wtorek, 25 października 2011

Mylo Xyloto (majlo zajloto)

Zgodnie z obietnicą, trza skrobnąć notkę o najnowszej płycie Coldplay, tak bardzo przeze mnie oczekiwanej, którą już przed premierą uznałem za prawdopodobnie kosmiczną. No cóż...

Po pierwszym przesłuchaniu byłem wręcz rozczarowany. Niemniej jednak dzisiaj, po którymś już razie, kiedy wszystkie kawałki przeleciały, zaczynam stwierdzać, że Mylo Xyloto staje się moją ulubioną jeżeli chodzi o całą piątkę płyt Coldplay. A przyznajcie, że ma jednak sporą konkurencję...

Miało być również coś o każdym kawałku. Tak więc:
1. Tytułowe "Mylo Xyloto" - bardzo ładne wprowadzenie do albumu. Harmonie co prawda się nie rozwijają, ale wnoszą fajny klimat (co ciekawe, praktycznie opiera się on na 2 akordach...). Chce się iść dalej.
2. Po dynamicznym przejściu przechodzimy do "Hurts like Heaven" - ten kawałek dobrze oddaje klimat całej płyty - muzyka elektroniczna połączona z akustycznym Coldplayem, który na refrenie przechodzi w odrobinę rockowe (choć czy to w ogóle można nazwać rockiem? Wszystko i tak zmierza w stronę brit-popu...) brzmienie. Niezły kawałek. Ale jednak chciałoby się czegoś więcej.
3. "Paradise" - drugi najbardziej wypromowany kawałek tej płyty, singiel wyszedł już 12 września, więc cały świat miał ponad miesiąc, żeby się z nim zapoznać (oraz zobaczyć beznadziejny teledysk.). Siedzi w głowie, nieustanne powtarzanie "Para, para, paradise" często towarzyszy podczas otwierania oczu, wstawania i porannego prysznica. Im dłużej go słucham, tym bardziej mi się podoba. Ale niedosyt mimo wszystko jakiś jest.
4. Pora na jeden z dwóch kawałków, który ma po prostu kapitalną solówkę wstępną - "Charlie Brown". Energetyczność intra porywa mnie i dodaje kopa na cały dzień (albo i całą noc). W moim małym rankingu jest to kawałek wybitny. Zwrotka akustyczna, natomiast przejście i refren cała kapela. Wcale nie przeszkadza mi bardzo często powtarzający się główny motyw - jest tak świetny, że mógłby być jeszcze częściej ;)
5. "Us against the world" - o ile poprzednie 4 kawałki znałem już wcześniej, o tyle tę piosenkę usłyszałem dopiero wczoraj. Rozkręca się powoli (choć intro gitarowe bardzo pozytywne), powiedziałbym, że jest utrzymana w starym, melancholijnym klimacie Coldplay, charakterystycznym dla "X&Y". Nieco smętna, monotonna... wszystko zmienia się po 3 minucie, kiedy do głosu wchodzi klawisz, który harmoniami w dole wprowadza wyjątkowy klimat. Mimo, że trwa to tylko 20 sekund, warto na chwilę zamknąć oczy i ...
6. "M.M.I.X." to nic innego jak tylko elektroniczne przejście do numeru 7...
7. ... czyli "Every teardrop is a waterfall" - był to pierwszy singiel, który pojawił się na świecie, promując nadchodzącą płytę. To kolejny kawałek wybitny. Bardzo elektroniczny kawałek (ale taka w sumie jest cała płyta), z niezwykle dynamicznym refrenem. No i w sumie same słowa, że każda łza to wodospad. Coś w tym chyba jest.
8. Na temat ósmego kawałka wypowiem się po angielsku: crap. To jedyna piosenka, którą pomijam, kiedy słucham Mylo Xyloto. Otóż, moi drodzy, "Major minus" to największy chłam na tej płycie. Ogólnie, jeden z większych chłamów w historii zespołu. Przynajmniej moim skromnym zdaniem.
9. "U.F.O" - przypomina gitarową strukturą "Parachutes" z pierwszej płyty grupy. Lekki, przyjemny, spokojny kawałek, podbudowany padami od połowy utworu. Niezły. Tylko niezły.
10. No i tu jest problem. Bo widząc i słysząc Rihannę w jednym utworze z Coldplayem chciałoby się ową panią i owy zespół skrytykować. Nie przepadam za "Umbrellą, Ellą, E E". Może i jestem kapkę uprzedzony. Ale sama "Princess of China" nie jest beznadziejna. Jest średnia. W każdym razie - to dowód na to, że Coldplay szuka różnych motywów, idzie w nowe rejony muzyki elektronicznej. Czy udanie - ciężko stwierdzić. Mnie to nie porywa. A Rihannie mimo wszystko dziękujemy.
NO I DOCHODZIMY DO...

UP IN FLAMES. Numer 11 jest po prostu miażdżącym, wywołującym ciary, przytłaczającym, rozbijającym, niszczącym wszystko, co stoi na swojej drodze. Wystarczy klawisz, Chris Martin, niesamowite harmonie (potem jeszcze kapitalnie elektryk na refrenie) żeby mnie uziemić, onieśmielić, zauroczyć i na chwilę przenieść do nieba. A kiedy dodam, że słowa dobrze wpisują się w mój stały od paru miesięcy ogólny nastrój... to mam czasem ochotę stanąć w płomieniach. Oczywiście, metaforycznie ;) Największa miazga tej płyty, wybitna wybitność. Może i prosta, nudna, nieskomplikowana (bo pewnie krytycy tego kawałka się znajdą i coś w tym stylu zarzucą). Ale dla mnie po prostu AWESOME.

Po wybitności jest wciąż fajnie.
12. "Hopeful Transmission" jest jakby repryzą "Mylo Xyloto", tylko utrzymaną w delikatniejszym, zwiewniejszym i subtelniejszym klimacie. Harmonie są moim zdaniem bardziej udane i chwytające za serce (te smyczki...). Więc lepszy motyw niż tytułowe "MX". No a przejście do numeru 13 - ajć. Aż się chce...
13. ... normalnie aż skakać, rzucać głową i włosami na lewo i prawo. To jest dopiero energia... "Don't let it break your heart" - nie pozwól, by to złamało twoje serce. A przesłanie, by pomimo bycia zmęczonym czekaniem nie dać się złamać - dziękuję, panowie Martin/Champion/Berryman/Buckland. To jest wybitny kawałek nr 4 na "Mylo Xyloto". Krzepiące.
14. Kończąca piosenka "Up with the birds" jest... no właśnie. Mam z nią problem i ciężko mi ją zdefiniować. Przypomina mi to trochę refleksyjne zakończenie również z "X&Y", choć tam akurat "Till kingdom come" było w swej akustyczności dosyć dynamiczne. A tu ostatni kawałek jest jakby wielkim malowidłem olejnym, w którym malarz spokojnie i powoli długimi pociągnięciami tworzy swój obraz. Zakończenie zawieszone jest w próżni (pomimo akustycznej, rozwijającej się końcówki).

I mam nadzieję, że nie sprawdzą się tragiczne prognozy, iż była to ostatnia płyta Coldplay.

Ogólnie rzecz ujmując, 4 wybitne kawałki, w tym jeden awesome. 1 kicha, 1 średni, 8 całkiem niezłych. Ale z końcową oceną się wstrzymam. W końcu niektóre motywy człowiek odkrywa dopiero po czasie...

Póki co, staję w płomieniach ;)

P.S. Ta pseudo-recenzja nie jest żadną obiektywną wypowiedzią, na którą mogliby się powołać specjaliści od muzyki. Zupełnie nie znam się na gatunkach współczesnej muzyki, więc zapewne jakiś znawca mógłby spokojnie mnie tu skrytykować. Nie dążę do tego, by wypowiadać się jak ekspert. Po prostu opisałem swoje subiektywne uczucia, które wywołała we mnie nowa płyta. Polemika mile widziana ;)

środa, 19 października 2011

can't wait

Byle do poniedziałku.
Byle do wtorku do 9.30.
Byle do czwartku do 10.15.
Byle do uwielbiającego.
Byle do tego jednego momentu (wielu, niekończących się chwil), za którym tak tęsknię i o którym mocno marzę...

Każdy z tych wyznaczników związany jest z moją niecierpliwością, oczekiwaniem, pragnieniami, nadziejami, marzeniami. Nie mogę się doczekać. No nie umiem zdzierżeć. Mówią, że warto jest być cierpliwym. Jak to mawiał mój obecny współlokator "Pan Bóg daje najlepsze tym, którzy umieją czekać".

Ale żeby to było takie proste... Czasem nie umiem odpuścić. A gdybym umiał, pewnie byłoby łatwiej.

No nic. W poniedziałek wychodzi "Mylo Xyloto". I nie omieszkam napisać tutaj o każdej piosence. Bo czuję, że będzie to kosmiczna płyta. Która przebije "Parachutes", "Rush of Blood to the Head", "X&Y" i "Viva la Vida". CAN'T WAIT FOR IT!

poniedziałek, 3 października 2011

powrót (rok akademicki 2011/2012)

Mały student wrócił do wielkiego miasta. Przy tej okazji trudno nie wspominać, jak to wyglądało rok temu...

Jechałem jako mały, bojaźliwy kaczorek do przeogromnego, przerastającego miasta. Dziś wracam jako, powiedzmy, kaczor (choć zapewne nieraz poczuję się jeszcze kaczorkiem) na znane już śmieci, do znanych już znajomych, do znanego i pokochanego miasta.
Jechałem będąc w związku. Wracam jako singiel.
Jechałem z krótkimi włosami. Wracam z długimi (zwykle o takim duperelu bym nie pisał, ale zaskakująco duża ilość osób to stwierdziła).
Jechałem jako student pierwszego roku. Wracam już jako drugoroczniak ;)
Jechałem prawie posikany ze strachu, niesamowicie smutny i czułem się homesick. Wracam po roku, bez większych obaw, raczej z podekscytowaniem, planami, kiełkującą chęcią rozwoju. Co nie zmienia faktu, że z bólem opuszczałem dom. W końcu w domu najlepiej.

Przechodząc dzisiaj po akademickim korytarzu, zauważyłem sporo nowych twarzy. I jakoś ciężko mi się na razie przyzwyczaić, że nie jestem już pierwszakiem i że wracam do swojego pokoju (co prawda z innym współlokatorem i współłazienkowiczem, ale nie sądzę, by była to zmiana na gorsze - i nie twierdzę, że poprzednicy byli beznadziejni! ;) thx Bartek i Karol za zeszły rok :)). Z żalem stwierdzam, że będzie mi brakowało Ostatniego Przybytku Po Lewej.

Jednak najważniejsze jest chyba to, że odczuwam pokój. I nadzieję. Subiektywnie powiem (tak to interpretuję), że Pan Bóg się odezwał. Zadziałał. Poruszył. Złamał. I mam nadzieję, że będzie konsekwentnie podnosił.

Zostałem dzisiaj zbombardowany wersetami, które tym razem (i liczę, że tak już pozostanie) podniosły mnie na duchu. Nie kwestionowałem ich prawdziwości, nie podważałem ich interpretacji. Bo poczułem, że są one dzisiaj właśnie dla mnie. A to, że piosenki, które w zasadzie przypadkiem puściłem sobie podczas rozpakowywania manatków, pasują jak ulał do mojej sytuacji i położenia - uznaję to za Jego działanie.

Przede mną jeszcze daleka droga. W wielu wymiarach i płaszczyznach. Ale przynajmniej wróciłem na ścieżkę, która jest mniej uczęszczana ;)

Tęsknię za wami, moi rodzice, babcie, braciszku i bratowo, siostro i szwagrze. Ale chyba wreszcie ruszyłem do przodu. Oby się to utrzymało.

P.S. On zna nasze imiona. Całe szczęście :)