Przy okazji 1. września to dzień rozpoczęcia roku szkolnego (w tym roku jest nieco inaczej - ale to akurat mało istotne). Pamiętam że gdy byłem młodszy to 31. sierpnia modliłem się o to, by 1. września nie nadszedł, tak bardzo nie chciałem końca wakacji, tak bardzo nie chciałem iść do szkoły.
Od małego lubiłem pytać moich dziadków, wujków (szczególnie wujka Ludwika) o to, jak przebiegała wojna, co się z nimi działo, jak to wszystko wyglądało. Patrząc na to z perspektywy czasu, jestem dla nich pełen podziwu, że chcieli mi o tym opowiadać. Babcia opowiadała, jak 1. września w Goleszowie rozległy się syreny, cementownia stanęła, niedługo później wjechało wojsko niemieckie i zaczęła się okupacja. Hitlerowcy utworzyli w Goleszowie w okolicach kamieniołomu filię obozu w Auschwitz - Golleschau. Czasem moja babcia ze swoim rodzeństwem pomagała więźniom, rzucając im jedzenie. Tyle że taka pomoc karana była śmiercią - czasem żołnierze strzelali w ich kierunku, raz babcia została mocno pobita przez jednego SS-manna. Niewiele brakowało, by została wysłana jako 14-letnia dziewczyna do Niemiec do jednej z niemieckich rodzin by tam przejść germanizację (ciekawe jak wtedy potoczyłyby się losy naszej rodziny). Nie umiem sobie tego wyobrazić. Na szczęście żona jednego goleszowskiego gospodarza zgodziła się wziąć ją na służbę, więc babcia została w swojej rodzinnej miejscowości.
Inaczej potoczyły się losy jej męża (wtedy jeszcze nie, dzieliła ich różnica 25. lat, pobrali się po wojnie), mojego dziadka, którego nigdy nie miałem okazji poznać. Całą wojnę spędził w obozach koncentracyjnych, przez miesiąc był w Auschwitz, potem trafił do Dachau (o ile dobrze pamiętam, podmonachijski obóz był pierwszym obozem koncentracyjnym w Niemczech, utworzony w 1933 roku). Z opowieści babci wynikało, że przeżył taką traumę, że o tym co przeżył, generalnie o wojnie nic nie mówił. Jedyne, co babci udało się od niego wyciągnąć to fakt, że księża katoliccy otrzymywali paczki, w których były m.in. ziemniaki, ale nie chcieli się nimi dzielić. Nic więcej nie chciał powiedzieć.
Drugi dziadek był za to na froncie. Opowiadał mi kiedyś, że miał karabin, ale nigdy do nikogo nie strzelił.
Ostatnio przy okazji praktyk w Bydgoszczy miałem okazję trzymać w swoich rękach oryginały listów księdza tamtejszej parafii wysłanych podczas uwięzienia w Oranienburgu (również obóz koncentracyjny) i Dachau. Było ich kilkanaście, pierwsze z 1940 roku, ostatnie z 1944. Pełne czułości zwroty, troska o najbliższych oraz nadzieja na to, że Bóg się zatroszczy o losy jego i jego rodziny. Ów duchowny przeżył wojnę, przeżył eksperymenty pseudonaukowe. Ale niewiele brakowało, by w drodze do domu, jadąc pociągiem, zginął. Jeden z podróżnych chciał go okraść, przy okazji wyrzucając go z pędzącego pociągu do rzeki. Ksiądz cudem przeżył tę sytuację i powrócił do domu.
Ale znam również historie z mojej rodziny, gdy ojciec rodziny, mąż, syn nie wrócili. Padli na froncie, w więzieniu, w obozie koncentracyjnym. Inni tracili cały majątek, musieli całą wojnę się ukrywać, za swoją działalność po wojnie nie mogli uczyć się, studiować, byli niejednokrotnie wrogami systemu. Niezwykłą ironią losu był fakt, iż wyzwoliciel tuż po wojnie stał się okupantem. I w opinii wielu ludzi wojna, która skończyła się w 1945 roku nie zakończyła okupacji. Czy to prawda? Nie mnie to oceniać.
Bo ja nie żyłem w tych czasach. To nie ja musiałem chować się w piwnicy podczas nalotu. To nie mnie groziła wywózka do Niemiec. To nie mnie prześladowano za używanie w miejscu publicznym języka polskiego. To nie mnie bito, torturowano w obozach koncentracyjnych. To nie ja jadłem obierki, cierpiałem głód. To nie ja bałem się, czy dożyję jutra, czy ujrzę jeszcze moją żonę. I kiedy myślę o tych wszystkich przeżyciach, ludzkich tragediach i dramatach - wtedy jestem w stanie zgodzić się z moją babcią, która powtarzała, że nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, co oni wówczas przeżywali. Zawsze denerwowała się, gdy zostawiałem resztki z (pysznego zresztą) obiadu. Nie mogła zrozumieć faktu, że marnotrawi się jedzenie. Znała jego wartość - przez 6 lat nie miała okazji zjeść porządnego posiłku. A i po wojnie nie było o to łatwo.
Dziś problemem jest brak wi-fi, zasięgu, zbyt wolny komputer, obraz bez jakości HD. Mam wrażenie i widzę to po sobie, że moje pokolenie jest zdecydowanie słabsze fizycznie jak i psychicznie. Nie mam złudzeń, że nie poradziłbym sobie z funkcjonowaniem w wojennej zawierusze. Wiem, że nie mam w sobie tej mocy i siły, jaką mieli oni. I dlatego jeszcze mocniej dziękuję Bogu za wolność, pokój w naszym kraju. Dziękuję, że nie ma w nim takich zamieszek jak w Egipcie, że nikt nie używa broni chemicznej jak w Syrii. Cieszę się, że można planować wyjście do kina bez obaw, że jutro wybuchnie wojna i filmu "Świat jest piękny" kino już nie wyemituje...