Nie ma innego wyjścia - trzeba publicznie przyznać się do błędów.
Jak wielu moich rodaków jestem zafascynowany postawą polskich siatkarzy na mistrzostwach świata. Po wspaniałym początku na Stadionie Narodowym, po pokonaniu pozostałych grupowych rywali byłem w niezwykle dobrym nastroju. Nasi zawodnicy zaskoczyli mnie nie tylko jakością swojej gry - wreszcie pojawiło się świetne przyjęcie (o które kibice, dziennikarze prosili od dobrych 10 lat), floaty (czyt. lekkie, lecz niezwykle podkręcone serwisy) okazywały się lepszym rozwiązaniem niż 120km/h bomby, mentalnie Polacy byli bardzo pewni.
Niestety - i tu pora na pierwszy akt skruchy - druga faza rozpoczęta meczem z Amerykanami niezwykle mnie sfrustrowała. Graliśmy wcale nie gorzej od rywali, decydowały detale - a zeszliśmy pokonani z boiska. Mój wrodzony pesymizm, którym doprowadzam do szału bliskich mi ludzi (z tego powodu nie bardzo lubią oglądać ze mną mecze) i czarnowidztwo tym razem się sprawdziło. Gra naszych nie wyglądała tak pewnie, Amerykanie byli szybsi, Polacy ciągle gonili wynik... i go nie dogonili. Wyglądało to źle. Mecz z Włochami rozpoczął się jeszcze gorzej. W zasadzie byłem gotów przełączyć na Comedy Central żeby oglądać "Przyjaciół" - cytując klasyka "przynajmniej byśmy się pośmiali". Okazało się jednak, że Włochom przestało jednak iść i dalsza część meczu okazała się raczej formalnością niż siatkarską bitwą. Potem padło na Iran - nie śledziłem uważnie tej transmisji, po 2 setach byłem wręcz rozczarowany, iż ten wspaniały Iran, ta wielka sensacja nie jest w stanie nawiązać walki z Polakami. Cóż, potem wróciły stare demony i kibice przeżyli wielką nerwówkę. Przeżyli - ja w trakcie czwartego seta poszedłem spać, tłumacząc to sobie tym, iż nazajutrz mam odprawić nabożeństwo. Częściowo jednak nie miałem ochoty na nerwy, frustrację i złość, że nasze orły nie umiały sprawy załatwić w 3 setach. Gdy dostałem smsa z informacją, że zaczyna się tie-break, uznałem, że podjąłem dobrą decyzję. Dusza kibica jednak nie dawała za wygraną, nie umiałem zasnąć, miotałem się z boku na bok. Dopiero gdy zobaczyłem na wyświetlaczu słowa "Jeeeeeest, wygraliśmy, to było niesamowite!", odetchnąłem z ulgą i zasnąłem. Mecz z Francją przebiegł raczej w spokojnej atmosferze, przez to, iż Argentyna wygrywając z USA zapewniła nam awans wiadomo było, że z Trójkolorowymi gramy o 1 miejsce w grupie i rozstawienie. Moje czarnowidztwo ponownie doszło do głosu i zgodnie z przewidywaniami Francja wygrała 2 sety i zapewniła sobie prymat w grupie. To, że wygraliśmy tie-breaka nie miało dla mnie większego znaczenia.
A potem nadeszła informacja, że w III fazie staniemy naprzeciw Brazylii i Rosji.
Czarnowidz-kaczorek stwierdził, że już po ptokach. No nie ma siły, żebyśmy ograli mistrzów świata i mistrzów olimpijskich. Ale niesiony kibicowskim nastrojem wiernie usiadłem przed ekranem telewizora i przecierałem oczy ze zdumienia, gdy pierwszy set z Canarinhos okazał się wygrany. Niedługo potem sytuacja wróciła do normy, Brazylijczycy wyglądali na nie-do-ruszenia. 3 set wygrany 25:14 tylko to potwierdzał. Wylałem więc swoją frustrację na Facebooku (za co słusznie mnie skrytykowano. Na swoją obronę powiem tyle, że obiektywnie spisałem to, co gołym okiem było widać po 3 setach gry, powtarzałem niemal to, co mówili komentatorzy) - ale oglądałem dalej. Może podświadomie licząc na cud. I cóż - nasze orły po raz kolejny pokazały charakter. Set wygrany do 18 zrobił wrażenie. Podobnie jak wynik 7:2 w tie-breaku. Mówiłem w tym momencie - jeżeli roztrwonimy tę przewagę, będzie to typowy przykład frajerstwa. No i zrobiło się 8-8. Frajerstwo. Moje czarnowidztwo ponownie zamajaczyło na horyzoncie. Już chciałem pisać do moich krytyków "a nie mówiłem..." - gdy w niesamowitych okolicznościach Brazylia padła pod naporem Polaków. Emocjonująca końcówka, 17:15, wielka radość i kolejna wielka lekcja pokory.
Mecz z Rosją od zawsze wywołuje wiele emocji. Bardzo się go bałem. A tu nasi bohaterowie w pewnych dwóch setach zapewnili sobie awans do półfinału. Potem trochę z nich ciśnienie zeszło, przegrali dwa kolejne, ale dalej w tie-breaku byli nie do zatrzymania. Kawał dobrej siatkówki. Po raz kolejny mój pesymizm poszedł się schować.
Półfinał z Niemcami - mecz z typu "najgorszy przedmeczowy scenariusz - Polacy faworytami". Must win game. "Niemcy to tylko Grozer, są słabsi technicznie i mentalnie, nie mają czym nas zagrozić" - media takim przekazem pompowały balonik i wkładały nas od razu do finału. Łatwo było uwierzyć. A boisko... szybko to zweryfikowało. Polacy grali słabo, nerwowo, proste błędy techniczne były (cyt. W. Drzyzgę) "drażniące". Ale mimo to seta 1 wygrali, w 2 Wlazły cudowną nożną paradą wystawił piłkę Gunthorowi, który popełnił szkolny błąd i utrzymał nas w grze. Wyszarpane zwycięstwo 3-1 dało finał.
No właśnie, finał - jak dzisiaj będzie?
Dziś planuję oglądać spokojnie. Nie dlatego, że czarnowidztwo po raz kolejny dojdzie do głosu i pesymistycznie się nastawię na to, że Brazylia nas zleje jak zrobiła to 8 lat temu. Dlatego, iż nasi bohaterowie tak wspaniale zaprezentowali się w ciągu minionych 3 tygodni, tak wiele radości mi dali na przekór moim wkurzającym cechom, tak mocarnie dźwignęli presję i oczekiwania naszego narodu - że już teraz są bohaterami. Nawet jeżeli sromotnie polegną 0-3 z Canarinhos. Życzę im z całego serca zwycięstwa, zapewne w momencie gdy zdobędą pierwszy punkt w meczu znów jak głupek będę wierzył, że wygrają, znów z emocji będę się darł, wskazywał, iż trzeba było grać krótką a nie skrzydłem, będę jak mantrę powtarzał "Nowakowski, Wlazły, Kłos, Mika - nie psujcie zagrywki, szczególnie po przerwie!", będę wściekał się na pewnych siebie i gwiazdorowatych Brazylijczyków, prowokujących naszych pod siatką. Być może sędzia znowu nie udźwignie ciężaru meczu...
Ale to wszystko nie będzie najważniejsze. Polskie orły są niesamowite, dały tyle radości sobie i innym... teraz deser. Oby złoty, oby piękny, oby emocjonujący, oby wygrany.
A oprócz tego, najważniejsze rzeczy w życiu się nie zmienią. To jest chyba moje największe odkrycie tych mistrzostw (uprzedzam - to nie było wcale dla mnie takie oczywiste. Porażki ulubionych zespołów były niejednokrotnie związane z żałobą, poczuciem końca świata. Wiem, głupota. Wiem, niepoważne. Ale tak było.). Dziś mam nieco inną perspektywę. I pomimo złości, nadmiaru emocji umiem dostrzegać to, co liczy się naprawdę. Dostrzegać kochanych ludzi, dostrzegać ogrom Bożego błogosławieństwa i mnóstwo powodów do tego, by być wdzięcznym.
Dziś skupię się po raz kolejny na radości z tego, że mogę oglądać mecze w dobrym towarzystwie, mam z kim się tym meczem emocjonować, że jestem zdrowy i moje oczy mogą patrzeć na siatkarzy, że w naszym kraju panuje pokój, że niczego mi nie brakuje. A na deser - moi rodacy mogą dziś być w siatkarskim niebie. Czego im, wam i sobie życzę. Oby byli dziś niepokonani. Oby sięgnęli dziś po złoto, oby osiągnęli sportową nieśmiertelność. Ale też - oby byli zdrowi, bezpiecznie ten mecz dziś przetrwali. Oby sami dostrzegli, że są w życiu rzeczy ważniejsze niż zdobycie 3 setów w finale MŚ. Oby mogli wraz ze swoimi dziećmi i partnerkami świętować wielki sukces polskiej siatkówki.
Dobrych emocji :)