pojawili się tam w ostatniej chwili. Ale podejrzewam, że nikt z ok. 50 tys. ludzi nie żałował, że dotarł na koncert Coldplay.
fot. Bartek Syta/Polskapresse
Jeżeli chodzi o sam koncert - wiecie, ciężko opisać słowami chwile czystego, niczym nie zmąconego (no, może nie do końca, słowo klucz - pęcherz...) szczęścia. Ciężko to uchwycić. Dlatego przywołam tu kilka momentów, które szczególnie (nie chcę opisywać 105 minut, zanudziłbym tu was) zapadły mi w pamięć:
1. Początek (Back to Future theme/Mylo Xyloto) - niesamowite uczucie. Kiedy przed twoimi oczami, w odległości 10 metrów jest twoja ulubiona grupa muzyczna... to dobry moment na wzruszenie się.
2. Pierwszy raz opaski zaczynają świecić (In my place) - morze kolorów na trybunach, w Golden Circle... coś niesamowitego.
3. Morze konfetti (In my place) - prostymi środkami Coldplay osiągnęło piękny efekt, utonęliśmy w morzu motyli i innych stworzeń zrobionych z bibuły. Prawie jak w śnieżną noc, próbowaliśmy to zbierać, różnie to wychodziło, miałem potem pełno brokatu we włosach i konfetti w kapturze ;)
4. Chwile, kiedy cały stadion śpiewa jak jeden mąż (np. Scientist) - Polak potrafi :)
5. Nawet te piosenki, które odstawia się na półkę (Yellow), potrafią oczarować.
6. Mogłem na żywo usłyszeć magiczny wstęp do "God put a smile upon your face". Pure awesome.
7. Mogłem na żywo usłyszeć "Up in Flames". I wyśpiewać to z całym stadionem. Amazing.
8. Niewiele chwil w życiu mogą równać się z uczuciem, kiedy chłopaki zagrały "Warning Sign" - inne harmonie, inna głębia i poczułem się wspaniale. Chyba najlepszy kawałek pod względem muzycznym na koncercie.
9. Kiedy wszyscy skaczą w ekstazie do "Don't let it break your heart" - trzeba znaleźć się w środku tego kotła. Ja miałem ten przywilej :)
10. Móc usłyszeć "Viva la vida" - ten kawałek, od którego się zaczęło... bezcenne.
12. Para, para, paradise. Nie lubiłem tego kawałka, ale na koncercie brzmiał doskonale.
13. Najpiękniejsza ballada (w moim odczuciu) Coldplay "Fix you" chwytała za serce. "And I will try to fix you". Breath taking.
14. Koniec i szaleństwo przy "Every teardrop is a waterfall" - olbrzymia radość, ale też świadomość, że to już po wszystkim. Ech.
Do dziś mam w uszach "ooooo-ooooo-ooooo-ooooo-ooooo" z "Viva la vida" - pięknieśmy to śpiewali.
Piękny koncert, Coldplay is awesome and legendary.
The best 105 minutes ever.
P.S. Więcej zdjęć tutaj.

