Dziś o rewanżowych meczach w półfinałach Ligi Mistrzów.
Generalnie rzecz biorąc, za bardzo nie ma o czym pisać. Wydaje się, że znamy już finalistów. Przynajmniej ja tak uważam. Będziemy mieli 25. maja na Wembley pojedynek wewnątrz germański - bawarski mistrz Niemiec Bayern Monachium zmierzy się z byłym już mistrzem Niemiec Borussią Dortmund, przez polskich dziennikarzy zwaną Polską Borussią. Tak być powinno, nie ma zbyt wielu przesłanek (czy są jakiekolwiek?) do tego, by na najświętszą angielską murawę wybiegły inne jedenastki. Wyobraźmy sobie jednak...
Dziś o 21.05 Cristiano Ronaldo strzela gola z rzutu wolnego i podwyższa prowadzenie Królewskich na 2-0. Ustępujący mistrz Hiszpanii ma jeszcze 70 minut by strzelić jedną bramkę i trafić do finału na Wembley. Dodatkowo, o 22 Mats Hummels fauluje wychodzącego sam-na-sam z Weidenfellerem Angela Di Marię i otrzymuje czerwoną kartkę. Real ma pół godziny by strzelić jednego gola, gra w przewadze. Niemożliwe?
1. maja też może zapisać się wyjątkowymi zgłoskami w historii piłki nożnej. Pięć bramek Leo Messiego, z czego dwie w ostatnich 10. minutach meczu, a ostatnia w drugiej minucie doliczonego czasu gry. Niemożliwe?
Co ciekawe, pierwsza wersja - alternatywny przebieg wydarzeń na Santiago Bernabeu - jest dla dziennikarzy jak najbardziej do zrobienia. Natomiast show Messiego na Camp Nou graniczy już z cudem porównywalnym do wskrzeszenia Łazarza z martwych. Dlaczego?
To pytanie bardzo mnie ostatnio intryguje. Dlaczego dziennikarze dają Realowi tak duże (rzućcie okiem na sportowe nagłówki witryn internetowych w Polsce, o hiszpańskich już nie wspominając) szanse na remontadę, a o barcelońskim powrocie z wyniku 0-4 nie są w stanie się zająknąć? Z mojego punktu widzenia obie hiszpańskie drużyny zagrały tak samo beznadziejnie w pierwszym meczu i obie nie mają, racjonalnie patrząc, szans na Wembley. Dlaczego więc Jose Mourinho, który po raz kolejny posłużył się kłamstwem na konferencji prasowej (wg niego Ronaldo był faulowany 5. razy, a Lewandowskiego gracze Realu nie faulowali. Cóż. Lewandowski był faulowany już w 9. minucie, CR dopiero w 22. Viva Mou!) i jego ekipa wciąż są w grze, a Barcelona może się już pakować? Moim zdaniem na chwilę obecną 3-0 w Madrycie jest tak samo prawdopodobne jak 5-0 w Barcelonie.
Czyli praktycznie w ogóle. Ale... już raz w tym sezonie przekonałem się, iż remontada jest możliwa. Barcelona zdołała wygrać 4-0 z Milanem. Ale teraz to Bayern, najmocniejsza drużyna w tym sezonie w Europie. Na zdrowy rozsądek nie ma na to szans. I tak samo na zdrowy rozsądek nie ma szans, by Real dziś nie stracił bramki z Borussią.
Ale gdzie jak gdzie, w futbolu cuda się zdarzają. Hm. Jeżeli Barca jutro awansuje do finału, wracam piechotą z Malinki do Jawornika.
Natomiast jeżeli dzisiaj Real awansuje do finału... przyznam publicznie - tu i na Facebooku - że Mourinho jest najlepszym trenerem i motywatorem na świecie. Rzekłem.
wtorek, 30 kwietnia 2013
czwartek, 11 kwietnia 2013
odpowiedzialność wyszła z mody - moralność związkowo-małżeńska w XXI wieku okiem naiwnego kaczorka
Długo nie pisałem. W sumie za bardzo nie było o czym. Ale dzisiaj zostałem zainspirowany wykładem dotyczącym socjologii moralnej do tego, by dać upust mojej narastającej frustracji, mojemu zdezorientowaniu, zaniepokojeniu. Wiecie, zastanawiam się, w jaką stronę zmierza ten świat. I już teraz, na wstępie, postawię tezę, że w złą.
Przyznam szczerze, że szokiem było dla mnie stwierdzenie, które padło w jednym artykule w "Wysokich Obcasach", że w XXI wieku, szczególnie w drugiej dekadzie, nie ma już czegoś takiego jak miłość ponad wszystko, miłość na całe życie. Została nam, ludziom, już tylko przyjaźń. Dzisiejszy świat (szczególnie Zachód) dochodzi do wniosku, że prędzej czy później ludzie zaczną rozmijać się w swoich celach, spojrzeniu na świat, ich związek zwyczajnie się wypali, seks z jedną osobą przestanie im wystarczać, będą potrzebowali mocniejszych doznań.
Równie skołowany poczułem się, gdy we Francji jedna z prawniczek zaapelowała, by ze słów przysięgi małżeńskiej wyrzucić wierność. Wierność przestaje już dziś być cechą konstytutywną małżeństwa. "Być wiernym komuś przez całe życie? Nawet w złych chwilach, kiedy związek przechodzi poważny kryzys? Dajcie spokój, to nie dla nas".
Podobnie trudno jest mi zaakceptować przeforsowanie związków partnerskich (i nie chodzi mi tu o związki jednopłciowe - to jest temat na inną dyskusję, inny czas). Zdaję sobie sprawę, iż w tym momencie ktoś gotów jest zmieszać mnie z błotem, twierdząc iż jestem nietolerancyjny, homofobiczny i co nie tylko, niemniej jednak pozwólcie mi uzasadnić swoje wątpliwości. Obserwujemy obecnie kryzys poczucia odpowiedzialności. Młodzi ludzie (ale nie tylko oni) nie chcą brać za siebie pełnej odpowiedzialności - przynajmniej ja tak to widzę. Nie chcą zawierać małżeństw, ślubować sobie (czy to w kościele czy w USC) wierności, towarzyszenia sobie w dobrych i złych chwilach. Wolą móc swobodnie się schodzić i rozstawać, bez żadnych prawnych komplikacji, wyrzutów sumienia. Bez walki o związek, bez próby przezwyciężania swoich słabości, bez próby poświęcenia się, zmiany dla tej drugiej osoby. I co ciekawe - chcą teraz ten brak odpowiedzialności zalegalizować - proszą państwo o pomoc. Może i jestem zacofanym konserwatystą, ale nikt nie każe im się pobierać. Nikt nie każe im ślubować sobie wierności. Ale dlaczego państwo powinno w takim razie im, bojącym się odpowiedzialności, błogosławić i nadawać przywileje? Przecież jeżeli chodzi o kwestię podawania danych w szpitalu, dziedziczenia majątku - można to załatwić w inny sposób, poprzez notariuszy itd itp. Związek partnerski to w moich oczach małżeństwo minus odpowiedzialność. Pójście na łatwiznę. Obniżenie standardów. Jak mi się przestanie dziewczyna podobać - rozstaniemy się. Jak mój facet przestanie być interesujący - rzucę go. A gdzie tu praca, gdzie poświęcenie, gdzie towarzyszenie sobie w trudnych momentach i wzajemne wspieranie się? Robert Górski w kabarecie przyrównał związek partnerski (nazywany gdzieniegdzie konkubinatem lub związkiem na kocią łapę) do relacji lochy i knura. Cóż. Śmieszne. Ale dla mnie w pewien sposób prawdziwe. (oj, chyba będą flejmy....)
W Skandynawii za to seks staje się czymś w rodzaju joginggu, pójścia do kina lub teatru, wspólnym obejrzeniem meczu - ludzie spotykają się by się ze sobą przespać. I nic więcej. Taki typowy one night stand, ale ku ogólnemu przyzwoleniu społecznemu (i co ciekawe - obecne to nawet na teologicznych uczelniach. Choć w sumie... czemu mnie to dziwi?). Widocznie źle mnie moi rodzice wychowali, bo uważam seks za coś wyjątkowego, odpowiedniego dla małżeństwa, element który spaja dwójkę kochających się ludzi (pomijam teraz seks przedmałżeński - tu też można długo dyskutować). Seks pozamałżeński, seks traktowany jako sport, jako tylko i wyłącznie zaspokojenie swoich potrzeb wywołuje wiele moich pytań. Nie wiem, czy powinno to zmierzać w tę stronę.
A w Holandii zaczyna walczyć się o to, by pedofilia została zalegalizowana i by nie ścigano pedofilów z urzędu. Doprawdy, nie wiem jak to skomentować.
Wszystkiemu winny jest mój konserwatyzm. Jestem nietolerancyjny, zacofany, pełen żółci w stosunku do ludzi, którzy przecież nie robią mi żadnej krzywdy. Wszystkiemu winna jest Biblia, która przecież powinna uczyć nas miłości do siebie nawzajem, a nie stygmatyzacji grzechem. Wszystkiemu winne jest nasze pruderyjne podejście do etyki seksualnej (choć przyznaję - średniowiecze wyrządziło seksowi, cielesności, intymności pomiędzy małżonkami olbrzymią krzywdę). Ktoś inny powie - słuchaj, ty nie jesteś w związku, nie sypiasz z dziewczyną, nie musisz się z nią użerać, wytrzymywać jej gorszych dni. Nie ponosisz za niej odpowiedzialności, nie ubiegasz się o kredyt, jesteś singlem - więc co o tym możesz wiedzieć? Z jednej strony racja. Z drugiej jednak mam swoje wyobrażenia co do związku, o którym marzę i liczę, że dane będzie mi kiedyś poznać osobę, z którą spędzę resztę swojego życia. Staram się również w przesłaniu Jezusa odnajdywać wskazówki, które pomogą mi tę ewentualną relację odpowiednio prowadzić. Owszem - nie mam teraz praktyki, co niejednokrotnie mnie dołuje, niemniej jednak uważam, że nawet w XXI wieku istnieje miłość, która trwa całe życie, że ludzie potrafią być ze sobą na dobre i na złe, że są w stanie się wspierać, że pracują nad swoim związkiem, że nadal są w sobie zakochani. Nie wierzycie? Cóż. Małżeństwo moich rodziców i mojego rodzeństwa niech będzie tu przykładem. Jestem dla nich wszystkich pełen podziwu i marzę o tym, by i mi było dane tworzyć tak wartościowe i inspirujące relacje, jakie mogę obserwować w moim rodzinnym domu oraz w domostwach mojego brata i bratowej oraz mojej siostry i szwagra.
Boję się tego, w którą stronę zmierza ten świat. Wierzę w małżeństwo, które oparte na fundamencie Chrystusa potrafi przetrwać wielkie burze. Wierzę, że gdy ludzie się kochają, Bóg jest obecny w ich relacji, pracują nad związkiem - wtedy nie muszą zawierać intercyz, myśleć o ewentualnym rozwodzie. Budują wtedy dom na skale. I ciągle nie umiem zrozumieć, dlaczego tak bardzo dzisiejszy świat (coraz częściej polskie media) promuje budowanie na piasku. Czy boimy się odpowiedzialności? Tak wygodni się staliśmy? Małżeństwo (to heteroseksualne) przestaje być modne. A nawet jak ludzie się hajtają, to niedługo potem spora część z nich się rozpada. Koniec miłości. Tylko przyjaźń, ewentualnie skrajny hedonistyczny seks. W porządku, ludzie mają do tego prawo, są wolni, mają wolną wolę. Ale dokąd zmierzasz, świecie? Zastanawia mnie tylko czy są w tym szczęśliwi. Czy czują, że to ma sens.
Bo gdy patrzę na moją rodzinę, to widzę w nich (w ich dzieciach) to, że małżeństwo, miłość na całe życie, świadomie podjęta (i wcale niełatwa) odpowiedzialność ma sens. I pobłogosławiona przez Boga daje szczęście. Tego chcę się uchwycić. I w sumie wam wszystkim (niezależnie od poglądów) tego życzę.
Przyznam szczerze, że szokiem było dla mnie stwierdzenie, które padło w jednym artykule w "Wysokich Obcasach", że w XXI wieku, szczególnie w drugiej dekadzie, nie ma już czegoś takiego jak miłość ponad wszystko, miłość na całe życie. Została nam, ludziom, już tylko przyjaźń. Dzisiejszy świat (szczególnie Zachód) dochodzi do wniosku, że prędzej czy później ludzie zaczną rozmijać się w swoich celach, spojrzeniu na świat, ich związek zwyczajnie się wypali, seks z jedną osobą przestanie im wystarczać, będą potrzebowali mocniejszych doznań.
Równie skołowany poczułem się, gdy we Francji jedna z prawniczek zaapelowała, by ze słów przysięgi małżeńskiej wyrzucić wierność. Wierność przestaje już dziś być cechą konstytutywną małżeństwa. "Być wiernym komuś przez całe życie? Nawet w złych chwilach, kiedy związek przechodzi poważny kryzys? Dajcie spokój, to nie dla nas".
Podobnie trudno jest mi zaakceptować przeforsowanie związków partnerskich (i nie chodzi mi tu o związki jednopłciowe - to jest temat na inną dyskusję, inny czas). Zdaję sobie sprawę, iż w tym momencie ktoś gotów jest zmieszać mnie z błotem, twierdząc iż jestem nietolerancyjny, homofobiczny i co nie tylko, niemniej jednak pozwólcie mi uzasadnić swoje wątpliwości. Obserwujemy obecnie kryzys poczucia odpowiedzialności. Młodzi ludzie (ale nie tylko oni) nie chcą brać za siebie pełnej odpowiedzialności - przynajmniej ja tak to widzę. Nie chcą zawierać małżeństw, ślubować sobie (czy to w kościele czy w USC) wierności, towarzyszenia sobie w dobrych i złych chwilach. Wolą móc swobodnie się schodzić i rozstawać, bez żadnych prawnych komplikacji, wyrzutów sumienia. Bez walki o związek, bez próby przezwyciężania swoich słabości, bez próby poświęcenia się, zmiany dla tej drugiej osoby. I co ciekawe - chcą teraz ten brak odpowiedzialności zalegalizować - proszą państwo o pomoc. Może i jestem zacofanym konserwatystą, ale nikt nie każe im się pobierać. Nikt nie każe im ślubować sobie wierności. Ale dlaczego państwo powinno w takim razie im, bojącym się odpowiedzialności, błogosławić i nadawać przywileje? Przecież jeżeli chodzi o kwestię podawania danych w szpitalu, dziedziczenia majątku - można to załatwić w inny sposób, poprzez notariuszy itd itp. Związek partnerski to w moich oczach małżeństwo minus odpowiedzialność. Pójście na łatwiznę. Obniżenie standardów. Jak mi się przestanie dziewczyna podobać - rozstaniemy się. Jak mój facet przestanie być interesujący - rzucę go. A gdzie tu praca, gdzie poświęcenie, gdzie towarzyszenie sobie w trudnych momentach i wzajemne wspieranie się? Robert Górski w kabarecie przyrównał związek partnerski (nazywany gdzieniegdzie konkubinatem lub związkiem na kocią łapę) do relacji lochy i knura. Cóż. Śmieszne. Ale dla mnie w pewien sposób prawdziwe. (oj, chyba będą flejmy....)
W Skandynawii za to seks staje się czymś w rodzaju joginggu, pójścia do kina lub teatru, wspólnym obejrzeniem meczu - ludzie spotykają się by się ze sobą przespać. I nic więcej. Taki typowy one night stand, ale ku ogólnemu przyzwoleniu społecznemu (i co ciekawe - obecne to nawet na teologicznych uczelniach. Choć w sumie... czemu mnie to dziwi?). Widocznie źle mnie moi rodzice wychowali, bo uważam seks za coś wyjątkowego, odpowiedniego dla małżeństwa, element który spaja dwójkę kochających się ludzi (pomijam teraz seks przedmałżeński - tu też można długo dyskutować). Seks pozamałżeński, seks traktowany jako sport, jako tylko i wyłącznie zaspokojenie swoich potrzeb wywołuje wiele moich pytań. Nie wiem, czy powinno to zmierzać w tę stronę.
A w Holandii zaczyna walczyć się o to, by pedofilia została zalegalizowana i by nie ścigano pedofilów z urzędu. Doprawdy, nie wiem jak to skomentować.
Wszystkiemu winny jest mój konserwatyzm. Jestem nietolerancyjny, zacofany, pełen żółci w stosunku do ludzi, którzy przecież nie robią mi żadnej krzywdy. Wszystkiemu winna jest Biblia, która przecież powinna uczyć nas miłości do siebie nawzajem, a nie stygmatyzacji grzechem. Wszystkiemu winne jest nasze pruderyjne podejście do etyki seksualnej (choć przyznaję - średniowiecze wyrządziło seksowi, cielesności, intymności pomiędzy małżonkami olbrzymią krzywdę). Ktoś inny powie - słuchaj, ty nie jesteś w związku, nie sypiasz z dziewczyną, nie musisz się z nią użerać, wytrzymywać jej gorszych dni. Nie ponosisz za niej odpowiedzialności, nie ubiegasz się o kredyt, jesteś singlem - więc co o tym możesz wiedzieć? Z jednej strony racja. Z drugiej jednak mam swoje wyobrażenia co do związku, o którym marzę i liczę, że dane będzie mi kiedyś poznać osobę, z którą spędzę resztę swojego życia. Staram się również w przesłaniu Jezusa odnajdywać wskazówki, które pomogą mi tę ewentualną relację odpowiednio prowadzić. Owszem - nie mam teraz praktyki, co niejednokrotnie mnie dołuje, niemniej jednak uważam, że nawet w XXI wieku istnieje miłość, która trwa całe życie, że ludzie potrafią być ze sobą na dobre i na złe, że są w stanie się wspierać, że pracują nad swoim związkiem, że nadal są w sobie zakochani. Nie wierzycie? Cóż. Małżeństwo moich rodziców i mojego rodzeństwa niech będzie tu przykładem. Jestem dla nich wszystkich pełen podziwu i marzę o tym, by i mi było dane tworzyć tak wartościowe i inspirujące relacje, jakie mogę obserwować w moim rodzinnym domu oraz w domostwach mojego brata i bratowej oraz mojej siostry i szwagra.
Boję się tego, w którą stronę zmierza ten świat. Wierzę w małżeństwo, które oparte na fundamencie Chrystusa potrafi przetrwać wielkie burze. Wierzę, że gdy ludzie się kochają, Bóg jest obecny w ich relacji, pracują nad związkiem - wtedy nie muszą zawierać intercyz, myśleć o ewentualnym rozwodzie. Budują wtedy dom na skale. I ciągle nie umiem zrozumieć, dlaczego tak bardzo dzisiejszy świat (coraz częściej polskie media) promuje budowanie na piasku. Czy boimy się odpowiedzialności? Tak wygodni się staliśmy? Małżeństwo (to heteroseksualne) przestaje być modne. A nawet jak ludzie się hajtają, to niedługo potem spora część z nich się rozpada. Koniec miłości. Tylko przyjaźń, ewentualnie skrajny hedonistyczny seks. W porządku, ludzie mają do tego prawo, są wolni, mają wolną wolę. Ale dokąd zmierzasz, świecie? Zastanawia mnie tylko czy są w tym szczęśliwi. Czy czują, że to ma sens.
Bo gdy patrzę na moją rodzinę, to widzę w nich (w ich dzieciach) to, że małżeństwo, miłość na całe życie, świadomie podjęta (i wcale niełatwa) odpowiedzialność ma sens. I pobłogosławiona przez Boga daje szczęście. Tego chcę się uchwycić. I w sumie wam wszystkim (niezależnie od poglądów) tego życzę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)