czwartek, 2 stycznia 2014

Dobry rok

2014. Jeszcze niedawno tak mocno oczekiwany.

A dziś? Ciężko stwierdzić. Bo gdy zacząłem podsumowywać rok 2013, to wyszło na to, że...

Był to rok zmian.
Rok COP-u (największej imprezy w jakiej kiedykolwiek wziąłem udział).
Rok wykładów na TE (największego - jak dotychczas - kaznodziejskiego wyzwania w moim życiu).
Rok praktyk w wielu różnych miejscach Polski.
Rok tzw. "małej ordynacji" (nabycia uprawnień do służby kaznodziejskiej do końca studiów).
Rok wątpliwości, narzekania, użalania się nad sobą, dręczenia przyjaciół ciągłym smędzeniem i oczekiwaniem pocieszenia.
Rok chwil zagubienia, podejmowania niezwykle pochopnych decyzji.
Rok ciemnej doliny.
Rok desperacji.
Rok Bożych odpowiedzi na modlitwy.
Rok wzruszeń.
Rok przypominania sobie, jak ważne są relacje międzyludzkie.
Rok towarzyszenia przyjaciołom - w radościach ale i w smutkach.
Rok poezji, sonetów, Turnau-owskich duchów.
Rok śpiewu - w najróżniejszych miejscach, konstelacjach, najróżniejszym repertuarze.
Rok naprawdę dobrej muzyki: Mansa, Stevena, Katherine, Josha, Smashu.
Rok poznania Matki, Red Johna.
Rok biegania, próby zmagania się ze swoją słabą wolą, reaktywowania tenisa.
Rok modlitewnego zapewnienia, które zmieniło wszystko.
Rok uśmiechu. Radości.
Rok realizacji marzeń - małych i dużych.
Rok Żółci.

Jeżeli jest jakaś piosenka, która wstrząsnęła moim światem (tych, których mnie poruszyły była po prostu cała masa...), to chyba będzie to właśnie kompozycja Mansa Zelmerlowa:


Bo mam wrażenie, że rozbite kawałeczki, części zostały złożone. 
Bo to był dobry rok.