wtorek, 12 listopada 2013

Gorączka medialna - kaczorek-ekolog cz.2


Pierwszy raz doświadczyłem na własnej skórze gorączki medialnej - i udało mi się dostać w sam jej środek. Wszystko ze względu na niezwykłe postanowienie Yeb'a Sano, przedstawiciela delegacji Filipin, który w swoim emocjonalnym przemówieniu podczas otwarcia COP19 postanowił podjąć post (polskie media nazwały to niefortunnie i niewłaściwie strajkiem głodowym) ze względu na to, że jego brat, doświadczony przez straszny kataklizm nic nie jadł od kilku dni. Swoją postawą Yeb chce dotrzeć do decydentów szczytu klimatycznego by osiągnąć jakieś znaczące postanowienia. Postawa z pewnością szlachetna, odważna - tyle że czy coś to przyniesie? I zanim ktoś stwierdzi że jestem nieczuły, brak u mnie empatii etc. chciałbym powiedzieć, że rozumiem heroiczny akt Yeb'a. Tyle że obawiam się, iż COP19 nie podejmie żadnych znaczących decyzji (wszystko jest przygotowane pod COP21 w Paryżu, który ma przynieść jakieś konkretne decyzje, redukcję emisji gazów cieplarnianych od 2020 roku). Boję się, że media zrobią z Yeb'a czystą sensację medialną, o której zapomną jeszcze w trakcie trwania szczytu.

Dlatego też część organizacji postanowiła wesprzeć Yeb'a w jego postanowieniu i dołączyła do dobrowolnego postu. Również Światowa Federacja Luterańska postanowiła utworzyć łańcuch postu, do którego zaprosiła Światową Radę Kościołów, Act Alliance oraz również organizacje międzyreligijne. Również luteranie na całym świecie zachęceni są do dobrowolnej solidarności z Yeb'em i do jednodniowego postu.

I mimo, że idea stara się być jak najmniej łączona religijnie (by w mniemaniu niektórych nie urazić grona osób, które nie są związane z jakimkolwiek wyznaniem), ja uważam, iż należy podkreślić fakt zakorzenienia postu w chrześcijańskiej tradycji. Podczas krótkiej rozmowy z arcybiskupem prawosławnego Kościoła Zimbabwe zostałem pokrzepiony i niezwykle zainspirowany jego pojmowaniem postu. Odwołując się do Biblii, tradycji kościelnej Serafim Kykotis zwrócił uwagę, że post nie może być traktowany jedynie jako wydarzenie medialne, by jakoś zaistnieć czy coś (a tak czasem próbuje się go sprofanować). Przede wszystkim post to czas nie tylko wstrzemięźliwości cielesnej. Człowiek poświęca również więcej czasu na modlitwę. Komunikuje się z górą, by Duch Święty zstąpił na dół. Niezwykle sugestywny opis. Wytłumaczył to tak prosto, że zostałem poruszony jego bezpośredniością. Wierzę, że właśnie ten Duch Święty kierował jego słowami.


Tym samym zachęcam również was do postu. Nie tylko by solidaryzować się z Filipinami i innymi krajami, które obecnie doświadczają piekła na ziemi. Ale również po to, by nadać (a może w sumie przede wszystkim?) temu duchowy sens, pewną niepowtarzalną atmosferę niezwykłego spotkania z Bogiem, oczekiwania na działanie Jego Ducha. Nie po to, by zwrócić na siebie uwagę mediów. By modlitewnie wspierać tych, którzy cierpią, doświadczają bólu ale i by samemu odnaleźć w Bogu uciszenie i wzmocnienie. Taki post, taka solidarność mnie przekonuje. Do takiego postu bardzo chętnie dołączę. Aby kontemplować, wyciszyć się, skoncentrować na tym, co jest najważniejsze. Z dala od polityki, zgiełku mediów, blasku fotoreporterów, wywiadów, radości z tego, że ktoś nas zauważył. Wierzę, że właśnie czegoś takiego oczekuje od nas Bóg.

poniedziałek, 11 listopada 2013

kaczorek-ekolog = COP19 cz.1

Szybkie pierwsze spostrzeżenia z COP19 na Stadionie Narodowym.

Pierwsze wrażenie COP19 – to jest tak ogromne! Gdzie pójść najpierw? Gdzie potem? Tyle ludzi różnych narodowości, ras, religii, politycy, delegaci spoza rządów. Około 15-20 tysięcy ludzi. Imponujące. I gdzieś w środku – ja, mały student teologii Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce. Sprawiedliwość klimatyczna, emisja węgla, obniżenie jego zawartości, próba wpływania na negocjacje, zmiana klimatu, katastrofa na Filipinach – te słowa są odmieniane na wszystkie możliwe sposoby przez delegatów...

Szczyt ma znaleźć odpowiedź, rozwiązanie na zmiany klimatyczne. Ale czy rzeczywiście tak jest? Czy rzeczywiście wszyscy mają na uwadze klimat, ludzi cierpiących w związku z emisją gazów cieplarnianych? Może patrzymy tylko na własny interes – tylko by uniknąć wyższych podatków i opłat za emisję węgla, tylko by przyzwyczaić się do zmian klimatu – bo to przecież w końcu nieunikniony proces, może by uzyskać nieco więcej kasy podczas negocjacji… Dlaczego cała uwaga Polaków skupia się na Marszu Niepodległości a nie na zagadnieniu: „co Polska, co Polacy mogą zrobić by ograniczyć np. emisję tych szkodliwych gazów?”

A może to wszystko nasza wina? Może środowisko nas nie obchodzi? Może pomysły oszczędzania wody, recyklingu, nie wyrzucania plastiku do pieca nas nie interesują? Może inni powinni to robić? Może tylko ekolodzy powinni się tak zachowywać? Czemu chrześcijanie mają się zajmować ekologią? Czemu klimat powinien ich interesować?

Może takie pytania są stawiane w polskim luterańskim Kościele. Dyskusja dotycząca środowiska nie jest domeną synodu. Skupiamy się przecież na innych, bardzo ważnych zresztą, tematach. Ale czy środowisko nie jest istotne? Czy temat odpowiedzialnego zachowania wobec ziemi nie występuje w Biblii? Siedząc w sali plenarnej i obserwując ludzi zastanawiam się – co ja, mały student z Polski, mogę zrobić dla środowiska? Powinienem zostać wegetarianinem? Może powinienem brać krótsze prysznice?

Ale może powinienem również mniej konsumować? Czy potrzebuję wszystkiego, czego używam i nawet jeżeli – czy rzeczywiście powinienem tego używać w tak dużych ilościach? Ile jedzenia zdarza mi się marnować? To tylko moje refleksje. Mogą wydać się śmieszne. Ale ja naprawdę chciałbym zobaczyć że coś zmienia się w polskiej mentalności. Naprawdę chciałbym być pewien, że moje dzieci i wnuki będą w stanie żyć na tej planecie – że coś dla nich zostawimy. Jest pewne stare powiedzenie: nie odziedziczyliśmy Ziemi od naszych dziadków i rodziców. Pożyczyliśmy ją od naszych dzieci i wnuków. Będziemy w stanie oddać ją im w przyszłości?

Postaram się znaleźć na to odpowiedź. Bądźcie na bieżąco.

poniedziałek, 4 listopada 2013

zacisze

Marzycie czasem by znaleźć się w miejscu, gdzie słychać ciszę?
Szukacie spokoju, odosobnienia, prywatności, intymności?
Istotny jest dla was komfort, przytulność, zaciszna atmosfera?

Jeżeli tak, to nie będziecie mieli problemu zrozumieć mojego dzisiejszego posta. Miniony weekend był wyjątkowy. Bardzo udany. Cechował się sporą intensywnością zdarzeń, każdego dnia działo się coś innego, niepowtarzalnego, nie było czasu na nudę. Ma to swoje plusy i minusy, tych pierwszych było jednak zdecydowanie więcej.

Chcę się tym razem skupić na jednej migawce, jednym wspomnieniu. W sobotę uczestniczyłem w niezwykłych odwiedzinach. Śliczny domek położony na urokliwym uboczu, Dom, w którym czuć zapach aromatycznej kawy. Dom pełen życia, okrzyków, wypowiadanych historii oraz wyśpiewywanych piosenek przez uroczego malca. Te historie nie biorą się znikąd - są owocem czasu poświęconego przez mamę oraz dziadków, symbolem szczęśliwego, pięknego dzieciństwa. Są dowodem na miłość, poświęcenie, oddanie, bliskość.

Dom jest przytulny. Dający sposobność by zarówno pogrążyć się w pięknej, otaczającej go przyrodzie, ale i by zaszyć się w potrzebie zadumy, schronienia przed napierającą rzeczywistością. Czuć ciepło - nie tylko dlatego, że konstrukcja jest dobrze docieplona. Ciepło bije ze ścian, zbioru książek, architektonicznych detali - ale co najważniejsze - przede wszystkim z twarzy domowników.

Dom, który przyjął mnie (i moich znajomych) tak serdecznie, otwarcie - i relację z domownikami przeniósł na inny poziom. Dom, który po raz kolejny zaprasza. I mam nadzieję, że po raz kolejny uda mi (nam) się stanąć w jego progach. Dom. Zacisze. Szczególne miejsce.

P.S. Coś czuję, że będę za takim zacisznym miejscem w najbliższej przyszłości wyjątkowo tęsknił - szykuje się intensywny listopad. Na szczęście można snuć plany na to, co będzie potem (o ile Pan Bóg pozwoli na ich realizację) - oby znowu mogło być (tym razem w innej scenerii, z innymi bohaterami) zacisznie, blisko, ujmująco.