Jestem po lekturze krótkiej, acz zajmującej książki. To wstęp do dogmatyki ewangelickiej - "Od samoświadomości do świadectwa wiary" ks. Manfreda Uglorza. (polecam!) Dodatkowo na zajęciach z tejże dogmatyki zajmowaliśmy się ostatnio kwestiami wiary, tego, jak teolodzy ewangeliccy ją pojmują, jak my, współcześni luteranie możemy się na nią zapatrywać. Ujęło mnie stwierdzenie paru mądrych panów, szczególnie Karola Bartha (to taki człowiek, którego uważa się za XX-wiecznego Lutra, członek kościoła ewangelicko-reformowanego, w opinii wielu najwybitniejszy obok Rudolfa Bultmanna teolog XX wieku). Otóż szwajcarski ksiądz doszedł do wniosku, że wiara to nic innego, jak tylko skok z piętra wprost w ramiona Ojca, stojącego na parterze. Szkopuł w tym, że stojąc na tym piętrze, nie widzimy Ojca, słyszymy tylko Jego głos i zapewnienie że nas złapie. Decyzja pozostaje w naszej gestii - czy podejmiemy ryzyko, skacząc, czy pozostaniemy na parterze, nigdy nie przekonując się, czy Ojciec rzeczywiście tam stał i mówił prawdę. Przytulenie w ramionach niewidocznego Ojca czy samotność na piętrze. Wiara to ryzyko. Wiara to wybór. Wiara to
W naszym życiu często podejmujemy ryzyko. Ja chwilowo raczej mam wyjątkowo spokojne i mało emocjonujące życie, co nie zmienia faktu, iż zdarza się zrobić coś, co niekoniecznie musi się opłacić. Jestem osobą, która woli coś zrobić, niż potem żałować tego, że się czegoś nie zrobiło. Wciąż w mojej pamięci mam wspomnienia, które nie dają mi spokoju i pytają "Dlaczego nie zaryzykowałeś? Dlaczego zabrakło ci odwagi?", czuję się wtedy paskudnie.
Dlatego ja wolę skoczyć. Wolę zaryzykować i przekonać się, czy na dole rzeczywiście czekają na mnie wyciągnięte ręce mojego Ojca. Ale to, że czasem zastanawiam się przed skokiem, czy na dole ktoś rzeczywiście jest, to już zupełnie inna historia. Na podjęcie tematu wątpliwości też przyjdzie czas.
Ale wciąż nie napisałem, dlaczego właśnie Leap, skok. W ostatnim odcinku 4 sezonu "Jak poznałem waszą matkę" bohaterowie wykonują tytułowy skok - "The Leap" ze swojego dachu na sąsiedni. Każdy z nich przechodził trudne chwile, a szczególnie Ted (narzeczona zostawiła go przed ołtarzem, został zwolniony z pracy, Robin, do której wciąż coś czuje, kręci z Barneyem, jego najlepszym kumplem) - wykonując ten skok, uświadamiają sobie, że wcale nie musi być tak źle, jak czasem się wydaje. Parafrazując zdanie Lily "musisz zaryzykować, skoczyć i zobaczyć jak życie samo się zaplanuje" - w przypadku wiary trzeba zaryzykować, skoczyć i zobaczyć, jak PAN BÓG poukłada to życie (żeby było jasne - uważam również, że mamy duży wpływ na nasze życie, że nie polega to na tym, że z góry wszystko jest ustalone i jesteśmy predestynowani do wszystkiego, co nas spotka), jak się nami zaopiekuje, jak nas wyposaży do życia. Warto wykonać skok wiary w ramiona Boga.
P.S. Nawiasem mówiąc, trudne doświadczenia Teda, nowe decyzje przez niego podjęte sprawiły, że znalazł nową pracę - wykładowcy akademickiego (która okazała się dla niego czymś wymarzonym) , nie wiedząc jeszcze wtedy, że pozna tam swoją żonę...