poniedziałek, 20 grudnia 2010

wielkość poświęcenia

Ludziska, dziękuję!

Pati - za grę podczas dwu dni, za piękny gitarowy Everything I do ;)
Krzysiek, Darek - za 3 - godzinne nagrywanie w zimnej kaplicy, przeszkadzajki i otwartość
Przemek - za magiczne klawiszowe klimaty do 4 piosenek :)
Marcin - za cierpliwość, nagrywanie po 3 wersje tej samej piosenki, składanie i dogrywanie poszczególnych fragmentów ;)
Bóg - za pomysł, talenty, błogosławieństwo, siły i motywację :)

Dzięki, jesteście po prostu niesamowici. Jestem wam bardzo wdzięczny :)

czwartek, 16 grudnia 2010

Adwentówka

Mały student kaczorek bloguje z domu. I tak przez najbliższe 3 tygodnie :D 

Wczorajszego wieczora padło wiele słów. Przyznam, że zwykle nie lubiłem dzielenia się opłatkiem. Jednak chyba po tegorocznej adwentówce zmienię zdanie. Był to naprawdę wyjątkowy czas.

Pomimo zmęczenia, skończenia sprzątania o 2 w nocy (nie narzekam, w zeszłym roku wszystko trwało ponad godzinę dłużej), 4 godzin snu i podróży pociągiem jestem szczęśliwy. Uczestniczenie w studenckiej adwentówce było czymś wartościowym i bardzo miłym. Samo przygotowywanie, obsługiwanie gości i sprzątanie dało mi dużo satysfakcji. Również pozytywne opinie na temat naszej autoprezentacji (I roku) są dla mnie bardzo cenne. Mówi się, że taki dzień jest tylko raz w roku. Taki wyjątkowy, pełen ciepła i otwartości na drugiego człowieka. I często mówi się, że szkoda, że tylko raz w roku. A ja wychodzę z założenia, że od czegoś trzeba zacząć. Może za jakiś będą 2 dni w roku, potem 3? Hm. To takie moje ciche marzenie.

Teraz czas przygotowań do Świąt oraz okres świąteczny. Cóż. Trochę pracy przede mną. Mam nadzieje, że efekty przerosną moje oczekiwania ;)

P.S. W ramach zbliżania się do świąt: http://www.youtube.com/watch?v=qJdskcHYgDQ&feature=related

środa, 15 grudnia 2010

tsa...

Usłyszałem dzisiaj mnóstwo komplementów. Byłem w szoku. Szkoda tylko, że niektóre z nich sprawiły, iż coś pękło. I chyba już się tego nie poskłada. Czy to dobrze? Hm. Wiem, że potrzebuję więcej pokory. Ale mam wrażenie, że nie tylko ja.

Z bardziej pozytywnych rzeczy - ruszyliśmy z przygotowaniami do Adwentówki. I jest chyba całkiem nieźle. Nowe kontakty, relacje, rozmowy - wiele to daje. Nowe doświadczenia są bardzo wartościowe. A sama dzisiejsza Adwentówka? Oby się udała.

A największy pozytyw - JUTRO DO DOMU!!!!!! Wreszcie! Wreszcie do najbliższych, ukochanych osób oraz do wartościowych znajomych. Tylko i wyłącznie do nich :)

niedziela, 12 grudnia 2010

sobota, 11 grudnia 2010

Freedom. Jan 3,30

Właśnie skończyłem oglądać Bravehearta. Dziwnym trafem obejrzałem go dopiero po raz pierwszy. Takie coś pozostawia w sercu i umyśle ślad. I kolejna porcja nocnych pytań:

Dlaczego William pozostaje do końca wierny, twardy i heroiczny? Dlaczego zamiast "mercy" wykrzykuje "freedom"? Cóż. Po prostu jest wierny idei, wierzy w pełni w wolność, jest ona głęboko zakorzeniona w jego sercu oraz umyśle. Woli umrzeć, lecz pozostać w swojej świadomości wolnym, niż podporządkować się wrogowi, by w ten sposób ocalić życie. Naiwne, romantyczne i niedzisiejsze, prawda? A może jednak nie?

Filmy osadzone w nurcie historyczno-heroicznym (jednostka ratująca naród, państwo/ginąca w imię wyższych ideałów) należą do moich ulubionych. I za każdym razem dają mi do myślenia. Może jest to też ciche marzenie o bycie jednostką odmieniającą losy świata. Heh. Mały kaczorek studiujący w wielkim mieście na chwilę się rozmarzył.

A czy nie jest tak, że każdy z nas jest jednostką wpływającą na losy świata? Mnie wydaje się, że tak jest. Mamy wpływ na nie tylko nasze życie, ale i ludzi będących wokół nas. Mamy niesamowite pole do działania. Możemy stawać się takimi heroicznymi bohaterami codzienności, naszego otoczenia. W jaki sposób?

"On musi wzrastać, ja zaś stawać się mniejszym". 2000 lat temu na ziemi przebywał Ktoś, kto wiedział, w jaki sposób zmieniać świat i swoje otoczenie. Poprzez miłość. Wiem, że mnie, małemu kaczorkowi w wielkim mieście strasznie brakuje do postawy mojego Sotera. Wiem, że sam niewiele mogę. Że bardzo często zawodzę. Ale wiem też, że On potrafi w nas wlewać tę miłość, którą na każdym kroku okazywał, będąc tu na ziemi. Tylko (lub aż) musimy stawać się mniejszymi, a On musi wzrastać. A może poprzez to staniemy się cichymi bohaterami naszych społeczności ;)

Życzę tego wam i sobie. Jan 3,30. :)

piątek, 10 grudnia 2010

Kaczor myśli zamiast spać

Pora odpowiednia, by pójść w ślady współlokatora i położyć się spać. Lecz kaczor ma zbyt dużo myśli, by w spokoju zasnąć i przestać przeszkadzać zacnemu współlokatorowi. Zbyt dużo refleksji dzisiejszego dnia go spotkało. Oto kilka z nich:

Czemu wykładowcy na jego uczelni (przecież w sumie z religijną otoczką) składają kiepskie, świeckie życzenia "Wesołych świąt"? Czemu tylko jeden z nich życzy "błogosławionego czasu Świąt Bożego Narodzenia"? Czyżby było to niepoprawne politycznie?

Czemu ludziom brakuje konsekwencji w poglądach i wyznawanych zasadach? Czy będąc ortodoksami muszą być jednocześnie liberalni aż do bólu?

Jak ogarnąć materiał z hebrajskiego i greki? Czy miesiąc wystarczy? Czy znajdę motywację? Czy przemogę niechęć do sposobu przedstawiania pierwszego z tych języków?

Czy czas świąt będzie wartościowy? Czy odpowiednio się do niego przygotuję? Kiedy zrobić próby na uwielbiające? Jak ogarnąć szał przygotowywania czegoś miłego dla najbliższych? Skąd wziąć kreatywność?

Ostatnio kaczor zadaje dużo pytań. Bardzo to lubi. Jakoś mu wtedy łatwiej. Przyznając się do swojej niewiedzy gotów jest, by poznać coś nowego. Wchodzić na wyższy poziom samoświadomości. Docierać do wnętrza siebie i pozwolić Bogu w tym wnętrzu ingerować. O tak. Kaczor polubił filozofowanie. To go nakręca. I czuję się wartościowo, ambitnie.

"Niech śpiewa wszelki twór..." - Święta coraz bliżej. Kaczor (autor bloga, Piotrek, ja) powoli rozpoczyna świętowanie. Christmastime is here.

P.S. Mam jakieś dziwne przeczucie, że tegoroczny czas Radości z Przyjścia Jezusa Na Świat będzie niesamowity. Wartościowy i pokrzepiający. Oby. :)

środa, 8 grudnia 2010

odjazd

Dzisiejszy hebrajski był chyba apogeum tego wszystkiego, co dotychczas mieliśmy okazję usłyszeć, zobaczyć i doświadczyć ze strony naszego wykładowcy. (choć tydzień temu mówiłem to samo. I boję się, że na następnych zajęciach skończy się podobnie) No nic, zobaczymy. Ale fakt tego druzgocącego popołudnia wciąż we mnie tkwi. Dlatego nie jestem w stanie napisać nic więcej. Do tego pora odpowiednia do tego, żeby iść spać. Jutro dzień pełen nowych wyzwań. Ale do powrotu do domu coraz bliżej.

Dzisiejszy wieczór sponsoruje piosenka "Photograph" zespołu Nickelback.

P.S. Otrzymałem przezwisko "kaczor". Dlaczego? O to pytajcie Henia. To znaczy Bogusia.

niedziela, 5 grudnia 2010

Bare bones

Obudziło mnie dzisiaj piękne słońce. Nie minęło 5 godzin, a już chmury całkowicie je zakryły (nawet nie miało okazji spokojnie zajść...) Cały optymizm (o ile takowy dzisiaj miałem) poszedł się paść. Wszystko chyba przez jutrzejszego kolosa z logiki. Co z tego, że w poprzednich latach zwykle te zapowiedziane kolosy się nie odbywały? Przecież kiedyś ta tendencja może się odwrócić. Nie mam żadnej mobilizacji. Ten weekend mnie jakoś dobija.

Dobra, dość pisania. Muszę coś z tej logiki poczytać. Ale czy to coś da? Ech. Czuję się jak twórcy młodopolscy pod koniec XIX wieku... Niemniej jednak, ten mój stan sprawia, że pójdę do kościoła na nabożeństwo z określonym nastawieniem - będę szukał jakiegoś pokrzepienia i wsparcia. Obym tego pokrzepienia i wsparcia doświadczył.

P.S. "Zakupy, podobnie jak pieniądze, szczęścia nie dają. I tak zostaną po nas nagie kości".

piątek, 3 grudnia 2010

łoł

Są takie chwile w życiu, gdy niewiele da się powiedzieć. Bo tak mocno zostało się poruszonym i tak wiele rzeczy zapadło w pamięć. A sprawił to wykład na temat pracy hospicyjnej. Daje do myślenia. Dlatego pogrążam się w zbieraniu myśli.

czwartek, 2 grudnia 2010

wartościowa naiwność

Dedykowane B.

Doświadczam dzisiaj zarówno pozytywnych swoich emocji jak i negatywnych uczuć innych osób. I trochę mi głupio, że mam się tak wspaniale, a innym wali się życie bądź niesamowicie ich frustruje. Skłania mnie to do refleksji: czy to Boże błogosławieństwo czy może cisza przed burzą?

Na chwilę obecną trzymam się Bożego błogosławieństwa. Z każdym dniem dostrzegam niesamowitą moc modlitwy. Gdy Boga zaprasza się do konkretnych spraw w swoim życiu, On zaczyna przejmować kontrolę nad nimi. I wie, co dla człowieka najlepsze. Poza tym, gdy poświęca się czas modlitwie o konkretne relacje, to Bóg zaczyna ingerować. Dosłownie. Naiwne, tak? Naprawdę w to wierzę?

Tak. Bo widzę Jego ingerencję w moim życiu. I pozostanę takim naiwnym. Będę się starał, by przynosić Mu konkretne relacje, konkretne sprawy. Bo wiem, że On tego chce. On niesamowicie się cieszy, gdy to robię. Wiem, że mnie przytula, gdy proszę Go o przebaczenie. Gdy mówię Mu, że jestem beznadziejny i potrzebuję Jego pomocy. Wiem, że cieszy się, gdy przychodzę do Niego ze swoimi problemami. Bo gdy jestem słaby, wtedy jestem mocny. Wtedy On zaczyna działać. Właśnie w tym, wydawałoby się z ludzkiego i racjonalnego punktu widzenia, naiwnym podejściu.

Dla Jego działania warto być naiwnym w oczach tego świata. I żebym został dobrze zrozumiany - nie doszukujcie się tu pychy. Nie uważam się za lepszego. Po prostu wierzę, że czasem warto być naiwnym wobec Boga - bądź nazywając to inaczej - ufnym wobec Boga. Bo wtedy On działa. Przynajmniej ja czegoś takiego doświadczyłem i chcę wciąż doświadczać.

I nadal będę, w mojej częstej beznadziejności, przychodził do Niego. Bo wiem, że On chce, żebym do Niego przychodził. Wam też to polecam. Mimo, że to trochę naiwne.

wtorek, 30 listopada 2010

śnieg dodaje uroku.

Oj tak. Dodaje. Szczególnie wąskim uliczkom Starego Miasta. Fantastyczny klimat. W takich chwilach żałuję, że nie mam fotograficznego zacięcia. Tyle wyjątkowych fotek mógłbym dzisiaj nacykać... Można śniegu nie lubić, można narzekać, że jest go w Warszawie za dużo, ale można się nim również zachwycać. Współczuję tylko tym, którzy 2,5km odcinek pokonywali dzisiaj przez 6 godzin...

Wracając do wczorajszego wieczoru: nigdy jeszcze nie oglądałem meczu w polskim pubie. Kiedyś tam ze skoczowianami i Szymonem oglądaliśmy w Wittenberdze mecz Barcy z Chelsea. Ale to nie było to. Tym razem był to wyjątkowy wieczór. Ten ryk po każdym golu, ręce podniesione do góry... Przy okazji poznałem Kamila, który umilił nam wieczór swoimi ciekawymi anegdotkami na tematy piłkarskie i damsko-męskie. (blokers? Może. Kark. Rozumiecie? Na tym polegały jego "ciekawe" anegdoty). Na szczęście był kibicem Barcelony, więc chyba nic mi nie groziło;) W każdym razie - piękny wieczór. Głównie dzięki Barcelonie. Manita rzadko się zdarza. Nie sądziłem, że stanie się to akurat w tym meczu. Ale przez to, że było to tak nieoczekiwane, sprawiło mnóstwo radości.

poniedziałek, 29 listopada 2010

MANITA!!!!

Gdy ochłonę, napiszę więcej o samym meczu i towarzystwie, w jakim śledziłem mecz w Irish Pubie. Ale póki co - 5:0!!! :):):)

zimowo

Biorąc pod uwagę opady śniegu w Warszawie chyba trzeba zapaść w zimowy sen...

(i zmienić interfejs)

P.S. http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,95190,8734232,Zima_zaatakowala_Warszawe__snieg_i_korki__WIDEO_.html

wtorek, 23 listopada 2010

tester

Wracając do akademika zaczepiła mnie pewna pani, prosząc o udział w ankiecie. Zgodziłem się, gdyż miałem chwilkę czasu. Okazało się, że będę testował jogurty truskawkowe ;)

Usiadłem w jakiejś sali, przy innym stoliku jakaś kobieta próbowała tychże jogurtów. Po napiciu się wody miałem spróbować trzech różnych jogurtów. (prawdopodobnie była to Jogobella, Danone i jeszcze jakiś) Zdecydowanie najbardziej smakował mi pierwszy z nich. Miałem określać konsystencję, zapach truskawkowy, słodkość, kwaskowatość, smak truskawkowy, wielkość owoców i ich ilość. Ogólnie całkiem przyjemna zabawa, ale ten ostatni jogurt był daremny... Przy okazji dowiedziałem się od pani spraszającej na te badania rynku, że teologia to bardzo ciekawy i nietypowy kierunek, bardzo dobry do studiowania. Hehe. Znając życie wzięła mnie za kogoś z seminarium, przyszłego kapłana w kościele rzymsko-katolickim;) Choć, kto wie, może gdzieś kiedyś słyszała, że istnieje Kościół Ewangelicko - Augsburski...

Było całkiem przyjemnie, dostałem Toffifee (lepsze to niż Cafe Prima - przynajmniej kogoś poczęstuję), pomogłem tym babkom (bo podobno miały mało osób do testowania). A teraz wracam do Deuteronomistycznego Dzieła Historycznego.

Spać...

czwartek, 18 listopada 2010

aktywnie. biegiem. wartościowo. tęskno

W tych 4 słowach mogę opisać dzisiejszy dzień, w sumie czas, jaki mam tu od poniedziałku. Jest aktywnie - gonię po mieście za różnymi rzeczami (czasem skutecznie, czasem nie), dziś np. byłem w BUW-ie. I nawet mi się spodobało, znalazłem to, czego szukałem :) Ogólnie rzecz biorąc, dzisiejszy dzień pod względem wykładów był jak do tej pory najlepszym dniem od 1. października. Na niemieckim powtórzyłem sobie gramatykę związaną z wo? i wohin? (ale i tak się nudziłem...), na wstępie do NT było naprawdę super. Szkoda tylko, że były to dopiero nasze trzecie zajęcia w tym roku. Ale mamy nadzieję, że ta tendencja się zmieni;) Zastępstwo z greckiego również było bardzo wartościowe, a przy tym wprawiło nas w głupawkę (szczególnie naszego kolegę z Białorusi...). Wstęp do ST jak zwykle fachowo, sumiennie i starannie, ale i tu nie zabrakło elementów humorystycznych.

Zaczyna się. Rozkręca się. I dobrze. Przecież w końcu jestem na studiach, prawda? Trochę nauki też musi być :P A, ostatni wyraz z tytułu. Tęskno. A owszem. I want to be (t)here. Cause I'm holding a mystery. Wierzę w dobry, udany weekend. Oby Pan go pobłogosławił.

Zanim to jednak nastąpi, czeka nas jeszcze łacina... canto, cantare. Laudate Domini Jesu Christe. In secula seculorum. I takie tam jeszcze ;)

wtorek, 16 listopada 2010

Bądź zawsze

Ogrzej serce me miłością swą. Nie pozwól mi odejść. Mocno. Trzymaj.

Proszę.

P.S. Nika, musiałem je wykorzystać ;)

poniedziałek, 15 listopada 2010

Miłość żądą ofiary.

Czy rzeczywiście tak jest? Czy miłość rzeczywiście żąda ofiary?

(tytuł zaczerpnięty z dwu miejsc, w których to zdanie widziałem. I dotknęło mnie to w dosyć mocny sposób...)

niedziela, 14 listopada 2010

Golden

Wpis dedykowany N.

Siedziałem dzisiaj w kościele, użalałem się nad sobą, słuchałem Etiopczyka, który zwiastował dzisiaj Boże Słowo w swoim ojczystym języku (swoją drogą, niesamowite doświadczenie. Również fajnie było z nim posiedzieć przy stole;)). Ot, normalne nabożeństwo, normalne moje zachowanie w trakcie kazania. I w pewnym momencie przyszło do mnie jakieś oświecenie. Dodam tu, że często podczas zupełnie niewinnych sytuacji, błahych momentów przychodzą mi do głowy świetne (subiektywnie mówiąc) pomysły na jakieś rozważanie, spotkanie itd. itp. Tym razem napotkałem refleksję, za którą jestem wdzięczny Panu Bogu. A to, że jest ona związana i ze Switchfootem, i z Lutrem, i z New Life M., to już świadczy o tym, jak potrzebna była ta myśl, jak aktualna i uniwersalna okazała się zarazem.

Zapominamy o tym, że jesteśmy zbawieni. Zapominamy o tym, że czeka nas wspaniała przyszłość w niebie. Zapominamy o tym, że Pan Bóg szykuje dla nas coś, co przerośnie w swojej wspaniałości wszystko, co dotychczas widzieliśmy, przeżyliśmy bądź jeszcze doświadczymy. Zapominamy o tym, że wszystkie nasze ziemskie problemy i troski nie mają wpływu na naszą cudowną przyszłość z Ojcem. Zdaję sobie sprawę, że generalizuję, ale czy tak nie jest? I skąd się to bierze? Dlaczego tak bardzo troszczymy się o nasze problemy? Dlaczego tak wiele nas to kosztuje (stresu, nerwów, emocji, łez i wątpliwości)? Dlaczego mamy problem, żeby w pełni oddać wszystkie zmartwienia w Boże ręce? Dlaczego tak trudno jest nam Mu zaufać? Dlaczego nasza wiara i nadzieja nie mogą być naiwne (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu)? Dlaczego nie trzymamy się tego, że jesteśmy zbawieni, jesteśmy Jego dziećmi i On ma nad naszym życiem kontrolę? Dlaczego nie umiemy w codziennym życiu cieszyć się na całą wieczność w niebie? Czy jest to dla nas zbyt abstrakcyjne? A może po prostu nie umiemy się tym cieszyć, będzie szkoda nam tego wszystkiego, co mamy tu, na ziemi?

A przecież w niebie nie będzie śmierci, nie będzie grzechu, nie będzie łez... ulice będą ze złota, a nasza wieczna egzystencja będzie polegała na uwielbianiu Boga. Czyżby nie było to nic fajnego, że umartwiamy się w naszej codzienności? Nie wiem. Dużo pytań, mało odpowiedzi. Staram się wierzyć w jedno - dla Boga jesteśmy drodzy i cenni. On nas kocha. Jesteśmy Jego dziećmi. Jesteśmy dziećmi najpotężniejszego absolutu na świecie. Czyż to nie wspaniałe? Luter w momentach największego zwątpienia mówił "Jestem ochrzczony". Inaczej mówiąc - jestem zbawiony. No właśnie. Czego nam jeszcze potrzeba? Czy w ogóle potrafimy się radować w Panu? Przecież On ciągle jest blisko nas, a my tęsknimy za Jego duchem. Czyli jednak! Ale dlaczego tak rzadko się na Nim skupiamy?

You are golden.

wtorek, 9 listopada 2010

przytul mnie mocno

Nie wiem kto
Dopisał tekst
Do naszych ról

Nie wiem skąd
W tych rolach błąd
I żal i ból

Prowadź mnie
Do prostych słów
Przez każdy dzień
Prowadź mnie
Gdy światło drży i gdy pada cień

Przytul mnie
I połam lód
W opłatki kry

Przytul mnie
Nadejdzie znów
Wiosenny świt

Dopóki żal
Naprawia błąd
Nadzieję mam

Dopóki łza
Jest jeszcze łzą
Nie jestem sam

Jeśli łza
Jest jeszcze łzą
Nie jestem sam

niedziela, 7 listopada 2010

wyjaśnienie

Byłem dzisiaj na spacerze po Warszawie. Najdłuższym spacerze jak do tej pory. Ponad 2 godziny łaziłem tam, gdzie jeszcze nie byłem. Więc w największym skrócie:

palma na Świętokrzyskiej, Plac Trzech Krzyży, Ministerstwo Gospodarki, pomnik Witosa, Kancelaria Prezydenta, Sejm, ambasada Niemiec, Łazienki (ale i tak muszę tam pójść, żeby pochodzić tylko po nich) - pomnik Sienkiewicza, pomnik Chopina; Belweder, Kancelaria Premiera, ambasada Szwajcarii, ambasada USA (chyba najbrzydsza ze wszystkich, jakie dzisiaj widziałem), Ministerstwo Pracy. Przy okazji dowiedziałem się, że Smyk życzy wszystkim Wesołych Świąt. No tak, już po święcie zmarłych, więc można reklamować Święta Bożego Narodzenia;)

Pomimo zimna, pomimo deszczu, pomimo niewygodnych butów było warto. Po miesiącu mogę powiedzieć, że zakochałem się w Warszawie. A magicznie poczułem się na Brackiej. Nie wiem, dlaczego. Po prostu poczułem tam ciepło, na chwilę przystanąłem i rozmarzyłem się. Mam wiele fajnych miejsc w Warszawie, ale to chyba stało się moim ulubionym. Nie jest tam ślicznie, ale atmosfera jest naprawdę wyjątkowa.

Warto było poświęcić to niedzielne popołudnie na ten spacer.

zakochałem się...

w Warszawie :)

sobota, 6 listopada 2010

zimno

Szaro, buro i ponuro. Tak też się czuję. Pół biedy, że istnieje coś tak wspaniałego jak muzyka Coldplay. Pozwala mi przyjąć ten przygnębiający nastrój jakoś łatwiej.

Coś czuję, że będę chory. Staliśmy dzisiaj 1,5 godziny z Darkiem w kolejce do Centrum Nauki Kopernik. Warto było, polecam ten obiekt, można wiele ciekawych rzeczy zobaczyć, zrozumieć i odkryć. Ale to zimno, deszcz... Zrobiło swoje. Muszę wziąć coś, co postawi mnie na nogi. I w sumie nie tylko na nogi, ale i psychicznie przydałoby się jakieś wzmocnienie. Niezrozumienie, kłótnia, zaborczość, zarzuty, źle odbierane poglądy i ostrożność... Nie znoszę takiej melancholicznej, dołującej i wpieniającej jesieni. Bo to chyba jej wpływ, prawda? Lepiej, żeby to ona za tym wszystkim stała.

Rosa na sercu. Bardzo jej teraz potrzebuję. Z nią będzie łatwiej. Chyba. Pieśniarz mówi: "lights will guide you home and ignite your bones". Oby.

czwartek, 4 listopada 2010

negatywne emocje

Te towarzyszą mi ostatnio wyjątkowo często. Odkąd wróciłem do Warszawy, coraz częściej zdarzają się sytuacje frustrujące oraz wpieniające. Wczorajsze zajęcia z hebrajskiego oraz dziejów biblijnego Izraela były tego dobrym potwierdzeniem.

W dniu dzisiejszym po raz kolejny rozczarował mnie niemiecki. Chyba będę musiał sam coś dodatkowo sobie robić. Dołożywszy do tego pogodę, bezsensowny spacer na Uniwersytet Muzyczny tylko po to, by dowiedzieć się, że wf nie będzie, zgagę - no normalnie żyć nie umierać...

Wiem, trochę narzekam. Ale raz na jakiś czas trzeba. A na deser moja myszka okazała się być w bucie mojego współlokatora. Czasem człowiek jest wobec tego bezsilny. No cóż. Keep holding on, jak śpiewała niegdyś Avril. Chyba tak zrobię.

poniedziałek, 1 listopada 2010

I remember you like yesterday...

Powoli dzień 1. listopada dobiega końca. Utarło się, że jest to dzień poświęcony wspominaniu zmarłych, bliskich, którzy już odeszli. Wszystko to potęguje atmosfera cmentarza, który ostatnio często odwiedzałem. Postanowiłem poświęcić ten wpis dwóm bliskim, którzy odeszli już do Pana i śpiewają w Jego chórze.

3 lata temu do Pana odszedł wujek Ludwik, brat mojej babci. Pamiętam go z wielu sytuacji z dzieciństwa. Nagrywał na kasetach mój śpiew, opowiadał mi o II Wojnie Światowej, graliśmy razem w cymbergaja oraz na stare pieniądze w oczko i wojnę. Plus grill na balkonie... Do dziś pamiętam Jego ciepło, uśmiech, umiejętność naprawienia wielu rzeczy i biały kapelusz.

Niecałe 2 lata temu niebiański chór zasilił mój dziadek Józef. Dziadek nie był typem duszy towarzystwa, rozgadywał się i ożywiał natomiast, gdy temat schodził na cementownię i chór. Ileż to razy wnuki słyszały, że kościół w Jaworniku został wybudowany za pomocą cementu z goleszowskiej cementowni, dziadek wydał cement Antoniemu Piechniczkowi, by ten mógł wybudować dom w Wiśle. Śpiew i bycie prezesem, a potem skarbnikiem chóru było jego największą pasją. Pamiętam momenty, gdy zabierał mnie do pokoju obok i czytał mi przygody Jonka, Jonki i Kleksa.

Teraz pozostały już tylko wspomnienia. Piękne, dziecięce wspomnienia. Jakby to było wczoraj. A teraz? Mogę tylko starać się, by doceniać czas z tymi, którzy też powoli zbliżają się do granicy... Obym umiał to zrozumieć i zastosować. Nie bez przyczyny ks. Twardowski napisał: "śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą"...

niedziela, 31 października 2010

Home

Mały student pierwszy raz bloguje z domu, gdyż spędza w nim długi, świąteczny weekend.

Dziś noc z Lutrem. Bardzo się na nią cieszę, ale jak pomyślę o zimnym kościele, w którym przyjdzie nam tę imprezę spędzić... Może być ciekawie ;) Dodatkowo szaleje tu halny, który ma taką siłę, że ciężko jest w miarę prosto przejść chociażby kawałek drogi.

Pomimo powoli zbliżającej się nostalgicznej atmosfery Pamiątki Umarłych perspektywa spędzenia dnia dzisiejszego, jutrzejszego oraz wtorku w domu działa na mnie bardzo, ale to bardzo optymistycznie :) W związku z 1. listopada pojawi się jutro notka związana z tymże dniem.

wtorek, 26 października 2010

bez zajęć

Pierwszy raz w tym roku studenckim zdarzyło mi się, że podczas całego dnia nie miałem żadnych zajęć. No ok, we wtorek mam tylko 2 wykłady, ale to i tak ciekawe, że dzisiaj odpadły oba. Tak więc dzień wykorzystałem na streszczanie 2 księgi Mojżeszowej, powtórkę hebrajskiego, wizytę u Edi, drzemkę. Ot taki normalny dzień.

W piątek do domu. Wreszcie... Cieszy się ktoś, że wracam?

niedziela, 24 października 2010

dzień Pański

Dzień pełen wrażeń. Niedzielne nabożeństwa spędziłem w dwóch różnych miejscach. Rano wybraliśmy się na Puławską, by zobaczyć, jak wygląda nabożeństwo w Społeczności Chrześcijańskiej. Jestem przyzwyczajony do formy nabożeństw z naszych ewangelickich kościołów, więc brak typowej liturgii wstępnej, komunijnej był dla mnie pewnym zaskoczeniem. Blok uwielbienia był za to dużym zachęceniem ;)

Wieczorem natomiast uczestniczyłem w nabożeństwie młodzieżowym w Trójcy. Pomimo tego, że sprzęt miał momenty zawahania, pomimo pogłosu, przez który ciężko nam się śpiewało, pomimo małych zawahań przy niektórych słowach, pomimo skromnej frekwencji (choć bałem się, że będzie gorzej), pomimo małego poślizgu czasowego, pomimo prób szatana, by nas zniechęcić, był to wartościowy czas. I po raz kolejny przekonuję się, że wspólnota podczas Wieczerzy jest czymś bardzo ważnym i wyjątkowym. Liczę, że następnym razem będzie okazja, by poprowadzić śpiew pewniej, z większą radością (bo tym razem trochę zeżarł nas stres...). Staram się z nadzieją i optymizmem patrzeć w przyszłość.

Tak wiele perspektyw. Tak wiele myśli. Tak wiele różnych motywów. Ale ten sam Bóg. Ta sama wielka Jego łaska i miłość. Ci sami kochani bliscy. Tego się trzymam. Wierzę, że rozpoczęty dziś nowy tydzień przyniesie kolejne Jego dotknięcia oraz bliską obecność.

piątek, 22 października 2010

Hello hurricane

Hello hurricane, you're not enough
Hello hurricane, you can't silence my love
I've got doors and windows boarded up
All your dead end fury is not enough
You can't silence my love, my love

Dzisiejszy instytut był bardzo pozytywny i zachęcający. Zobaczymy, co będzie jutro, ale liczę, że będzie równie fajnie. Pisanie tekstów w 25 i 7 minut sprawia jakąś frajdę ;) Szukanie swoich mocnych stron również. No i społeczności akademikowe o 22 też wiele dają. (a dopiero to rozkręcamy...)

Jednakowoż tęsknię. Ale wiem też, że za tydzień mam do kogo wracać i z kim spędzać czas. Dlatego mogę powoli cieszyć się na kolejny, naprawdę długi weekend, jednocześnie korzystając jeszcze z obecnego weekendu. Cause, dear hurricane, you're not enough. You can't silence my love. Sorry, Winnetou ;)

czwartek, 21 października 2010

budujące

Dzisiejszy dzień okazał się bardzo budujący. Trudno znaleźć mi jakiś element, który wpłynął na mnie negatywnie. Czyżby była to odpowiedź na moje modlitwy? Na moje wątpliwości? Aż chciałoby się powiedzieć, że tak. Ale... poczekam z opiniami. Szukam tu Bożej woli, a w tej działce nie ma się co śpieszyć...

W sumie zaczyna się weekend (jutrzejsza łacina nie burzy tej koncepcji). Pierwszy weekend z Instytutem Pastoralnym. Zobaczymy, jak będzie. Potem próba, w niedzielę nabożeństwo młodzieżowe. No cóż. Chyba nie będzie czasu, by się nudzić. Dziś już chyba pora spać.

P.S. Następny weekend szykuje się naprawdę dłuuuugi ;)

środa, 20 października 2010

oczekiwania

Moje chyba były jednak inne. Może naiwne? Może zbyt idealistyczne? Ciężko powiedzieć. Pusty grób. Tylko. I nie było nic więcej? A jeżeli tak, to czemu czasem trzeba to pomijać? Czemu tworzy się wrażenie, że inni wiedzą lepiej?

Czemu teolog ewangelicki ma przede wszystkim czytać/x3, a dopiero potem modlić się/x3? (kolejność jest tu decydująca) Czemu to, w co wierzyłem wydaje się teraz takie proste i naiwne, a ja uważam, że o niczym nie mam pojęcia? Czemu mam wrażenie, że moja wiara tak łatwo się chwieje?

Tak wiele pytań. I póki co, nie umiem znaleźć odpowiedzi.

tough

Sometimes you can't make it on your own.

poniedziałek, 18 października 2010

zamykające się powieki

Kończy się pierwszy dzień po weekendowej przerwie. Pierwszy dzień po powrocie z domu. Ciężko było mi tu wrócić. Ale dzięki spacerowi, zakupom oraz poprzez możliwość spędzenia czasu z chłopakami znowu się tu zacząłem aklimatyzować. Warszawa jest naprawdę fajnym miastem.

Podczas podróży do Warszawy mogłem obserwować parę, która jechała na lotnisko, by stamtąd polecieć na Mauritius (całą drogę gadali po francusku ćwicząc język), o mało co nie zgubiłem parasola, kupiłem pewnemu Afroamerykaninowi bilet na metro (ale nie zdążyłem powiedzieć, że musi iść na drugą stronę metra, bo pojedzie w złym kierunku:P), nie zdążyłem na logikę, ledwo doniosłem swoją torbę wypełnioną w połowie zapasami jedzenia... ale było ciekawie. Naprawdę;)

Nie zmienia to faktu, że jest tęskno. W piątek było mi tęskno za Warszawą. A dzisiaj jest mi tęskno za domem.

czwartek, 14 października 2010

wstępy. Do niebyle czego.

Dzisiejszy dzień był interesujący. Pierwszy, w którym miałem wszystkie zajęcia ;) Po niemieckim wstęp do Nowego Testamentu, który był bardzo krzepiący. Chyba po raz pierwszy wykładowca powiedział nam o prawdziwym wymiarze teologii. Nie o nauce, nie o wiedzy, ale o żywym Bogu, którego się poznaje w miarę poznawania Słowa oraz jego egzegezy. Posłuchać z rana takiego wykładu - w zasadzie bezcenne. Naprawdę wartościowe.

Normalnym jest, że teologowie poznają tzw. języki biblijne. Wczoraj był hebrajski, a dzisiaj greka. Cóż. Nie podchodzę może do niej tak entuzjastycznie jak do hebrajskiego, ale może się do niej przekonam. Przynajmniej będę miał co robić w pociągu, jak będę wracał - poćwiczę sobie pisownię tychże języków;)

Wstęp do Starego Testamentu to w ogóle inna bajka. Będą jaja. Materiał jest strasznie obszerny. Ale wychodzę z założenia, że w końcu dotyczy to Biblii, więc wiedza na jej temat będzie bardzo przydatna i ciekawa. Z pewnością będzie może momentami ciężko, ale jestem walecznie i odważnie do tego nastawiony (na razie;)). Gdy uda mi się przenieść spojrzenie naszego wykładowcy z NT i do wiedzy dołożę chęć odkrywania Boga, rozumienia w pełni Jego słowa, przekazu - może mi to wiele dać. Będę mógł odkryć Go jeszcze lepiej. Albo, jak dzisiaj usłyszeliśmy - to On będzie mnie, nas, lepiej poznawał. Oby :)

angielska i niemiecka języki trudna język

Jestem po pierwszych zajęciach z niemieckiego. I w związku z tym, jaki poziom spotkałem, postanowiłem to tu opisać. Jestem w grupie średnio zaawansowanej (bardziej zaawansowana ma zajęcia w poniedziałek o 11, a ja mam wtedy logikę), ale w opinii naszej wykładowczyni grupy bardzo się nie różnią, ta lepsza robi tylko trudniejszy podręcznik, ale jest podobna do mojej. Cóż. Dzisiaj, gdy do niej podszedłem po zajęciach, powiedziała, że zbyt wiele się nie nauczę, że chodzi o to, bym się nie cofnął w rozwoju. No ale ok, o ile brak podstawowej znajomości niemieckiego jeszcze jestem w stanie zrozumieć (w końcu nie każdy miał ten niemiecki w szkole... ale zdarzają się ludzie, którzy zdawali maturę z niemca i twierdzą, że nic nie umieją. I w praktyce mają rację.), to angielski...

Nie mam tej wątpliwej przyjemności, żeby uczęszczać na najpopularniejszy język na świecie. Jako że w liceum realizowałem poziom B2+, postanowiłem zrezygnować z poziomu B1, o A2 już nie wspominając. Wydawać by się mogło, że angielski powinien być studentom bardzo dobrze znany. (skoro w naszej jawornickiej podstawówce miałem angielski już od 3 klasy podstawówki, to co dopiero w wielkim świecie) Cóż. Wygląda na to, że jednak system edukacji nie funkcjonuje najlepiej lub studenci nie przykładali wagi do nauki języków. Na czym opieram swoją opinię? Moi koledzy z roku pokazywali mi zadania, jakie mieli zrobić na swoich zajęciach. I tak grupa A2 - uzupełnianie form "I am, you are, he/she/it is". Szczena mi opadła. Natomiast grupa B1, poziom intermediate - czyli jak sama nazwa wskazuje średnio zaawansowany wygląda tak, że wykładowczyni czyta na głos tekst, a potem tłumaczy go słowo w słowo. Może się to jeszcze rozkręci, ale mimo wszystko trochę mnie to zszokowało.

Myślę, że to tłumaczy, dlaczego zrezygnowałem z nauki angielskiego. Kontakt z językiem tak czy siak będę miał. Niemiecki przyda mi się w późniejszej edukacji teologicznej. A to, że będę musiał więcej rzeczy robić samemu (ewentualnie prosić o pomoc bratową), to już zupełnie inna historia...

środa, 13 października 2010

Modlitwa

 וַאֲנִי עָנִי וְאֶבְיוֹן אֲדֹנָי יַחֲשָׁב־לִי
 עֶזְרָתִי וּמְפַלְטִי אַתָּה אֱלֹהַי אַל־תְּאַחַר׃

P.S. To w związku z pierwszymi zajęciami z hebrajskiego.

wtorek, 12 października 2010

mętlik w głowie

Cały mój wpis w momencie dodawania się skasował. Więc krótko: wielu rzeczy wciąż się uczę. Wiele rzeczy wciąż mnie przerasta, szokuje, frustruje, zniechęca. Ale z tymi Goliatami muszę walczyć. I z Bożą pomocą uda mi się ich pokonać.

Miało być dłużej, ale boję się, że znowu mi to wszystko zniknie. Więc na dzisiaj tyle. Jutro może będzie trochę dłużej.

P.S. Brakowało mi śpiewu. Dlatego śpiew na spotkaniu studenckim był bardzo krzepiący. Reszta... no cóż. Ale oddawanie chwały Bogu wiele mi dało;)

refleksyjnie przy spaghetti

Właśnie zjadłem spaghetti przygotowane głównie przez Bartka, ale i ja miałem swój udział w jego tworzeniu ;) Smakowało, oj tak. Za 45 minut pierwsze dzisiejsze zajęcia - podstawy pedagogiki i dydaktyki ogólnej. Zobaczymy. Potem jeszcze historia Kościoła powszechnego. Wtorek to w zasadzie najluźniejszy dzień na uczelni w całym tygodniu.

Przy okazji chyba wybiorę się na spotkanie studenckie. Społeczność jest czymś bardzo ważnym, póki co orientuję się w tym, co w Warszawie jest możliwe i z czegoś na pewno będę korzystał.

Wciąż uczę się tu oddychać. Powoli zbliżam się do dwóch tygodni spędzonych w centrum Warszawy i myślę, jak wiele rzeczy zmieniło się w moim życiu. Jak wiele rzeczy odkryłem, jak wiele spraw zostało przeze mnie docenionych, ale i jak wiele sfer związanych z przyszłością wciąż skrywa mgła. Stawiam również wiele pytań. Szukam we wszystkim Jego woli. Mimo, że wiele rzeczy czasem przekracza moje pojęcie i zrozumienie - staram się otwierać na Jego działanie. On musi wzrastać, ja stawać się mniejszym.

P.S. Bardzo cieszy mnie perspektywa powrotu do domu na weekend.

sobota, 9 października 2010

weekendowo

Gdy człowiek budzi się o 11, to ma poczucie, że jest to dobry dzień. Oraz dzień wyjątkowy ;) Po śniadaniu postanowiłem odkurzyć, Bartek zajął się łazienką i przez to nasz pokój wygląda już nieco lepiej. Dodatkowo dowiedziałem się, jak dostać się na Dworzec Centralny, zrobiłem małe zakupy w Złotych Tarasach.

Odwiedziłem również moją kuzynkę, gdyż dzisiaj obchodziła swoje urodziny. Mogłem spędzić bardzo miłe chwile w gronie rodziny i znajomych. "Sąsiedzi rządzą!" (i powoli zaczynam przekonywać się do małych dzieci...). Plus widok z mostu na Wiśle na nocną Warszawę - priceless :)

Jutro do kościoła, więc wypadałoby się położyć. Jest tu naprawdę fajnie. Lepiej, niż myślałem.

piątek, 8 października 2010

Nowy Świat

Warszawa jest ładna. Warszawa późnym popołudniem i wieczorem jest śliczna. Naprawdę. Byłem dzisiaj na Nowym Świecie. I nie dziwię się, że o tej ulicy powstawały nawet wiersze. Jest tam pewien szczególny klimat. Z pewnością zajrzę tam jeszcze nie raz.

Fajnie było powspominać stare czasy z Carolą, pogadać o jej studiach, o tym, że ja póki co się obijam ;) Odkryliśmy też kilka fajnych knajp, do których trzeba będzie zajrzeć w przyszłości. Ogólnie - weekend rozpoczęty bardzo udanie.

Dziś zakończył się cykl wykładów doktora Woltera. Pomimo moich najszczerszych chęci, miałem problem, żeby się skupić na tych głębokich teologicznych treściach. Chyba potrzebuję jeszcze trochę czasu, żeby wkręcić się w pełni w te klimaty. Zakupy w Tesco również były udane, w głównej mierze dzięki Bogusiowi :)

Obraz dnia dopełnia troska starszych studentów o to, by nasze panele w pokoju zostały umyte. Niestety, tym razem metoda Posejdona nie do końca wypaliła...

Dziś zakończę dzień jakimś filmem. I liczę na to, że jutrzejszy dzień będzie równie udany.

czwartek, 7 października 2010

pranie

Zapomniałem o czymś bardzo ważnym. Dziś po raz pierwszy zrobiłem pranie. Wiem, wiem, jak to brzmi. I zgadzam się w pełni. Ale kiedyś trzeba było się tego nauczyć;) I to kolejny dowód na powolne, acz idące do przodu usamodzielnianie się.

Thx Bartek :)

uroczyście i spacerowo

Ciekawy dzień. Dzisiaj była immatrykulacja. Dla niewtajemniczonych - uroczyste ślubowanie studenckie + odebranie indeksu z rąk rektora. Ks. prorektor wręczając mi indeks pyta: "pan Sztwiertnia, tak? W sumie to bez pytania rozpoznałem". ;). Hm. No to chyba rzeczywiście jestem podobny do mojego taty;) Ogólnie, uroczystość bardzo przyjemna, było dużo osób kolorowo ubranych, sporo biskupów, księży, rektorów, profesorów. Samo przywitanie zacnych osobistości trwało chyba z 10 minut. Ale przez to wszystko musiałem się w garnitur przebierać, a w sali synodalnej było bardzo gorąco... przeżyłem;)

Z dzisiejszą uroczystością wiąże się jeszcze jeden zabawny epizod. Otóż po zakończeniu staliśmy z chłopakami przed Chatem i czekaliśmy na Tabalugę (nasz kolega z roku). Gdy tam staliśmy, przechodził koło nas prymas senior. Ukłoniłem się, powiedziałem dzień dobry, a on "na papieroska, tak?". Ja: "nie". "Nie? To dobrze". I odszedł. Cóż. Niezły motyw;)

Dzisiejszy wyjątkowy dzień uczciliśmy również pod względem jedzenia - obiad w Pizza Hut, a kolacja w Burger Kingu. Mogłem również przy okazji pozwiedzać trochę Warszawę. Oraz Arkadię;) Pogoda naprawdę zachęca do długich spacerów. Gdyby tylko było trochę cieplej i ten cholerny zimny wiatr tak nie wiał... (ale wytrzymaliśmy z Jurkiem ten chłód)

Ogólnie, aklimatyzacja przebiega bardzo owocnie. Tylko jak będzie dalej? Weekend już zaplanowany. Ale potem nowy tydzień, zajęcia... póki co, wszystko jeszcze jest tu mgliste. Zdaję się na Boga. On to poprowadzi :)

P.S. Dzisiejszy wpis sponsoruje Pizza Hut, Burger King i Rondo Żaba. Muzykę zapewnia Switchfoot. "Dare you to move". Polecam! (dzięki Maja! ;))

I jeszcze jedno - zaczynam fascynować się Warszawą.

poniedziałek, 4 października 2010

posilony i pokrzepiony

Podczas dzisiejszej komunii usłyszałem od księdza słowa, które mnie bardzo dotknęły: "Zła się nie ulękniesz". Postanowiłem się tego uchwycić na okres studiów.

Ogólnie, nabożeństwo było bardzo wartościowym czasem (przy okazji mogłem przeczytać tekst z V Mż 6;4-9).

No i wielu ciekawych rzeczy dowiedziałem się podczas logiki. Podczas spotkania mieszkańców akademika również.

Jutro szykuje się ciekawy dzień - tzw. spadochroniarz. Dla niewtajemniczonych - wykłady doktora Woltera z Bonn. Egzegeza i teologia Nowego Testamentu z naciskiem na ap. Pawła. Może być ciekawie;) Ale póki co, pora na łóżko, lekturę Biblii, modlitwę i sen. "Zła się nie ulękniesz". Amen.

P.S. Specjalne podziękowania dla Bartka za ugotowanie pysznej kolacji (jajecznica, grzyby, ogóreczek) :)

na świeżo

Jestem już po pierwszych zajęciach. Za 50 minut kolejne. Póki co, spotkanie organizacyjne dotyczące języków natchnęło mnie pozytywnie. Otóż okazało się, że są na studiach osoby, które są jeszcze mniej przygotowane do studiów niż ja! Nawet ja wiem, że na studiach jest coś takiego jak plan studiów (mimo, że na Chacie jest niesamowicie nieczytelny...) i student powinien się z nim zapoznać. (osobiście uważam, że skoro umiem z niego skorzystać - to pierwszy dowód, że uczenie się samodzielności idzie mi coraz lepiej;)) Ale jak widać, niektórzy ludzie z innych kierunków mają i z tym problem. Przez 10 minut kobieta odpowiadała na ich pytania dotyczące godzin zajęć. A wystarczyło tylko przeczytać plan...

Bardzo mnie ten motyw zachęcił.

Niestety, jeżeli chodzi o języki, może być problem. Angielski na poziomie intermediate miałem już chyba pod koniec gimnazjum, więc postanowiłem wybrać niemiecki. Nasz kościół ma liczne kontakty z Niemcami, więc ogólnie rzecz biorąc, ten oto język może się przydać. I tu spotkało mnie małe rozczarowanie. Ze względu na logikę, którą mam o 11, nie mogę chodzić na grupę bardziej zaawansowaną, więc muszę chodzić z grupą mniej zaawansowaną. (na pocieszenie powiem, że wg wykładowczyni obie grupy są słabe, ta bardziej zaawansowana robi tylko trudniejszy podręcznik) Tak więc przede mną mało zaawansowany niemiecki na studiach. Cóż. Ale myślę, że Bóg ma w tym jakiś plan :)

Na razie tyle. Kończę, bo wg Bartka jestem egocentrykiem - zbyt dużo piszę o sobie. W takim razie być może kolejna notka będzie na temat logiki i innych fascynujących zajęć, które już za 20 minut...

P.S. Śniadanie złożone z chleba tostowego i pasztetu było naprawdę dobre :)

niedziela, 3 października 2010

coś nowego

Postanowiłem założyć bloga. Bloga małego studenta w wielkim mieście. Czemu? Hm. Zainspirowała mnie do tego moja koleżanka z zespołu, która również postanowiła opisywać swoje studenckie przygody.

Nigdy jeszcze bloga nie prowadziłem, więc może warto coś nowego utworzyć? Czemu nie.

Siedzę obecnie w akademiku w stolicy naszego pięknego kraju. Obawiałem się swojego wyjazdu, nie wiedziałem, czego się spodziewać. Teraz wygląda na to, że jest całkiem nieźle. Jutro pierwsze zajęcia. Zobaczymy. Może być ciekawie...

Póki co, tyle. Ale jeszcze się rozkręcę. Na koniec elementy dnia dzisiejszego, które utkwiły mi w pamięci:
- świeże chlebki rozdawane przez dzieci w kościele na Puławskiej
- pyszny obiad, podczas którego chyba trochę przekonałem się do ryb... (dzięki Tymek!)
- wartościowy czas rozmów z Edi i Tymkiem
- zaproszenie na obiad wystosowane przez Edi ;)
- wspólne śpiewanie liturgii z Bartkiem ;)
- ciekawe tematy podczas dyskusji z Armanim, Bogusiem i Darkiem

Po raz kolejny przekonałem się, jak wielki jest Bóg.