niedziela, 8 stycznia 2012
Tęsknię, babciu
Dziś ok. godziny 8.45 moja babcia Hania zasłabła w kościele, tuż przed nabożeństwem. Mimo błyskawicznej próby reanimacji, przyjazdu karetki reanimacyjnej, zmarła.
43 lata temu została wdową, mając 41 lat. Od tamtego momentu była najlepszą przyjaciółką mojej mamy. Poświęciła się jej wychowaniu, pracując również w goleszowskiej cementowni.
20 lat temu, kiedy się urodziłem, zamieszkała z nami. By móc opiekować się mną, gdy moi rodzice pracowali, a starsze rodzeństwo było w szkole.
I większość moich wspomnień z dzieciństwa jest związanych z nią (oraz z drugimi dziadkami). Pamiętam, jak bardzo chętnie chodziliśmy na spacery, zawsze powtarzałem jej "Babciu, idziemy na spacer, bo się udusimy" - zawsze mi powtarzała, że na polu jest zdrowe, świeże powietrze, którego potrzebujemy.
Może ktoś powie - umarła ci babcia, no przykro mi, ale to przecież nie rodzic, nie żona, nie dziecko. Ale dla mnie babcia była kimś więcej niż tylko babcią. Była osobą, która niesamowicie mnie inspirowała, niezwykle dawała do myślenia, wielokrotnie zawstydzała swoją gorliwą postawą, swoim zapałem pomimo schorowania i upływu lat.
Wiem, że była osobą, która zawzięcie się o całą rodzinę (szczególnie o wnuki) modliła. Mimo tego, iż miała problemy ze strunami głosowymi, zawsze chętnie i głośno śpiewała. Szczególnie swoją ulubioną pieśń - "Za Jezusem chętnie powędruję". Nawet, gdy czuła się gorzej, nie szła do kościoła, to brała śpiewnik, postyllę i robiła sobie domowe nabożeństwo. Śpiewała pieśni przeznaczone na daną niedzielę i potem czytała kazanie. Nic nie było w stanie uniemożliwić jej przeżywania społeczności z jej Panem. Aż do dziś. Choć... przecież teraz jest już z Nim, prawda?
Babcia kapitalnie gotowała. Kapitalnie piekła. Naprawdę, przepraszam inne babcie na świecie, ale żadna z nich nie pichciła przysmaków tak dobrych, jak babcia Hania. I jest mi teraz wstyd, że tak często wybrzydzałem i nie chciałem jeść tego, co przygotowała. Zawsze starała mi się dogodzić, robiła na obiad to, co bardzo lubię (szczególnie kiedy wracałem z Warszawy - robiła rarytasy, o których na studiach mogłem tylko pomarzyć). Zawsze pytała mojej mamy, czy nie dzwoniłem. Kiedy przyjeżdżałem do domu, już od progu mnie witała i wypytywała, jak radzę sobie na studiach. Kiedy ubierałem garnitur, za każdym razem powtarzała "ale jest z ciebie elegant!". Czułem, że jest ze mnie dumna.
Odkąd pamiętam, babcia narzekała na bolące kolana. Próbowała różnych rzeczy - pokrzyw, końskich maści i innych, ale nic nie skutkowało, sytuacja tylko się pogarszała. Mimo to, babcia zaciskała zęby, szła dzielnie do kościoła. W ostatnich miesiącach po domu poruszała się z balkonikiem, ale nie zmieniło to faktu, że do końca była aktywna. Oprócz problemów z kolanami, babcia cierpiała na zespół Cieśni. To, co tak kochała - gotowanie, pieczenie, sztrykowanie (z tego ostatniego musiała zrezygnować najwcześniej) zaczęło być problemem. Drętwienie rąk, problem ze zginaniem palców było kwestią nie do przeskoczenia. Ale pomimo tego za każdym razem pytała mojej mamy, w jaki sposób ma jej pomóc, przynajmniej raz w tygodniu padało pytanie "to co dzisiaj pieczemy?". Umiała walczyć z przeciwnościami losu, nie poddawała się, zawsze dawała z siebie wszystko i to, co najlepsze.
Bardzo cieszyła się, gdy miała możliwość przebywać ze swoimi prawnukami. Była wzruszona, kiedy Kubuś kładł jej koc na nogi i głaskał nogi, powtarzając "to żeby cię mniej bolało, babciu". Jestem pewien, że wnuki i prawnuki były dla niej olbrzymim źródłem radości. Nawet, gdy czuła się fatalnie, mobilizowała się do wysiłku, do upieczenia choćby ptyśków dla wnuków, bo wiedziała, jak im to smakuje. Była w stanie zrobić niemalże wszystko dla ich uśmiechu, radości. Pamiętam, jak wieczorami mnie pilnowała (rodzice czasem gdzieś jeździli w odwiedziny), stawała nad moim łóżeczkiem i modliła się ze mną, żebym spokojnie zasnął i żeby rodzice bezpiecznie wrócili do domu. Była bohaterką wiary, bojownikiem modlitewnym. Zawsze pomagała potrzebującym. Jeszcze dzisiaj, przed wyjściem do kościoła pytała mojej mamy, czy rozmieniła jej pieniądze, "bo przecież trzeba rzucić coś do skrzynki Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy!".
Mieliśmy z babcią jechać do dentysty, planowaliśmy ten wyjazd. Pomimo 83 lat, wszystkie zęby, jakie miała, były jej zębami, nie miała implantów ani sztucznej szczęki. Co sprawiało, że jej naturalne zęby miały zdolność do łamania się. Czasem wyglądała komicznie z ułamaną jedynką ;) nie omieszkała się tym oczywiście pochwalić, mówiąc "Piotruś, popatrz, jak babcia ślicznie wygląda!". Wiem, że zawsze byłem dla niej małym, kochanym i uśmiechniętym Piotrusiem, którego woziła po Wiśle w wózku. Kiedy przypomnę sobie sytuacje, w których byłem wobec niej nieposłuszny, nie chciałem się do niej odezwać... jest mi niesamowicie wstyd.
Babciu, chciałem przeprosić cię za to, że czasem nie chciałem powtórzyć czegoś drugi lub trzeci raz, bo już niestety nie słyszałaś za dobrze, przepraszam, że czasem wracałem tak późno do domu, a ty nie mogłaś ze stresu spać, przepraszam, że tak mało czasem się do ciebie odzywałem. Przepraszam, że nie miałem cierpliwości, by cię zapoznać z obsługą nowego telewizora. Przepraszam, że tak rzadko mówiłem, że cię kocham. Przepraszam, że w dzisiejszy poranek nie powiedziałem ci "dzień dobry", bo jak zwykle, wstałem za późno i ty już zmierzałaś do kościoła. Przepraszam (i to chyba jedyna rzecz, o jaką mam żal do Pana Boga), że się z tobą nie pożegnałem. Strasznie już za tobą tęsknię. Strasznie mi ciebie brakuje. Strasznie tu u nas pusto teraz bez ciebie.
Wiem, babciu, że już cię teraz nogi nie bolą, że ręce już ci nie cierpną, że wszystko dobrze widzisz, słyszysz i możesz znowu pięknie śpiewać. Wiem i dziękuję Bogu, że nie musiałaś cierpieć i w żaden sposób czuć się dla nas ciężarem. Ale tęsknię. Już nigdy nie zobaczę twojego uśmiechu, nie usłyszę charakterystycznego śmiechu, już nigdy nie usłyszę wołania "Piotrek, wstawaj już! Strasznie długo śpisz! Już 12!", już nigdy nie będziesz oglądała swoich ukochanych "Barw Szczęścia" i "M jak Miłość", już nigdy nie będę cię prowadził pod ramię, prowadząc cię do kościoła. Już nigdy nie przyniosę ci aparatu do mierzenia ciśnienia, nie zagrzeję ci frankfuterek, już nigdy nie zawiozę cię do Bielska, żebyś mogła spotkać się z ciocią Halusią. Już nigdy nie zawiozę cię do fryzjera, żeby zrobił ci piękną trwałą. Nie usłyszysz mojego pierwszego kazania.
Kiedy dzisiaj rano siadałem do ławki, nieco skonsternowany, że jestem w niej sam (przychodzę do kościoła za pięć 9, a wtedy moja mama i babcia zwykle siedzą w ławce), miałem nadzieję, że po prostu robisz sobie z ciocią i mamusią żart (bardzo lubiłaś się śmiać i żartować) i siedzicie w innej ławce. Bałem się, że coś ci się stało, ale starałem się nie myśleć, że to może być prawdą. Niestety, Pan Bóg zadecydował inaczej. I wiem, że chętnie za Nim dzisiaj powędrowałaś do Jego królestwa.
Babciu, dziękuję ci za wszystko. Za to, kim byłaś, jak wychowałaś moją mamę, jak żyłaś w zgodzie z moim tatą, jak rozpieszczałaś swoich wnuków i za to, jak niesamowitym świadectwem byłaś dla nas wszystkich. Bardzo, bardzo za tobą tęsknię. Nie umiem opanować łez.
Początkowo miałem nie być na roczku mojej bratanicy, bo miałem być w Warszawie. Ale w związku ze śmiercią babci, jej pogrzebem, zostaję w domu na cały kolejny tydzień, więc będę również na roczku Emilki. Moja mama powiedziała dzisiaj: "babcia załatwiła ci, że będziesz na roczku". Owszem, tak, babciu. W pewien sposób to załatwiłaś. Ale... wolałbym, żebyś ty była na roczku Emilki, a nie ja. Bo ja miałem przyjechać w następnym tygodniu i mieliśmy znowu się zobaczyć. A tak... to zobaczymy się dopiero w niebie. A ja już za tobą tęsknię. I bardzo, bardzo cię kocham.
P.S. Dziękuję wam wszystkim, od których dostałem jakieś ciepłe słowo, uścisk, zapewnienie o modlitwach. Wiecie, to ma wielką moc. Sam czasem składam kondolencje i zastanawiam się, czy to cokolwiek daje, bo człowiek zapewne słyszy takich słów kilkadziesiąt i potem już przestaje to dla niego mieć znaczenie. Dzisiaj wiem, że jest inaczej. Dzięki za wsparcie, niech was Pan błogosławi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
