niedziela, 15 czerwca 2014

dźwięki spoza Zasłony - MWS

Tam, w środku, jest on. MWS. Niestety mój aparat nie powala na kolana...
Zagrał. Wreszcie zagrał w Polsce, wreszcie mogłem go zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy. Mimo, że zaśpiewał tylko kilka kawałków (Draw me close to you - nagłośnili go dopiero w połowie zwrotki..., You won't let go, Friends, Mighty to save, Christ be all around me - pięknie to wyszło!, Healing Rain, Above all, Agnus Dei - zdecydowany nr 1 koncertu - płyta pięknie śpiewała, Awesome God. To chyba wszystko... może coś mi umknęło.), to i tak dało się odczuć niezwykły klimat. Od małego czekałem na ten koncert. Było to jedno z moich największych życiowych marzeń. Inni jechali do Arnhem i mogli go tam osobiście poznać, ja próbowałem jechać do Wiednia i Budapesztu (nigdy się nie udawało...) - aż wreszcie dziś dane było mi tego doświadczyć.

Niestety, cała ta piękna chwila nie trwała dłużej niż 40 minut. Choć to i tak lepiej niż wcześniejsze zapowiedzi 4+2 kawałków. Nie był to klimat Coldplay (sorry, Michael, przyjedź do Polski po prostu na swój koncert - wtedy ich przebijesz), gdy cały stadion szalał z Xylobandami przez 105 minut. Był to klimat inny, bardziej wzniosły, stonowany, uspokojony. Patrzyłem na mojego idola, moją muzyczną inspirację, tego, który towarzyszył mi przez całe moje świadome życie. I żałuję teraz, iż było to jak mrugnięcie oka. Ale może właśnie życie takie jest - to, co tak cenne i inspirujące, trwa tylko chwilę. Trzeba korzystać więc z tego, co było nam dane by działać i inspirować tych, którzy są nam dani na dłuższy czas.

Michael towarzyszył mi w chwilach dobrych i złych, w trakcie uwielbienia, randek, podróży do szkoły, porannego wstawania, zawsze pojawiał się na pierwszym miejscu w rubryce "ulubiony artysta/zespół". Mimo odkrycia wielu wartościowych, wspaniałych muzyków, mimo różnych gatunków muzycznych tak mi bliskich, on od kilkunastu lat ciągle pozostaje nr 1. Nieskromnie powiem, że w moim odczuciu to jego największy sukces - utrzymać się na topie listy Kaczorka Pitorka :P

Jego najnowsza płyta "Sovereign" po prostu miażdży. Jest dla mnie szczególna, z wieloma tekstami mocno się utożsamiam, dotykały mocno moich emocji i myśli, z którymi borykam się w ostatnim czasie. To nieprawda, że Michael skończył się na Worshipach. Nadal tworzy kapitalne kompozycje, "Sovereign" jest jedną z najlepszych jego płyt, spokojnie utrzymującą poziom "I'll lead you home", "This is your time", "Go west young man" czy legendarnego "Eye to I" (mimo iż jest tak różna od poprzednich). Tym, co pozwala mi się płyty tak mocno uchwycić, jest nadzieja, która bije od niemal każdego kawałka płyty. Nie opuszczasz nas, pozwalasz nam doświadczać cudów, jesteś dookoła nas, panujesz nad nami, w Tobie możemy się ukryć, złożyć na Ciebie wszystko to, co nas przerasta - takie modlitewne przesłanie - niezwykle dziękczynne z niej wypływa. Proste, głębokie, szczere i muzycznie piękne.

Dziękuję Bogu za Michaela Whitakera Smitha. Dziękuję Bogu za to, że mój brat zaszczepił we mnie tę piękną muzykę. Jestem wdzięczny, iż mogłem dziś wraz z moim idolem oddawać Bogu chwałę. Daj Boże jeszcze kiedyś to powtórzyć...