- życie. Ostatnio dni płyną mi bardzo szybko. Przyjazd do domu, zamieszanie związane z autem, zastępstwo w Nowym Sączu, dzisiejsza wyprawa do kina - życie pędzi. Nieustannie do przodu, a chwil by się zatrzymać naprawdę niewiele.
- pamięć. Uświadamiam sobie (szczególnie przez ostatni okres), że pewne rzeczy, które zostały mi w pamięci z wcześniejszych czasów, zupełnie nie odzwierciedlają rzeczywistości obecnej. Coś było wyższe, lepsze, ciekawsze, przytłaczające, inne. A teraz? Nie poznaję własnych obrazów z przeszłości.
- Bond. W moim odczuciu on też się zmienił. Nie pamiętam tych z Connerym, Moorem, Daltonem (może i mea culpa), za to doskonale wyryły się w pamięci te z Brosnanem i Craigiem. I przyznam, że Bond ("Skyfall") się zmienił. To nie jest już to kino, które było w poprzednich dziełach. Nie ma tu Bonda "rozrywkowego", dżentelmena w iście brytyjskim stylu. Bond stał się bardziej ludzki, realistyczny. I wcale nie odbieram tego jako wady. Dla mnie, osoby, która bardzo ceni realizm tworzenia postaci w kinie - jest to zmiana niezwykle owocna. Ale sentyment do Bonda - Brosnana pozostał ;) Bond przestał być kinem typowo rozrywkowym, dostarczającym wrażeń efektownych, zaczyna być kinem bardziej psychologizującym, kinem obrazującym człowiekowi dobitność zepsucia świata. Wcześniej przestępcy byli dla mnie nieco z kosmosu, jakby mało uchwytni w rzeczywistości. Obecny rywal Bonda przygnębia mnie, gdyż bierze się za działkę, która dotyczy w sumie każdego człowieka. "Skyfall" jest naprawdę świetny, ale inny od Bonda, który utkwił mi w pamięci. Może czas wyrzucić tę lekką impresję nienagannego, zawsze zadbanego, pięknego Bonda, który od czasu do czasu obije komuś twarz?