Jednym z całkiem nieoczekiwanych efektów prowadzenia przeze mnie bloga jest to, iż mogę porównać swoje myśli, poglądy, refleksje z początku studiów z tymi, które mam teraz. I przyznam, że ich konfrontacja jest momentami całkiem zabawna ;) Dziś nie posłużę się co prawda metaforą wedlowską (na odwiedziny w tym cudownym miejscu jeszcze za wcześnie, dopiero po sesji), skomentuję jedynie niektóre fakty wspomniane w poście "111". Wiele zmieniło się od momentu, kiedy postawiłem po raz pierwszy stopę na 4. piętrze akademika. W sumie patrząc na okres październik 2010 - styczeń 2013 wydaje mi się, że to proces nieustannych zmian (oczywiście z elementami stabilizacji). Czytając bloga dobitnie się o tym przekonuję.
Jedna z większych zmian dokonała się w moim podejściu do pietyzmu, ortodoksji - generalnie rzecz ujmując chodzi o pobożność. Przychodząc na studia czułem się 100% pietystą. Taką łatkę mi przypisano, specjalnie z nią nie walczyłem, odczuwałem raczej swego rodzaju dumę z tego powodu. Biblię interpretowałem w sposób dosłowny, bez problemu akceptowałem fakt, iż to Bóg dyktował jej autorom co mają pisać. Nie miałem najmniejszego problemu, by stwierdzać, czym jest lub czym nie jest grzech. Większość spraw była dla mnie czarna bądź biała, nie dostrzegałem szarości. Szczyciłem się naiwnością, gardziłem teologami, "szkiełko i oko" było dla mnie czymś obcym, wręcz złym. Zastanawiam się, czy mój radykalizm nie miał znamion fundamentalizmu... w każdym razie - byłem (używając już dzisiejszego określenia mojej produkcji) ultrapietystą.
Jeżeli chcecie wiedzieć, jak duża zmiana we mnie zaszła, zapytajcie moich kolegów z akademika. Choć w sumie boję się tego, co mogliby powiedzieć :P Na pewno stałem się zdecydowanie bardziej krytyczny wobec dosłownego odczytywania Pisma Świętego, polubiłem się z teologami (niektórzy nawet bardzo przypadli mi do gustu), przestałem kurczowo trzymać się "prawdy objawionej" i staram się nie reprezentować stanowiska, iż "moja prawda jest bardziej mojsza niż twojsza". Mam wrażenie, że moje horyzonty się poszerzyły, nie mam już tak wąskiej i ograniczonej perspektywy, widzę i staram się rozumieć, że inni myślą inaczej niż ja, reprezentują inny światopogląd i wcale nie mam ochoty wsadzać ich za to na stos. Zacząłem zagłębiać się w pietyzm, poddałem go krytyce (ale nie krytykanctwu), zajęcia na uczelni są dla mnie bardzo wartościowe, mogę poznawać naprawdę ważne rzeczy dla teologii oraz praktyki duszpasterskiej. W rubryce "typ pobożności" wpisałbym na chwilę obecną: rdzenny pietysta (to pojęcie zostanie przeze mnie w przyszłości wytłumaczone).
A co do wiary, uczuć, które silniej do mnie przemawiają niż wspomniane wcześniej mędrca szkiełko i oko... cóż. Nadal mam wrażenie, że jestem na początku duchowej drogi (w myśl słów abpa Jeremiasza, który mimo 69 lat na karku nadal nie czuje się w pełni duchowo dojrzały). Mocniej niż kiedykolwiek czuję, jak wielkim grzesznikiem jestem. Bardzo często jest mi za siebie wstyd i niejednokrotnie z moich ust czy myśli padają słowa "bądź miłościw mnie, grzesznemu" - częściej niż miało to miejsce kiedyś. Mam poczucie, że niesamowicie często daję ciała i paskudnie się z tym czuję. Wiem, jak wiele jest w moim życiu do poprawy. Często ludzie zarzucają mi hipokryzję (zresztą słusznie), co tym bardziej uczy mnie pokory i pokazuje, jak ważna ona jest w życiu chrześcijanina, w życiu studenta teologii.
Jednocześnie widzę, że poza akademikiem, uczelnią, sferą kościelną jest również życie. Staram się szukać odskoczni by nie zakisić się w tym sosie na śmierć. Potrzebuję przecież praktycznej, duszpasterskiej rzeczywistości, która nie koncentruje się wiecznie na Biblii, Bogu, ale konfrontowana jest z ludzkimi problemami, troskami - ale też i radościami, pasjami, zainteresowaniami. Przy okazji czuję, iż On mi towarzyszy. Że jest - mimo tego, że bardzo często jestem jak ten marnotrawny syn.
Coraz częściej zabawa z dziećmi przynosi mi radość. I to jest dla mnie fenomen. A gdy dzieciaki okazują radość ze wspólnej zabawy i cieszą się, że poświęcam im czas oraz uwagę - odbieram to jako jeden z największych komplementów jakie otrzymałem w życiu. Próbuję mierzyć się z obowiązkami Starszego Bursy, usiłując być kompetentnym ale zarazem niezamordystycznym. Stawiam pierwsze kroki na ambonie, przy ołtarzu, w trakcie dystrybucji, praktykując z ludźmi w różnym wieku. Czas pędzi niezwykle szybko, nie mogę uwierzyć, że połowa studiów już praktycznie za mną. I muszę przyznać, że czuję się pozytywnie zaskoczony.
Ale co dalej? Niejednokrotnie przeżywam rozczarowania związane z szarą codziennością, nieraz z obawą i wątpliwościami patrzę w przyszłość, wciąż czekam na realizację Marzeń. Mimo, iż nie doświadczyłem żadnych tragedii życiowych wiem, jak nasza wędrówka po ziemi potrafi być frustrująca i trudna. Pewnie Bóg jeszcze nieraz będzie słyszał płynące z moich ust niewygodne pytania.
Już teraz intryguje mnie, jakim będę w chwili przeżywania 1000., 1250., 1400. dnia w Warszawie. Myśląc jednak o tych momentach chcę uchwycić się tego oto przekonania: