Był to też czas, kiedy często stałem z przodu, kiedy niemal bez ustanku mówiłem, śpiewałem, świadczyłem. Dawałem. Ludzie patrzyli na mnie, słuchali, być może wyciągali wnioski, być może czuli się zbudowani, a być może się do mnie zrażali. Niemniej jednak - tym razem to ja byłem tym, od którego czegoś oczekiwano, którego słuchano, byłem narzędziem, którym Bóg miał budować słuchaczy.
I teoretycznie powinienem się do tego przyzwyczajać - do rosnącej odpowiedzialności, do słuchaczy, do publicznego dzielenia się swoimi przemyśleniami i przekonaniami. Coraz częściej tak jest, a będzie tego jeszcze więcej, to dopiero początek. Jestem tego świadomy. Ale... zaczynam odczuwać presję. Presję oczekiwań - podobno poprzeczkę postawiłem sobie dosyć wysoko. Wiadomo już, na co mnie stać, raczej dobrze radzę sobie z wyzwaniami. Usłyszałem wiele pozytywnych opinii na swój temat. Tak wiele, że nie wiem co z nimi zrobić. Trochę się ich boję - bo pochlebstwa są motorem napędowym pychy. A pycha, jak wiadomo, poprzedza upadek.
Dzięki jednak Bogu za Jego Słowo, przeznaczone na sobotę 3. sierpnia:
Jak długo wzbraniać się będziesz, by się przede mną upokorzyć? 2 Mż 10,3
Każdy, kto siebie wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Łk 18,14
Ostatni czas mógł obfitować w pewne duchowe uniesienia, poczucie, że Bóg jest bardzo blisko, że jest tak jakoś bardziej. Że można było podładować duchowe baterie. Że te modlitwy były prawdziwsze, uwielbienie było bardziej szczere, że wreszcie na wierzch wyszły tak bardzo potrzebne emocje. No i że w tym wszystkim na przedzie byłem ja - bo to ja głosiłem Słowo, bo to ja opowiadałem o Bogu, bo to mnie ludzie dziękowali za moją służbę. Bo to przeze mnie Bóg działał. Lubimy tego typu egocentryzm. Niby wszystko się zgadza - Słowo Boże jest zwiastowane, Bóg działa poprzez Dobrą Nowinę, no ale tego wszystkiego by nie było, gdyby nie my. I kluczowym elementem układanki stajemy się... my. Podobnie jak i kluczowa staje się nasza decyzja, by służyć Bogu, by oddawać Mu swoje życie.
Ale czy tak właśnie ma być? Czy to my mamy być w centrum? Czy to nasza decyzja staje się najważniejsza? Myślę że nie. Dlatego że to Bóg jest Tym, który pierwszy wyciąga do nas rękę, jest Tym, który nas wybiera, jest Tym, który nas szuka, dla którego jesteśmy cennym skarbem. Niezwykle cenna okazała się dla mnie chrystologiczna interpretacja przypowieści o ukrytym skarbie i perle (tekst kazalny z ostatniej niedzieli), którą zwiastował ksiądz James Irwin, duchowny z Lincoln w Nebrasce. Jak co roku podczas swojego pobytu w Polsce na obozie miał kazanie. Jak co roku wykorzystywał pewne wizualne pomoce by łatwiej przedstawić zebranym treści zawarte w zwiastowaniu. Jak co roku miałem okazję go tłumaczyć. I byłem poruszony jego kazaniem. Było proste, konkretne, treściwe. I jednocześnie niezwykle mi bliskie.
Bo ja nie czuję się na siłach, by opowiadać się po stronie wielkiego, niezmiennego, świętego Boga. Grzech, który we mnie tkwi, który tak często zniechęca ludzi patrzących na mnie, stoi mi na przeszkodzie. O własnych siłach nie jestem w stanie Go wybrać. Ale to, co mnie pociesza, to fakt, iż to On opowiada się po mojej stronie. To On daje mi talenty, które mogę wykorzystywać w służbie dla Niego. To On obdarza mnie swoim Duchem Świętym, który daje fajne pomysły jak ciekawie przekazać ewangeliczną treść. To On pozwala mi się Jego ręki uchwycić, to On pomaga zaufać. To On stoi na parterze z otwartymi ramionami i czeka na mój skok.
To On daje kolejne szanse. To On cierpliwie znosi moje trudne pytania, moje kryzysy. I co chyba w tym momencie dla mnie najważniejsze - po takim intensywnym okresie, dla wielu ludzi wspaniałym okresie uniesienia, On daje nadzieję, że skoro wzmocnił innych, skoro inni czuli Jego działanie, to i mnie pozwoli w nieco innym miejscu, w nieco inny, spokojniejszy sposób odczuć swoją obecność.
I na koniec tego przydługawego wpisu: dziękuję Panu Bogu za twórczość Michaela W. Smitha. Ostatnio częściej słucham płyty "I'll lead you home" i znajduję w niej wiele niezwykle cennych momentów. I niech właściwym podsumowaniem posta będzie modlitwa "Breathe in me" - w wolnym tłumaczeniu "tchnij we mnie Ducha", "włóż swe tchnienie".
Niczym w Adama, tak teraz we mnie. Potrzebuję Twojej obecności, potrzebuję Twojego wsparcia każdego dnia. Potrzebuję, byś we mnie wzrastał. Potrzebuję pokory, którą miał Twój syn. Tchnij swego Ducha.
Jak długo wzbraniać się będziesz, by się przede mną upokorzyć? 2 Mż 10,3
Każdy, kto siebie wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Łk 18,14
Ostatni czas mógł obfitować w pewne duchowe uniesienia, poczucie, że Bóg jest bardzo blisko, że jest tak jakoś bardziej. Że można było podładować duchowe baterie. Że te modlitwy były prawdziwsze, uwielbienie było bardziej szczere, że wreszcie na wierzch wyszły tak bardzo potrzebne emocje. No i że w tym wszystkim na przedzie byłem ja - bo to ja głosiłem Słowo, bo to ja opowiadałem o Bogu, bo to mnie ludzie dziękowali za moją służbę. Bo to przeze mnie Bóg działał. Lubimy tego typu egocentryzm. Niby wszystko się zgadza - Słowo Boże jest zwiastowane, Bóg działa poprzez Dobrą Nowinę, no ale tego wszystkiego by nie było, gdyby nie my. I kluczowym elementem układanki stajemy się... my. Podobnie jak i kluczowa staje się nasza decyzja, by służyć Bogu, by oddawać Mu swoje życie.
Ale czy tak właśnie ma być? Czy to my mamy być w centrum? Czy to nasza decyzja staje się najważniejsza? Myślę że nie. Dlatego że to Bóg jest Tym, który pierwszy wyciąga do nas rękę, jest Tym, który nas wybiera, jest Tym, który nas szuka, dla którego jesteśmy cennym skarbem. Niezwykle cenna okazała się dla mnie chrystologiczna interpretacja przypowieści o ukrytym skarbie i perle (tekst kazalny z ostatniej niedzieli), którą zwiastował ksiądz James Irwin, duchowny z Lincoln w Nebrasce. Jak co roku podczas swojego pobytu w Polsce na obozie miał kazanie. Jak co roku wykorzystywał pewne wizualne pomoce by łatwiej przedstawić zebranym treści zawarte w zwiastowaniu. Jak co roku miałem okazję go tłumaczyć. I byłem poruszony jego kazaniem. Było proste, konkretne, treściwe. I jednocześnie niezwykle mi bliskie.
Bo ja nie czuję się na siłach, by opowiadać się po stronie wielkiego, niezmiennego, świętego Boga. Grzech, który we mnie tkwi, który tak często zniechęca ludzi patrzących na mnie, stoi mi na przeszkodzie. O własnych siłach nie jestem w stanie Go wybrać. Ale to, co mnie pociesza, to fakt, iż to On opowiada się po mojej stronie. To On daje mi talenty, które mogę wykorzystywać w służbie dla Niego. To On obdarza mnie swoim Duchem Świętym, który daje fajne pomysły jak ciekawie przekazać ewangeliczną treść. To On pozwala mi się Jego ręki uchwycić, to On pomaga zaufać. To On stoi na parterze z otwartymi ramionami i czeka na mój skok.
To On daje kolejne szanse. To On cierpliwie znosi moje trudne pytania, moje kryzysy. I co chyba w tym momencie dla mnie najważniejsze - po takim intensywnym okresie, dla wielu ludzi wspaniałym okresie uniesienia, On daje nadzieję, że skoro wzmocnił innych, skoro inni czuli Jego działanie, to i mnie pozwoli w nieco innym miejscu, w nieco inny, spokojniejszy sposób odczuć swoją obecność.
I na koniec tego przydługawego wpisu: dziękuję Panu Bogu za twórczość Michaela W. Smitha. Ostatnio częściej słucham płyty "I'll lead you home" i znajduję w niej wiele niezwykle cennych momentów. I niech właściwym podsumowaniem posta będzie modlitwa "Breathe in me" - w wolnym tłumaczeniu "tchnij we mnie Ducha", "włóż swe tchnienie".