wtorek, 29 października 2013

Cudownych rodziców mam

Dziś mija 36. rocznica ślubu moich Rodziców. Z tego powodu postanowiłem coś od siebie napisać, zrobić im niespodziankę (choć podejrzewam, że woleliby coś bardziej praktycznego - choćby to, żebym wreszcie posprzątał swój pokój... :P).

Znali się od dziecka, należeli do tej samej, goleszowskiej, parafii. Oboje byli zaangażowani w służbę na chwałę Pana Boga. I przyszedł moment, kiedy mój Tata zapytał moją Mamę, czy ta byłaby zainteresowana (nie wiem, czy tak się wtedy mówiło...) chodzeniem, ogólnie rzecz biorąc - związkiem.

I tu klops. Moja Mama dała Tacie kosza.

Mój Tata, jak to facet po otrzymaniu kosza, postanowił zrobić coś głupiego. Wykąpał się, a potem otwierając na oścież okno zupełnie niewysuszony postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza. Dopadło go potem paskudne zapalenie płuc korzonków. Minęło jednak trochę czasu, punkt widzenia mojej Mamy się zmienił, rozpoczęła studia... i postanowiła dać mojemu Tacie szansę. Jak się okazało, chyba było warto, bo spędzili ze sobą już 36 lat.

Ich życie nie było usłane różami. Niedługo po ślubie Tata został skierowany do pracy na Mazurach i przez bodaj 10 miesięcy mieszkał w Działdowie sam, moja Mama z moim bratem została w Goleszowie, kończąc studia w Katowicach. Potem przeniosła się już na stałe na Mazury, gdzie urodziła się moja siostra. Często musiała być sama w domu z dwójką dzieci, gdyż służba bardzo pochłaniała ówczesnego młodego wikariusza nidzickiej parafii. Biorąc pod uwagę późniejsze przeprowadzki (zliczyliśmy ich bodaj 7), ich związek niejednokrotnie przeżywał trudne wyzwania, momenty próby, tworzenie domu pastorskiego to zadanie niezwykle trudne. Bycie na świeczniku, życie w mieszkaniach, domach które bezpośrednio do was nie należą, borykanie się z różnymi oczekiwaniami parafian, prowadzenie otwartego domu - uważam, że nie każda relacja, nie każdy związek małżeński jest w stanie temu podołać.

To, co ujmuje mnie chyba najbardziej w ich postawie - mam wrażenie, że stoją za sobą murem, wspierają się wzajemnie, utwierdzają się w przekonaniu, że to ciągle ma sens, że to uczucie, miłość trwa stale tak blisko jak na początku. Ich relacja wciąż ewoluuje, rozwija się, np. od pewnego czasu moja mama regularnie otrzymuje bukiet pięknych, świeżych kwiatów od taty. Są czynni w miłości, ich relacja nie zawiera się tylko w słowach, ale przede wszystkim w czynach - z każdym dniem widzę to coraz czytelniej.

Odchowali trójkę wspaniałych, grzecznych, zdolnych dzieci (żeby nie było - to opinie osób postronnych. Ja w siebie nie jestem zapatrzony, ale o moim rodzeństwie śmiało mogę powiedzieć, że jest wspaniałe i zdolne), które wychowywali w duchu posłuszeństwa Bogu i Jego Słowu, zachęcali je do służby w Kościele - i tak się składa, że każde z nas w tym Kościele jest, działa i nie wyobraża sobie życia bez Boga. Od 2009 roku uwaga Rodziców mocno skupiła się na wnukach - Kubie, Emilce i Nice. Rodzice-dziadkowie za wnukami wprost szaleją, wnuki za dziadkami również.

Zdaję sobie sprawę, że często przynosiłem im wstyd, doprowadzałem do złości, nadal muszą się ze mną użerać jeżeli chodzi o moje bałaganiarstwo, ranne humorki i odulenie - za co się kajam i przepraszam. Wiem, że wiele brakuje mi do dobrego syna. Ale kiedy myślę o przyszłości, o tym, że kiedyś i mi będzie dane być ojcem, rodzicem, mężem, dziadkiem (daj Panie Boże) - wiem, że chciałbym wziąć co najlepsze z cech moich Rodziców. Chciałbym stworzyć taki dom jak oni, chciałbym tak wychować dzieci jak oni. Chciałbym, by moje dzieci kochały mnie tak mocno, jak ja kocham swoich Rodziców. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez nich. Dziękuję Bogu za to, że ciągle są, ciągle są aktywni, że mogę na nich polegać, że są dla mnie wielkim wsparciem, towarzyszą mi w moich smutkach i ostatnich radościach.

Mamuś, Tatuś - kocham was. :*


piątek, 11 października 2013

right direction

Mały student wrócił do wielkiego miasta, po raz trzeci w swoim życiu. Czwarty rok studiów rozpoczął się... naprawdę dobrze :)

W ostatnim czasie przeglądałem swoje wpisy sprzed trzech lat, z początku studiów. W jednym miesiącu byłem w stanie napisać więcej postów niż w całym 2013 roku. Dodatkowo ich tematyka skupiała się na - delikatnie ujmując - pierdołach. Co zjadłem na śniadanie, ile miałem zajęć, o której poszedłem spać. Po czasie widzę tę, tak często komentowaną przez moją rodzinę, niezwykłą skłonność do uzewnętrzniania się. I przyznaję im rację.

Nie sądziłem że okres studiów będzie związany z tyloma zmianami w moim życiu. Niezwykle interesującym jest możliwość obserwowania tych zmian - blog jest czymś w rodzaju lustrzanego odbicia, odtwarza emocjonalny stan, życiową sytuację.

Zauważyłem, że wiele się zmieniło. Nie sądziłem, że aż tyle.

Ale z perspektywy czasu, 175 postów które powstały spod pióra małego kaczorka, emocji które przetaczały się przez mój umysł oraz serce z mocą huraganu, widzę jedno: jest inaczej. Wierzę, że minął czas postów, w których eksponowałem dezorientację, dołek, frustrację, niepewność, nieustanne podkreślanie przygnębienia i zniechęcenia.

Czuję, że po raz pierwszy od naprawdę dłuższego czasu moje życie zmierza we właściwą stronę.